Pan Wołodyjowski/Rozdział XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Pan Wołodyjowski
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Zakładu Narodowego Imienia Ossolińskich
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego Imienia Ossolińskich we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XIX.


Ujrzeli go odjeżdżającego stolnikowstwo, a także pan Zagłoba i niepokój ogarnął wszystkich serca, więc pytali się wzajemnie oczyma, co się stało i dokąd jedzie.
— Boże wielki! — zawołała pani stolnikowa — jeszcze na Dzikie Pola ruszy i nie ujrzę go więcej w życiu!
— Albo w klasztorze, za przykładem tamtej błaźnicy się zamknie! — rzekł zdesperowany pan Zagłoba.
— Tu trzeba radzić! — dodał stolnik.
Wtem otworzyły się drzwi i do pokoju wpadła jak wicher Basia, wzburzona, blada i zatkawszy oczy palcami, tupiąc zarazem na środku izby, jak małe dziecko, poczęła piszczeć:
— Rety! ratujcie! Pan Michał pojechał zabić Ketlinga! Kto w Boga wierzy, niech leci za nim hamować! Rety! rety!
— Co ci jest, dziewczyno? — zawołał, chwytając jej ręce Zagłoba.
— Rety, pan Michał zabije Ketlinga! Przeze mnie krew się poleje, a Krzysia umrze, wszystko przeze mnie!
— Gadaj! — krzyknął, potrząsając nią Zagłoba. — Zkąd wiesz? Dlaczego przez ciebie?
— Bom mu w złości powiedziała, że oni się miłują, że Krzysia dla Ketlinga idzie za kratę. Kto w Boga wierzy, niech leci, hamuje! Jedź waćpan coprędzej, jedźcie wszyscy, jedźmy wszyscy!
Pan Zagłoba, nieprzywykły czasu w takich wypadkach tracić, wypadł na podwórze i natychmiast kazał zaprzęgać do karabona.
Pani stolnikowa chciała wypytywać Basię o zdumiewającą nowinę, ani się bowiem dotychczas domyślała jakichkolwiek między Krzysią i Ketlingem afektów, lecz Basia wypadła za panem Zagłobą, aby nad zaprzęganiem czuwać. Pomagała wyprowadzać konie, zakładać je do dyszla, nakoniec zajechała na koźle z gołą głową przed ganek, na którym dwaj mężowie, już przybrani, czekali.
— Wyłaź! — rzekł do niej Zagłoba.
— Nie wylazę.
— Wyłaź! mówię ci!
— Nie wylazę! Siadajcie, macie siadać, a nie, to sama pojadę!
— To mówiąc, zebrała lejce, a oni widząc, że upór dziewczyny znaczną mógłby spowodować mitręgę, przestali ją wzywać, by zlazła.
Tymczasem nadbiegł z biczem czeladnik, a pani stolnikowa zdołała jeszcze wynieść Basi szubkę i kołpaczek, bo dzień był chłodny.
Poczem ruszyli.
Basia pozostała na koźle; pan Zagłoba, pragnąc się z nią rozmówić, wzywał ją, by się przesiadła na przednie siedzenie, ale i tego nie chciała uczynić, może ze strachu, by jej nie łajano; więc musiał wypytywać zdaleka, a ona mu odpowiadała, nie odwracając głowy.
— Zkąd ty wiesz — rzekł — o tem, coś o tamtych dwojgu Michałowi powiedziała?
— Ja wszystko wiem!
— Czy Krzysia powiedziała ci cośkolwiek?
— Krzysia nic mi nie mówiła.
— To może Szkot?
— Nie, ale ja wiem, że on dlatego do Anglii wyjeżdża. Wszystkich wywiódł w pole, prócz mnie.
— Zadziwiająca rzecz! — rzekł Zagłoba.
A Basia:
— Waćpana to robota; nie trzeba ich było ku sobie popychać.
— Cicho tam siedź i nie wtrącaj się w nieswoje rzeczy! — odparł Zagłoba, którego ubodło to najwięcej, że przy stolniku latyczowskim spotkała go ta wymówka.
Więc po chwili jeszcze dodał:
— Ja popychałem kogo! ja raiłem? Ot, to! Lubię takie supozycye!
— Aha? może nie? — odrzekła dziewczyna.
I dalej jechali w milczeniu.
Pan Zagłoba nie mógł jednak opędzić się myśli, że Basia ma słuszność i że wszystkiemu co zaszło, on winien jest w znacznej części. Myśl ta gryzła go niepomału, a że i karabon trząsł przytem okrutnie, więc stary szlachcic wpadł w jak najgorszy humor i nie szczędził sam sobie wyrzutów.
— Słusznaby była rzecz — myślał — gdyby Wołodyjowski z Ketlingem uszy mi obcięli na współkę. Żenić kogoś wbrew woli, to to samo, coby mu kazać na koniu twarzą do ogona jeździć. Ma racyę ta mucha! Jeśli się tamci pobiją, krew Ketlingowa spadnie na mnie. O tom się na starość w praktyki wdał! Tfu, do licha! Jeszcze mnie w ostatku mało w pole nie wywiedli, bom się ledwie domyślał czemu Ketling chce za morze, a tamta kawka do klasztoru, tymczasem hajduczek wszystko, jak się pokazuje, oddawna spenetrował…
Tu zamyślił się pan Zagłoba, a po chwili mruknął:
— Szelma nie dziewczyna! Michał od raka oczu pożyczył, żeby taką dla tamtej kukły spostponować!
