Pan Wołodyjowski/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Pan Wołodyjowski
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Zakładu Narodowego Imienia Ossolińskich
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego Imienia Ossolińskich we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XX.


Ketling tak był zmieniony, że ledwie zdołał skłonić się nisko paniom, poczem stanął nieruchomie, z kapeluszem przy piersiach, z przymkniętemi oczyma, podobny do cudownego obrazu; Wołodyjowski zaś uścisnął po drodze siostrę i zbliżył się do Krzysi.
Twarz dziewczyny była biała, jak płótno, aż lekki meszek nad jej ustami wydał się ciemniejszy niż zwykle; pierś jej wznosiła się i opadała gwałtownie, lecz Wołodyjowski wziął łagodnie jej rękę i do ust przycisnął; poczem ruszał czas jakiś wąsikami, jakby zbierając myśli, nakoniec ozwał się z wielkim smutkiem, ale i z wielkim spokojem:
— Moja mościa panno, albo lepiej: moja Krzysiu kochana! Wysłuchaj mnie bez trwogi, bom też nie jakowyś Scyta, ani Tatarzyn, ani dzik, jeno przyjaciel, który chociaż sam niebardzo szczęśliwy, przecie twojego szczęścia pragnie. Już się wszystko wydało, że wy się z Ketlingiem miłujecie. Panna Basia mi to w gniewie słusznym w oczy rzuciła, ja się zaś nie wypieram, żem wypadł z tego domu w furyi i leciałem szukać pomsty nad Ketlingiem… Kto wszystko utraci, tym łatwiej zemsta targnie, a ja, jak Bóg miły, tak cię okrutnie kochałem i nietylko jako kawaler pannę… Bo gdybym już był żonaty i gdyby mnie Pan Bóg chłopyszka jedynego dał, albo dziewczynę, a potem zabrał, tobym też ich tak może nie żałował, jakom ciebie żałował…
Tu zbrakło na chwilę głosu panu Michałowi, ale wnet się pohamował i ruszywszy kilkakrotnie wąsikami, tak dalej mówił:
— No, żal żalem, a rady niema. Że cię Ketling pokochał, nie dziwota! Ktoby cię nie pokochał?! A żeś ty jego pokochała, to taki już mój los, ale dziwić się także niema czemu, bo gdzie mnie tam do Ketlinga! W polu, niech on sam powie, przeciem nie gorszy; wszelako to co innego!… Pan Bóg jednego ozdobił, drugiemu ujął, ale zastanowieniem nagrodził. Tak i mnie, jak tylko wiatr w drodze obwiał, a pierwsza furya minęła, zaraz sumienie rzekło: za co ich będziesz karał? za co rozlejesz tę krew przyjacielską? Pokochali się, to wola Boska. Najstarsi ludzie mówią, że przeciw sercu i hetmański rozkaz na nic. Wola Boska, że się pokochali, ale że nie zdradzili, to ich poczciwość… Żeby choć Ketling był wiedział, żeś mi przyrzekła, możebym mu zakrzyknął: „gas!“ — ale on i tego nie wiedział. Co winien? — nic! A ty coś winna? — nic! On chciał wyjechać, tyś chciała do Boga… Dola moja winna, nikt więcej, bo to już widać palec Boży w tem, bym ja w sieroctwie pozostał… No, zmogłem się! zmogłem!
Pan Michał znów urwał i począł oddychać szybko, jak człek, co po długiem nurkowaniu z wody na powietrze wychynął, poczem wziął Krzysi rękę.
— Tak miłować — rzekł — żeby dla siebie wszystkiego chcieć, nie sztuka. Trojgu nam się serce rozdziera — pomyślałem — niechże lepiej jedno przycierpi, a tamtym pociechę sprawi. Daj ci Boże, Krzysiu, szczęście z Ketlingiem… Amen… Daj ci Boże, Krzysiu, szczęście z Ketlingiem!… Mnie trocha boli, ale to nie… Daj ci Boże… Dalibóg, to nic!… zmogłem się!…
Mówił żołnierzysko: „nic!“ a przecie aż zęby ścisnął i syczeć począł, a z drugiego końca izby ozwało się wycie Basi.
— Ketling, bywaj bracie! — krzyknął Wołodyjowski.
Ketling zbliżył się, klęknął, otworzył ręce i w milczeniu, w największej czci i miłości, objął kolana Krzysi.
A Wołodyjowski począł mówić przerwanym głosem:
— Ściśnij mu głowę! Nacierpiało się chłopisko też… Boże wam błogosław!… Nie pójdziesz do klasztoru… Wolę, że mnie będziecie błogosławić, niż żebyście mieli przeklinać. Pan Bóg nademną, choć mi teraz ciężko…
Basia, nie mogąc wytrzymać dłużej, wypadła z izby, co spostrzegłszy, pan Wołodyjowski zwrócił się do stolnika i siostry:
— Idźcie do drugiej izby — rzekł — a ich ostawcie… Ja sobie też pójdę gdzieindziej, bo trocha sobie przyklęknę i Panu Jezusowi się polecę…
I wyszedł.
W pół korytarzyka spotkał przy schodach Basię, w tem samem miejscu, w którem uniesiona gniewem, zdradziła tajemnicę Krzysi i Ketlinga. Ale teraz Basia stała oparta o mur, zanosząc się od płaczu.
Rozczulił się na ten widok pan Michał nad własnym losem; wstrzymywał się dotąd, jak mógł, ale w tej chwili pękły tamy żalu i łzy potokiem popłynęły mu z oczu.
— Czego waćpanna płaczesz? — zawołał żałośnie.
