Strona:Leo Belmont - Pani Dubarry.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Widzisz, kochanie, ja go wcale nie znam. Bo nie spodziewam się, aby to był ten sam, którego znałam przed piętnastu laty i który zapraszał mnie do Paryża. Nawet nazwisko jego wyszło mi z pamięci. Ale przypomniało mi się, gdy je nazwał ten szlachetny człowiek, co nas obronił. Z pewnością takie same. A jeśli nawet jest tylko nieco podobne, to cóż ryzykujemy, że się ogrzejemy u tego pana? Będzie nam ciepło, dopóki nas nie wyrzuci!

ROZDZIAŁ II.
U pana Dumonceau.

Kiedy weszły do gabinetu, zameldowane uprzednio przez służącego, jako „interesantki ze wsi”, pan Dumonceau zajęty był sumowaniem kolumn cyfr na ogromnych arkuszach rejestrów, dostarczonych mu z jego fabryki prochu w Marly.
Zgarbił się cały nad majestatycznem biurkiem z mnóstwem szufladek we wzniesieniu, opartem o Ścianę; czoło wsparł na kościstej ręce w ten sposób, że kobiety nie mogły na razie dojrzeć jego twarzy. Zda się, zatonął w powodzi papierów, które rozrzucone były dokoła na biurku. Nie raczył oderwać się od pracy i prawie szorstko mruknął do wchodzących:
— Siadać tam i czekać!
Starsza kobieta siadła na brzegu krzesełka, stojącego u boku biórka i starała się rozejrzeć