Pan Twardowski (Rydel, 1923)/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Rydel
Tytuł Pan Twardowski
Podtytuł Poemat w XVIII. pieśniach
Wydawca S. A. Krzyżanowski
Data wydania 1923
Druk Drukarnia Związkowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Ilustrator Włodzimierz Tetmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.
CO INNI POWIADAJĄ.


Snać jest nad Niemnem wieść taka,
Że przed Twardowskiego żoną
Sam nawet bies dał drapaka;
I tak wielkiemu Poecie
W rodzinnych stronach mówiono,
Który najpiękniejszą w świecie
Napisał o tem Balladę.
Ale prawdziwsza jest pono
Stara powieść z pod Krakowa,
Którą także tutaj kładę.

Mówi tedy powieść owa,
Że skoro się czart po uszy
Wykąpał w święconej wodzie,
Nic do Twardowskiego duszy
Nie stało mu na przeszkodzie,

Bo wygrał wszystkie zakłady.
Twardowski widzi, że bieda:
Godzina śmierci już bliska,
Dyabeł się sztuczką zbyć nie da,
Coraz nań srożej naciska…
Uciekł tedy do alkierza,
Gdzie stała w kącie kołyska
Małej karczmarzów dzieciny
I myśl go zbawcza uderza,
Iż dziś właśnie były chrzciny,
Przeto do tego dziecięcia
Przystępu nie ma dziś piekło.
Porwał niemowlę w objęcia,
Aby czarta złość zaciekłą
Ubezwładnić, choć na chwilę. —
Bies na cztery nogi kuty
Wrzasnął: „Gdzież verbum nobile?!“
Twardowski pobladł, jak struty
Stoi, myśli coś i szepce,
Ale nie wszczyna dysputy
I dziecko składa w kolebce:
— „Ha, bierz mnie dyable… i kwita!“
Dyabłu iskra z oczu strzeli,
Jedną łapą u gardzieli,

Drugą za głowę go chwyta
I… kominem wylecieli. —
Hen w dole, ziemia się bieli;
Oni lecą czarną nocą,
Szlachcicowi koło uszu
Pęd szalony wichrem śwista
I wyloty się trzepocą…
Zbył wszelkiego animuszu,
Boć to zguba oczywista.
Lecą, lecą w mroczne dale,
Chyba gdzieś na koniec świata,
Bies w głuchym wściekłości szale
Skrzydłami wichry zamiata…
Aż tu z ziemi niespodzianie
Jakiś cudny dźwięk wylata
W te przestwory, w te otchłanie…
Coś jak śpiew, coś jakby łkanie:
A to na Marjackiej wieży
W Krakowie grają hejnały.
Myśl grzesznika nagle bieży
W owe dawne dobre lata,
Gdy z niego żaczek był mały
A w żaczku dusza skrzydlata.
Te trąby, co tam zagrały,

Tyle w nim budzą wspominek!
Widzi kościół, Sukiennice
I krakowski śliczny rynek…
Tam niegdyś rymy „Godzinek“[1]
Składał i Bogarodzicę
Wielbił, opiewając święcie
Jej chwalebną tajemnicę,
Niepokalane Poczęcie.
A teraz?!… Czart jego duszę
Wlecze w piekielne podwoje
Na wiekuiste katusze
I łkając zaśpiewał w skrusze
Pieśń: „Zacznijcie wargi moje…“



Przypisy

  1. „Godzinki“. Nazwa polska nabożeństwa na cześć niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny, ułożonego w kształcie pacierzy kapłańskich, czyli godzin kanoniczych. Godzinki przyszły do Polski naprzód w tekście łacińskim jako Officium Beatae Virginis Mariae. Długosz podaje, że Bolesław Krzywousty śpiewał takie Officia przed każdą bitwą. Rozpowszechniły się w XVI wieku; odmawiał je codziennie Zygmunt III. Przekładu polskiego Godzinek dokonał X. Jakób Wujek, jezuita, autor tłomaczenia Pisma św. na język polski. Podanie ludowe przekład Godzinek przypisuje Twardowskiemu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Rydel.