Pani Dubarry/Część I/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Rycerz
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XI.
Rycerz.

W tej epoce miała najdziwniejszą przygodę.
Ktoś na białym koniu wstrzymał bieg, aby się jej przypatrzeć. Wyglądał, jak królewicz z bajki. Tak się jej wydało. Patrzyła nań, jak oczarowana.
Uśmiechnął się. Zapytała kokieteryjnie:
— Czy taki śliczny pan nie potrzebuje niczego od ślicznej dziewczyny, która miała dziś dzień fatalny?
Potrząsnęła ladą, ze swym towarem i łzy błysnęty w jej oczach.
Skręcił konia ku niej, pochylił się, wziął jakieś étui i rzucił jej garść monet.
— Dziękuję ci, urocza dzieweczko!
Błąkała się po ulicach, myśląc uparcie o pięknym panu.
O zmierzchu odszukał ją lokaj księcia de Brissac. Zbliżył się i rzekł szeptem:
— Mój pan przysyła mnie po ciebie.
— Jaki pan?
— Ten na białym koniu, co kupił étui.
Zarumieniła się z radości:
— Kto to był?
— Mieszka w pałacu. Chodź!
— Nie pójdę, póki nie dowiem się, jak się nazywa.
— Oho! umiesz się drożyć sobą dziewczyno. Mniejsza o to... Mój pan nazywa się książe de Brissac.
— A po co mam iść?
— Hm... Książę zaprasza cię na wieczerzę.
Poszła. W drodze lokaj prawił jej komplementy.
— I mnie się też podobasz. Chcesz zostać moją kochanką?... Bo pan weźmie cię na raz.
— To się jeszcze pokaże. A twoją kochanką nie chcę zostać.
— Czemu?
— Bo mi się nie podobasz. Masz oparzeliznę na twarzy.
— To dowód, że zasługuję na miłość. Oparzyła mnie kochanka z zazdrości.
— Phi! też miała gust!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nastąpiły dwie sceny — jedna rozrzewniająca pięknem, druga uderzająca ohydą. Opowiedzmy treść ich krótko, powierzając rozwinięcie szczegółów wyobraźni czytelnika, gdyż ani czar pierwszego obrazu, ani brutalność drugiego nie poddaje się w pełni — niemocy słowa.
Joanna zachwyciła księcia swoim ptaszęcym szczebiotem nie mniej, niż zdrowym apetytem, z jakim spożywała zastawione na stole na jej cześć szparagi i raki, ananasy i winogrona. Sama była zachwycona delikatnością i gościnnością księcia, pluskała się z rozkoszą w przygotowanej dla niej kąpieli. Ale gdy wprowadzoną została następnie do wspaniałej sypialni i złożywszy błagalnie rączki modlitewnym głosem poprosiła: „Tylko nie to, proszę kochanego księcia!“ — trzydziestoletni mężczyzna zawstydził się swoich zamiarów wobec szesnastoletniej dzieweczki. Ze zgrozą wysłuchał opowieści o krzywdzie, której doznała niedawno od jakiegoś niegodziwca, zamaskowanego duchowną szatą, który ją „uśpił i okaleczył“ — (tak to określiła, spuuściwszy, tuż oczy) — przytłumił w sobie namiętność wznieconą przez blizkość tego czarującego stworzenia i utulił je na sercu z uczuciem ojcowskiem.
Zasnęła na jego ramieniu. Położył ją na swojem łóżku. A pragnąc ustrzedz się od pokusy, zawezwał lokaja, wydał polecenie osiodłania konia i rzekł doń:
„Wyjeżdżam do ojca. Ta mała niechaj prześpi się w mojem łóżku. Rano odprowadzisz ją na jej miejsce.“
Pozostawił dla niej w darze parę sztuk złota i — odjechał.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Książę przezwyciężył demona zmysłów. Nie potrafił uczynić tego lokaj. Wprawdzie walczył ze sobą zwycięsko przez noc całą w strachu, że dziewczę oskarży go przed panem i straci doskonałe miejsce. Ale o świcie zaraz się zbudził. Wszedł do sypialni. Zastał ją już ubraną, niezmiernie zdziwioną, że księcia nie było. Zresztą odgadła instynktem, że książę oddalił się, aby uszanować ją zgodnie z jej prośbą. Było jej trochę markotno. Ale w gruncie rzeczy była wdzięczna nieobecnemu, gdyż jeszcze dotąd zmysły jej spały, prześcignięte przez rozwój pięknych form ciała...
Lokaj przypuścił atak. Rzucił ją na pościel pańską. Tym razem orzeźwionej kąpielą i pokrzepionej snem siły dopisały. Jakkolwiek brutal nacierał potężnie i miał oczywistą przewagę nad jej dziewczęcą słabością, jakkolwiek była chwila, że zdawało się, iż owładnie wydzierającą się z jego objęć, jakkolwiek ścisnął ją pięścią za gardło, głusząc jej krzyk — ostatecznie poszła za nauką, udzieloną jej przez doświadczoną ex-towarzyszkę handlu: kopnęła go tak silnie, że zemdlał.
Miała wrażenie, że go zabiła. Wcale nie czyniła sobie z tego powodu wyrzutów. Ale przelękła się odpowiedzialności, sądziła, że lada chwila zjawi się policja, aby ją zaaresztować — skorzystała z otwartego okna na parterze — i uciekła przez nie cichaczem...
Postanowiła podziękować Bogu za cudowne ocalenie i pośpieszyła do kościoła...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.