Tymczasem dojechali do miasta, ale tu dopiero zaczęły się trudności, bo żadne z nich nie wiedziało, ani gdzie mieszka obecnie Ketling, ani też dokąd mógł udać się Wołodyjowski, szukać zaś w takim tłumie ludzi było to szukać ziarna w korcu maku. Najprzód więc udali się na dwór hetmana wielkiego. Tam powiedziano im, że Ketling tego ranka miał wyjechać w zamorską podróż, Wołodyjowski zaś był, rozpytując się o niego, ale gdzie się udał, nikt nie wiedział. Przypuszczano, że może do chorągwi stojących w polu za miastem.
Pan Zagłoba kazał nawrócić ku obozowi, ale i tam niemożna było złapać języka. Objechali jeszcze wszystkie gospody przy ulicy Długiej, byli na Pradze, wszystko napróżno.
Tymczasem zapadła noc, a że o gospodzie nie było co i myśleć, musieli wracać do domu.
Wracali w strapieniu, Basia popłakiwała trochę, pobożny stolnik odmawiał pacierze, Zagłoba naprawdę był niespokojny. Próbował jednak pocieszyć siebie i kompanię.
— Ha! kłopoczemy się — rzekł — a tam Michał może już w domu?
— Albo usieczon! — rzekła Basia.
I poczęła się wić na bryce, powtarzając ze łzami:
— Uciąć mi język! moja wina! moja wina! O Jezu, ja chyba zwaryuję!
A Zagłoba:
— Cichaj, dziewczyno! nie twoja wina i to wiedz, że jeśli kto usieczon, to nie Michał!
— Mnie i tamtego żal! Pięknieśmy mu zapłacili za gościnność, niema co mówić Boże! Boże!
— Prawdaby była! — dorzucił pan Makowiecki.
— Dajcie do licha spokój! Ketling pewnie już tam bliżej Prus, niż Warszawy. Przecieżeście słyszeli, że wyjechał. Mam też w Bogu nadzieję, że choćby się i spotkali z Wołodyjowskim, wspomną na starą przyjaźń, na odbywane razem służby. Toż oni strzemię w strzemię jeździli, sypiali na jednej kulbace, razem chodzili na podjazdy, w jednej krwi maczali ręce. W całem wojsku amicycya ich tak była sławna, że Ketlinga, z uwagi na jego gładkość, nazywali żoną Wołodyjowskiego. Niepodobieństwo, żeby im to na myśl nie przyszło, gdy się ujrzą!
— Czasem to jednak i tak bywa — rzekł roztropny stolnik — że właśnie największa przyjaźń w największą zawziętość się przeradza. Tak w moich stronach pan Deyma usiekł pana Ubysza, z którym dwadzieścia lat w największej żył konkordyi. Mogę waszmości szczegółowie ten nieszczęśliwy wypadek opowiedzieć.
— Żeby myśl była spokojniejsza, chętniebym posłuchał, tak samo, jak rad słucham jejmości dobrodziejki, waszmościnej małżonki, która także ma zwyczaj dokumentnie opowiadać, nie odkładając genealogii na stronę; ale mi to w głowie utkwiło, co waść o przyjaźni i zawziętości rzekł. Niech Bóg broni, niech Bóg broni, by i teraz tak być miało!
— Jeden zwał się pan Deyma, drugi pan Ubysz! Obaj godni ludzie i komilitoni…
— Oj! oj! oj! — rzekł ponuro pan Zagłoba. — Ufajmy w miłosierdziu Bożem, że teraz tak nie będzie, ale jeśli się zdarzy, to w takim razie Ketling trup!
— Nieszczęście! — rzekł po chwili milczenia stolnik. — Tak, tak! Deyma i Ubysz! Jak dziś pamiętam! A szło także o białogłowę.
— Wiecznie te białogłowy! Pierwsza lepsza kawka takiego ci piwa nawarzy, że kto wypije, temu po niem będzie niestrawno — mruknął Zagłoba.
Waćpan na Krzysię nie napadaj! — zawołała nagle Basia.
Na to Zagłoba:
— Bogdaj się był Michał w tobie zakochał, nie byłoby tego wszystkiego…
Tak rozmawiając, dojechali do domu. Serca zabiły im na widok światła w oknach, bo pomyśleli, że może Wołodyjowski już wrócił.
Tymczasem przyjęła ich sama pani stolnikowa, niespokojna i bardzo stroskana. Dowiedziawszy się, że wszelkie poszukiwania na nic się nie przydały, zalała się rzewnemi łzami i poczęła wyrzekać, że brata już więcej nie obaczy; Basia zawtórowała jej zaraz w lamentach, również Zagłoba nie mógł sobie dać rady ze strapienia.
— Pojadę jeszcze jutro dodnia, ale sam — rzekł — może się czegoś o nich dowiem.
