Pani Dubarry/Część I/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Zapomniane nazwisko
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ I.
Zapomniane nazwisko.

Zima roku 1757-go była niezwykle srogą. Paryżanie, znajdujący się w wieku poczesnym, zapewniali, że od wielu lat nie pamiętają podobnej.
W jednym z ostatnich dni Grudnia rozszalała się zamieć mroźna. Z ciemnego, jak ołów nieba, waliły od rana kłęby śnieżnych płatków, zaściełając ulice. Wrażliwi na mróz mieszkańcy, o ile nie byli zniewoleni wyjść z domu, siedzieli za oszronionemi szybami, grzejąc się przy żelaznych piecykach.
Na krańcach arystokratycznej dzielnicy Saint-Germain, która dźwigała się dopiero do przyszłego przepychu inicjatywą królów Ludwika XIV i XV, było osobliwie pusto. Stopień jej zabudowania był jeszcze naówczas skromny. W wielu miejscach nie było bruków ani latarni. Tu i ówdzie ciągnęły się parkany, osłaniające placyki, zakupione pod budowę przez ludzi utytułowanych i zamożnych.
W pewnem miejscu znajdowały się szopy składu węglowego, otoczone niskim murem z czerwonych cegieł. Wjazdowa brama z powodu niedzieli była zamknięta. Przez furtkę wyszedł wyrostek, liczący jakich lat dwadzieścia, z bujną czupryną, z twarzą zamorusaną węglem. Rozejrzał się po ulicy, potem wypuścił dwie baby, mające wypchane worki na plecach i rozkazał im żywo iść. Pomknęły, ile im sił starczyło, podziękowawszy wprzód serdecznie. Łacno można było odgadnąć, że młody dozorca składów rozporządził się przez dobroć serca pewnym zapasem pańskiego dobra na rzecz nędzy.
Był z siebie zadowolony. Jakkolwiek nie miał czapki na głowie i ubrany był jeno w lekką bluzę roboczą, nie robił sobie nic z trzaskającego mrozu. Młode oczy, ślepione płatkami Śniegu, śmiały się wesoło. Zaróżowiona od mrozu twarz tryskała zdrowiem. Stanął pod osłoną daszka budki strażniczej i silił się zapalić krzesiwkiem fajeczkę. Ale wichura gasiła ogień i zniewolony był zaniechać prób bezskutecznych.
Raptem zajęła go mocno scena, zachodząca na przeciwległej stronie ulicy. Nawprost składu węgli wznosił się wytworny pałacyk z ciosanego kamienia, naśladującego malowaniem marmur, z kolumienkami w stylu rzymskim przy portyku. Brzuchaty szwajcar rozwścieczoną miną, imponującym gestem i krzykliwemi słowy wypędził z wspaniałego przysionka dwie kobiety. Właściwie jedna tylko była w wieku dojrzalszym. Druga zdawała się dzieckiem. Chociaż jej twarzy, otulonej chustami, niemal nie można było dojrzeć, cienkie nóżki, z powodu opadnięcia pończoch na saboty, gołe, ukazujące się z pod barwnej sukienki, którą wiatr podwiewał, świadczyły, że była jeszcze podlotkiem. Strój obu mówił o tem, iż były włościankami, przybyłemi z Bretanji. Starsza dźwigała na karku wielki tobół. Młodsza, kurcząca się z zimna, trzymała w drżących, posiniałych palcach węzełek z rzeczami.
— Precz stąd! to nie dom zajezdny! — wymachiwał gniewnie rękoma Cerber.
— Niech pan zlituje się nie nademną, ale nad dzieckiem! — składała modlitewnie ręce starsza niewiasta. Wydałyśmy ostatnie grosze na podróż. Czyż to można wyganiać dziecko na taki mróz i wichurę?! Przecie nie ugryziemy wam schodów! Odpoczniemy chwilkę... pójdziemy sobie, jak tylko zamieć przejdzie.
— Oszalałyście! Sypialnię urządzać na schodach naszego pałacu!
Dziewczyna, milcząc, tuliła się do murów. Oczy jej, ślepione śniegiem, trwożnie patrzyły w ołowiane niebo. Zdawała się apatyczną w tem oczekiwaniu na rezultat dyskusji jej matki z odźwiernym.
