Strona:Leo Belmont - Pani Dubarry.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dlatego, że nie zwykłem spokojnie patrzeć na brutalów, którzy nie mają litości dla kobiet! — rzekł węglarz.
— Odejdź, pókim ci czegoś nie powiedział, nicponiu! — obruszył się tamten.
Zamierzał już odejść...
— A ty bądź grzeczny, zanim ci coś pokazałem, łajdaku! — zawołał młodzieniec i zakasawszy rękawa podniósł potężną pięść.
Szwajcar zreflektował się. Bąkał:
— Przecież ja tu tylko spełniam swój obowiązek. Nie mogę zezwolić, żeby byle kto urządzał sobie na schodach spanie, jak te oto... Chrapały, tamując przejście!
— Czy wam nie wstyd? — mówił młodzieniec. Toć i psa nie godziłoby się pozostawiać na ulicy w taką pogodę!... Twarde macie serce, człowieku. Jestem pewny, że wasz pan nie pochwaliłby tego. I jeżeli natychmiast nie wpuścicie tego biedactwa — tu spojrzał żałośnie na dziewczę — i jego matki do sieni, zaskarżę was przed panem Dumonceau. Postępujecie wbrew rozkazom swego zacnego pana.
— Ba! pan Dumonceau jest filantropem — to się wie. Ale dzień przyjęcia biedaków wyznaczony został wyłącznie na środę. I gdybym nie pilnował spokoju pana Dumonceau w inne dni tygodnia, to nie możnaby się opędzić od wszelkiego tałałajstwa.
Starsza kobieta naraz zakrzyknęła radośnie. Przypadła do ręki szwajcara, potrząsała rękawem jego liberji.