Basia podniosła główkę i wtykając, jak dziecko, to jedną, to drugą piąstkę w oczy, zanosząc się i chwytając w otwarte usta powietrze, odpowiedziała mu ze łkaniem:
— Tak mi żal!… O dla Boga! O Jezu!… Pan Michał taki zacny, taki poczciwy!… O dla Boga!…
Wówczas on schwycił jej ręce i począł całować z wdzięczności i rozrzewnienia.
— Bóg ci zapłać! Bóg ci zapłać za serce! — rzekł. — Cicho, nie płacz!
Lecz Basia tembardziej zaczęła łkać i zanosić się. Każda żyłka trzęsła się w niej z żalu, ustami poczęła chwytać coraz śpieszniej powietrze, nakoniec, tupiąc nóżkami z uniesienia, jęła wołać tak głośno, aż rozlegało się po całym korytarzu:
— Głupia Krzysia! jabym wolała jednego pana Michała, niż dziesięciu Ketlingów! Ja pana Michała kocham, z całej siły… lepiej, niż ciotkę, lepiej… niż wójaszka… lepiej, niż Krzysię!…
— Dla Boga! Basiu! — zawołał mały rycerz.
I chcąc pohamować jej uniesienie, chwycił ją w objęcia, a ona przytuliła się z całej siły do jego piersi, tak, że uczuł jej serce, bijące, jak w zmęczonym ptaku, więc objął ją jeszcze krzepciej i tak trwali.
Nastało milczenie.
— Basiu! zechceszże ty mnie? — ozwał się mały rycerz.
— Tak! tak! tak! — odpowiedziała Basia.
Na tę odpowiedź i jego z kolei chwyciło uniesienie, przycisnął usta do jej różanych dziewiczych ustek i znów tak trwali.
Tymczasem zaturkotała bryczka i pan Zagłoba wpadł do sieni, następnie do jadalnej izby, w której siedzieli stolnik z żoną.
— Niema Michała! — krzyknął jednym tchem. — Szukałem wszędzie! Pan Krzycki mówił, że widział ich z Ketlingiem. Pewnie się bili!
— Michał jest! — odpowiedziała pani stolnikowa — przywiózł Ketlinga i oddał mu Krzysię!
Słup soli, w który żona Lota została zamieniona, pewnie mniej osłupiałą miał minę, niż w tej chwili pan Zagłoba. Czas jakiś trwało milczenie, poczem stary szlachcic przetarł oczy i spytał:
— Hę?
— Krzysia z Ketlingiem tu obok siedzą, a Michał poszedł się modlić — odrzekł stolnik.
Pan Zagłoba wszedł bez chwili wahania się do izby i choć już wiedział o wszystkiem, zdumiał się powtórnie, widząc Ketlinga i Krzysię, siedzących czołem w czoło. Oni zerwali się, zmieszani bardzo i nie umiejący słowa przemówić, zwłaszcza, że za panem Zagłobą weszli i stolnikostwo.
— Życia nie starczy na wdzięczność Michałowi! — rzekł wreszcie Ketling. — Jego to dzieło szczęście nasze!
— Szczęść wam Boże! — rzekł stolnik. — Michałowi nie będziem się sprzeciwiać!
Krzysia osunęła się w objęcia pani stolnikowej i poczęły płakać obie. Pan Zagłoba był jakby ogłuszony. Ketling pochylił się do kolan stolnikowych, jak syn do ojcowskich, ów zaś podniósł go i widać z nawału myśli, albo z konfuzyi, rzekł:
— A pana Ubysza pan Deyma usiekł! Michałowi dziękuj, nie mnie!
Po chwili zaś pytał:
— Żono, jak to było owej białogłowie na przezwisko?
Lecz pani stolnikowa nie miała czasu na odpowiedź, bo w tej chwili wbiegła Basia, bardziej zadyszana niż zwykle, bardziej różowa niż zwykle, z czupryną opadniętą bardziej na oczy niż zwykle, przyskoczyła do Ketlinga i Krzysi i podsuwając palec to jednemu, to drugiemu do oczu, poczęła wołać:
— Aha! dobrze! wzdychajcie, kochajcie się! żeńcie! Myślicie, że pan Michał sam zostanie na świecie?! Otóż nie, bo ja się za niego machnę, bo go kocham i sama mu to powiedziałam. Pierwsza mu to powiedziałam, a on spytał, czy go chcę, a ja mu powiedziałam, że go wolę od dziesięciu innych, bo go kocham i będę najlepszą żoną i nie odstąpię go nigdy i będziem razem wojowali! Ja go zdawna kochałam, chociażem nie mówiła nic, bo on najzacniejszy i najlepszy i kochany…. A teraz się sobie żeńcie, a ja się za pana Michała machnę, choćby jutro… bo…
Tu zabrakło tchu Basi.
Spoglądali na nią wszyscy, nie rozumiejąc, czy oszalała, czy też prawdę mówi; następnie zaczęli spoglądać na siebie, a w tem we drzwiach ukazał się za Basią Wołodyjowski.
— Michale! — spytał stolnik, gdy przytomność głos mu wróciła — zali to prawda, co my słyszym?
Na to mały rycerz z powagą wielką:
— Bóg cud uczynił i to jest moja pociecha, moje kochanie, mój skarb największy!
Po tych słowach skoczyła znów Basia ku niemu, jak sarna.
Tymczasem maska zdumienia opadła z twarzy pana Zagłoby, a natomiast biała głowa poczęła mu się trząść, otworzył szeroko ramiona i rzekł:
— Dalibóg, ryknę!… Hajduczku, Michale, pójdźcie tu!…







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.