Węglarz przeszedł wolnym krokiem na drugą stronę ulicy, ważąc coś w myśli. Z podniesionych głosów i kilku pochwyconych słów już dorozumiał się, o co chodzi. Właśnie odźwierny odpychał natrętnie naciskającą go u wejścia kobietę, która pociągnęła córkę za sobą, ująwszy jej drobną dłoń.
— Dlaczego nie pozwalacie tym kobietom odpocząć w sieni? — spytał młodzieniec.
— A ty dlaczego się wtrącasz? — szorstko odparł zdziwiony sługa.
— Dlatego, że nie zwykłem spokojnie patrzeć na brutalów, którzy nie mają litości dla kobiet! — rzekł węglarz.
— Odejdź, pókim ci czegoś nie powiedział, nicponiu! — obruszył się tamten.
Zamierzał już odejść...
— A ty bądź grzeczny, zanim ci coś pokazałem, łajdaku! — zawołał młodzieniec i zakasawszy rękawa podniósł potężną pięść.
Szwajcar zreflektował się. Bąkał:
— Przecież ja tu tylko spełniam swój obowiązek. Nie mogę zezwolić, żeby byle kto urządzał sobie na schodach spanie, jak te oto... Chrapały, tamując przejście!
— Czy wam nie wstyd? — mówił młodzieniec. Toć i psa nie godziłoby się pozostawiać na ulicy w taką pogodę!... Twarde macie serce, człowieku. Jestem pewny, że wasz pan nie pochwaliłby tego. I jeżeli natychmiast nie wpuścicie tego biedactwa — tu spojrzał żałośnie na dziewczę — i jego matki do sieni, zaskarżę was przed panem Dumonceau. Postępujecie wbrew rozkazom swego zacnego pana.
— Ba! pan Dumonceau jest filantropem — to się wie. Ale dzień przyjęcia biedaków wyznaczony został wyłącznie na środę. I gdybym nie pilnował spokoju pana Dumonceau w inne dni tygodnia, to nie możnaby się opędzić od wszelkiego tałałajstwa.
Starsza kobieta naraz zakrzyknęła radośnie. Przypadła do ręki szwajcara, potrząsała rękawem jego liberji.
— Jak się nazywa wasz pan?... Dumonceau?!
— Oczywiście! — odparł, wyprężając się z dumą szwajcar. Cenił bowiem sobie wysoko zaszczyt, iż znajdował się w służbie znakomitego bankiera i dostawcy broni dla potrzeb armii francuskiej.
— Ależ my właśnie przybyłyśmy tu do... pana Dumonceau! — trzepała kobieta. Kochany panie! proszę... błagam... wpuść nas do swego pana. Mamy ważny... ważny interes do niego.
Odźwierny zmierzył włościanki od stóp do głów i wzruszył pogardliwie ramionami.
— Słyszałeś? — rzekł węglarz grzmiącym głosem. Te damy mają interes do pana Dumonceau! Zaprowadź je do swego pana, bo...
I pokazał ponownie pięść.
Oczy robotnika wskazywały, że nie pozwoli ze sobą żartować.
— A no... chodźcie! — mruknął szwajcar, ustępując od drzwi.
Starsza kobieta wtłoczyła się do sieni, popychając przed sobą córkę. Ta ostatnia, nim weszła, odwróciła się jeszcze i rzekła pieszczotliwym głosem do węglarza:
— Pan jesteś cudownym człowiekiem. Odwdzięczę się kiedyś panu... Adieu!
Za chwilę obie wstępowały po szerokich marmurowych schodach, wysłanych kobiercem, na górę.
— Skąd mama zna tego Dumonceau? — spytało dziewczę ścicha.
— Widzisz, kochanie, ja go wcale nie znam. Bo nie spodziewam się, aby to był ten sam, którego znałam przed piętnastu laty i który zapraszał mnie do Paryża. Nawet nazwisko jego wyszło mi z pamięci. Ale przypomniało mi się, gdy je nazwał ten szlachetny człowiek, co nas obronił. Z pewnością takie same. A jeśli nawet jest tylko nieco podobne, to cóż ryzykujemy, że się ogrzejemy u tego pana? Będzie nam ciepło, dopóki nas nie wyrzuci!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.