— Będziem szukać lepiej we dwóch — wtrącił stolnik.
— Nie! waszmość zostań przy niewiastach. Jeśli Ketling żyw, dam wam znać.
— Dla Boga! Toż my w domu tego człowieka mieszkamy! — rzekł znów stolnik. — Jutro trzeba będzie jakakolwiek gospodę znaleźć, a niechby i namioty w polu rozbić, byle tu dłużej nie mieszkać!
— Czekajcie wieści ode mnie, bo się znów pogubimy! — rzekł Zagłoba. — Jeśli Ketling usieczon…
— Ciszej waść mów, na rany Boskie! — zawołała stolnikowa — bo służba cię usłyszy i jeszcze Krzysi doniesie, a ona i tak ledwie żywa.
— Pójdę do niej — rzekła Basia.
I skoczyła na górę. Tamci zostali w trosce i bojaźni. Nikt nie spał w całym domu. Myśl, że Ketling może już jest trupem, strachem napełniała ich serca. W dodatku noc uczyniła się duszna, ciemna, grzmoty poczęły huczeć i przewalać się po niebie, a później jaskrawe błyskawice rozdzierały co chwila ciemność. O północy pierwsza tej wiosny burza rozszalała się nad ziemią. Pobudziła się nawet służba.
Krzysia i Basia zeszły z panieńskiej izby do jadalnej komnaty. Tam całe towarzystwo poczęło odprawiać modlitwy i potem siedziało w milczeniu, powtarzając chórem, wedle zwyczaju, za każdem uderzeniem pioruna: „A słowo stało się ciałem!“
W poświstach wichru słychać było czasami coś jakby tętent, a wówczas zgroza i przestrach podnosiły włosy na głowie Basi, stolnikowej i obu starszych mężów, bo im się zdawało, że lada chwila drzwi się otworzą i wejdzie Wołodyjowski, umazany we krwi Ketlingowej.
Łagodny zwykle pan Michał, pierwszy raz w życiu zaciężył jak kamień na sercach ludzkich, tak, że sama myśl o nim napełniała je przerażeniem.
Noc jednak zeszła bez wieści o małym rycerzu. Świtaniem, gdy burza uspokoiła się nieco, pan Zagłoba ruszył po raz drugi do miasta.
Cały ten dzień był dniem cięższego jeszcze niepokoju. Basia aż do wieczora przesiadywała w oknie lub za bramą, spoglądając na drogę, którą pan Zagłoba mógł nadjechać.
Tymczasem czeladź, z rozkazu pana stolnika, pakowała zwolna łuby do drogi. Krzysia zajęta była pilnowaniem swej roboty, gdyż tym sposobem mogła się trzymać opodal obojga państwa Makowieckich i pana Zagłoby.
Jakkolwiek bowiem pani stolnikowa nie wspominała przy niej dotąd ani jednem słowem o bracie, jednakże samo to milczenie przekonywało Krzysię, że i miłość pana Michała dla niej i dawniejsze tajemne ich układy i świeża jej odmowa, na jaw wyszły. A wobec tego trudno było przypuszczać, aby ci ludzie, Wołodyjowskiemu najbliżsi, nie mieli do niej żalu i urazy. Biedna Krzysia czuła, że tak być musi, że tak jest, że odsunęły się od niej te kochające dotychczas serca, więc i sama wolała cierpieć na uboczu.
Pod wieczór łuby były gotowe, tak, że od biedy można było tego samego dnia wyruszyć. Ale pan Makowiecki czekał jeszcze wieści od Zagłoby. Podano wieczerzę, której nikt jeść nie chciał, i wieczór począł się wlec ciężko, nieznośnie, a tak głucho, jak gdyby wszyscy nasłuchiwali, co zegar szepcze.
— Przejdźmy do bawialni — rzekł wreszcie stolnik. — Niepodobna już tu wytrzymać.
Przeszli i siedli, ale nim zdołał ktokolwiek pierwsze słowo przemówić, za oknem poczęły się odzywać psy.
— Jedzie ktoś! — zawołała Basia.
— Psy naszczekują, jak na swego! — zauważyła pani stolnikowa.
— Cicho-no! — rzekł stolnik. — Słychać turkot.
— Cicho! — powtórzyła Basia. — Tak, słychać coraz lepiej… to pan Zagłoba.
Basia i stolnik porwali się na równe nogi i wybiegli; stolnikowej poczęło bić serce, ale została z Krzysią, aby zbytnim pośpiechem nie zdradzić, że pan Zagłoba jakieś zbyt ważne nowiny przywozi.
Tymczasem turkot rozległ się tuż pod oknami, a potem ustał nagle. Jakieś głosy dały się słyszeć w sieni i po chwili do komnaty wpadła jak huragan Basia, z tak zmienioną twarzą, jakby ujrzała widmo.
— Basiu, co to? kto to? — spytała z przerażeniem pani Makowiecka.
Lecz nim Basia zdążyła złapać oddech i odpowiedzieć, drzwi otwarły się i weszli przez nie naprzód stolnik, potem Wołodyjowski, nakoniec Ketling.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.