Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cicho tam siedź i nie wtrącaj się w nieswoje rzeczy! — odparł Zagłoba, którego ubodło to najwięcej, że przy stolniku latyczowskim spotkała go ta wymówka.
Więc po chwili jeszcze dodał:
— Ja popychałem kogo! ja raiłem? Ot, to! Lubię takie supozycye!
— Aha? może nie? — odrzekła dziewczyna.
I dalej jechali w milczeniu.
Pan Zagłoba nie mógł jednak opędzić się myśli, że Basia ma słuszność i że wszystkiemu co zaszło, on winien jest w znacznej części. Myśl ta gryzła go niepomału, a że i karabon trząsł przytem okrutnie, więc stary szlachcic wpadł w jak najgorszy humor i nie szczędził sam sobie wyrzutów.
— Słusznaby była rzecz — myślał — gdyby Wołodyjowski z Ketlingem uszy mi obcięli na współkę. Żenić kogoś wbrew woli, to to samo, coby mu kazać na koniu twarzą do ogona jeździć. Ma racyę ta mucha! Jeśli się tamci pobiją, krew Ketlingowa spadnie na mnie. O tom się na starość w praktyki wdał! Tfu, do licha! Jeszcze mnie w ostatku mało w pole nie wywiedli, bom się ledwie domyślał czemu Ketling chce za morze, a tamta kawka do klasztoru, tymczasem hajduczek wszystko, jak się pokazuje, oddawna spenetrował…
Tu zamyślił się pan Zagłoba, a po chwili mruknął:
— Szelma nie dziewczyna! Michał od raka oczu pożyczył, żeby taką dla tamtej kukły spostponować!
Tymczasem dojechali do miasta, ale tu dopiero zaczęły się trudności, bo żadne z nich nie wiedziało, ani gdzie mieszka obecnie Ketling, ani też dokąd mógł udać się Wołodyjowski, szukać zaś w takim tłumie ludzi było to szukać ziarna w korcu maku. Najprzód więc udali się na dwór hetmana wielkiego. Tam powiedziano im, że Ketling tego ranka miał wyjechać w zamorską podróż, Wołodyjowski zaś był, rozpytując się o niego, ale gdzie się udał, nikt nie wiedział. Przypuszczano, że może do chorągwi stojących w polu za miastem.
Pan Zagłoba kazał nawrócić ku obozowi, ale i tam niemożna było złapać języka. Objechali jeszcze wszystkie gospody przy ulicy Długiej, byli na Pradze, wszystko napróżno.
Tymczasem zapadła noc, a że o gospodzie nie było co i myśleć, musieli wracać do domu.
Wracali w strapieniu, Basia popłakiwała trochę, pobożny stolnik odmawiał pacierze, Zagłoba naprawdę był niespokojny. Próbował jednak pocieszyć siebie i kompanię.
— Ha! kłopoczemy się — rzekł — a tam Michał może już w domu?
— Albo usieczon! — rzekła Basia.
I poczęła się wić na bryce, powtarzając ze łzami:
— Uciąć mi język! moja wina! moja wina! O Jezu, ja chyba zwaryuję!
A Zagłoba: