Pan Jezus i Święty Piotr

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Pan Jezus i Święty Piotr
Pochodzenie Legendy Chrystusowe
Wydawca Polska Y.M.C.A.
Data wydania 1946
Druk O.G.I.
Miejsce wyd. Rzym
Tłumacz Wanda Młodnicka
Tytuł orygin. Vår Herre och Sankte Per
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
PAN JEZUS I ŚWIĘTY PIOTR

Było to onego czasu, kiedy Pan nasz, wraz z Świętym Piotrem, po długoletniej a ciężkiej wędrówce ziemskiej, nacierpiawszy się niemało, przyszli do nieba z powrotem.
Można sobie wyobrazić, co to dla Świętego Piotra za radość była. Co innego bowiem siedzieć na rajskim wzgórzu i patrzeć na świat cały, niż wędrować jako żebrak od drzwi do drzwi. Inaczej przechadzać się w rajskich ogrodach, niż włóczyć po ziemi, nie wiedząc gdzie się w noc burzliwą głowę złoży, w niepewności czy nie wypadnie dalej w zimno i ciemność podążać.
Pomyślcie tylko, co to za uciecha przybyć nareszcie do celu po takiej podróży. Nie mógł on mieć pewności, że wszystko tak szczęśliwie się zakończy. Zawsze popadał w niepokój i zwątpienie. Nigdy nie mógł pojąć nieborak, na co tak ciężki żywot wlec musieli, skoro Pan Jezus był panem świata.
Teraz śmiał się z tego, wspominając, ile zmartwień obaj przebyli i jak małym się musieli zadawalać.
Razu jednego, kiedy im było tak źle, iż myślał już, że nie wytrzyma, zabrał go Pan Jezus i szedł z nim pod górę, nie mówiąc wcale, co by tam mieli do czynienia.
Wyszli za miasto położone u stóp góry, minęli zamki leżące powyżej, wyszli ponad zagrody chłopskie i szałasy pasterskie, zostawiając za sobą ostatnie schronisko skalne drwali.
Zaszli nareszcie tam, gdzie góra była naga, bez drzew i roślinności, a gdzie pustelnik zbudował sobie chatkę, aby w potrzebie mógł poratować wędrownych.
Potem szli przez pola śnieżne, gdzie śpią bobaki, a wreszcie dotarli do dzikich spiętrzonych lodowców, gdzie koziorożec zaledwie dostać się może.
Tam na górze znalazł Pan Jezus ptaszka małego z czerwoną piersią który zmarzły leżał na lodzie. Podniósł gila i schował w zanadrze. I Święty Piotr przypomniał sobie jak to go wówczas zdjęła ciekawość, czy też ten ptaszek będzie stanowił ich obiad.
Szli przez długą przestrzeń śliskich lodowców, a Świętemu Piotrowi zdawało się, że nigdy nie był bliższym śmierci, gdyż śmiertelnie zimny wicher dął i śmiertelnie ciemna mgła ich otuliła, daleko wokół nie było żywego stworzenia, a przecie nie zaszli wyżej jak do połowy góry zaledwie. Wtedy poprosił Święty Piotr, aby mógł wrócić.
— Jeszcze nie — rzekł Pan Jezus — ukażę ci coś takiego, co ci doda odwagi znosić wszelakie trudy i zmęczenie!
Szli tak dalej przez mgłę i zimno aż doszli do niezmiernie wysokiego muru, tamującego dalszą drogę.
— Ten mur opasuje całą górę — rzekł Pan Jezus — w żadnym miejscu nie można go przebyć i nikt nie może zobaczyć, co się poza nim znajduje, gdyż tu zaczyna się raj, a na całym zboczu góry mieszkają zbawieni umarli.
Wobec tych słów nie mógł Święty Piotr zapanować nad sobą i oblicze jego przybrało wielce niedowierzającą minę.
— Tam nie ma ciemności ani zimna, jakie tutaj panują — mówił Pan Jezus dalej — tam trwa lato ciągłe i zieleń, jasny blask słońca i gwiazd. Ale Piotr nie mógł uwierzyć temu i milczał.
Wtedy wyjął Pan Jezus z zanadrza ptaszka, którego przedtem podjął na lodowcu, przegiął się i przerzucił go ponad mur, tak, że ptaszyna wpadła do raju.
Zaraz potem usłyszał Święty Piotr radosny, ucieszny gwizd gila i zadziwił się bardzo.
Zwrócił się do Pana Jezusa i rzekł:
— Wracajmy na ziemię i cierpmy ile trzeba, gdyż widzę, że prawdę mówiłeś, jest miejsce, gdzie życie śmierć zwycięża!
Zeszli tedy na ziemię i zaczęli na nowo swoją żmudną wędrówkę.
Odtąd, przez długie lata Święty Piotr nie oglądał raju, chodził tylko i tęsknił do tej krainy za murem... Aż teraz oto był już tam, nie potrzebował tęsknić, mógł całymi dniami, pełnymi rękoma czerpać radość z nieustannie bijących źródeł.
Święty Piotr zaledwie od czternastu dni był w niebie, kiedy zdarzyło się, że do Pana Jezusa siedzącego w swoim krześle, przyszedł anioł, skłonił się przed nim siedem razy i oznajmił, że jakieś wielkie nieszczęście spotkać musiało świętego Piotra, nie chce bowiem jeść ani pić a oczy ma zaczerwienione, jakby od paru dni już nie spał...
Usłyszawszy to Pan Jezus powstał zaraz i poszedł do Świętego Piotra.
Znalazł go daleko na najodleglejszym krańcu raju, leżał na ziemi, jak gdyby nadto osłabiony, aby mógł powstać, szatę miał rozdartą i głowę posypaną popiołem.
Widząc go w takim smutku, usiadł Pan Jezus koło niego i przemawiał doń tak, jak zwykł był czynić wówczas, kiedy razem podczas ziemskiej wędrówki przebywali utrapienia przeróżne.
— Co cię przejmuje takim żalem? — pytał Pan Jezus.
Żałość zmogła jednak Świętego Piotra tak, że niezdolny był odpowiedzieć.
— Cóż cię tak zasmuca? — spytał Pan Jezus powtórnie
Zamiast odpowiedzieć, zdjął Święty Piotr złotą glorię z nad swojej głowy i jakby chciał powiedzieć, że nie chce już udziału w jego chwale i wspaniałości, rzucił ją Panu Jezusowi przed stopy.
Ale Pan Jezus widząc, że Święty Piotr nadto jest zrozpaczony, aby wiedział co czyni, nie okazał mu gniewu żadnego.
— Musisz mi jednak powiedzieć co cię dręczy — powiedział równie łagodnie jak przedtem, z jeszcze większą słodyczą w głosie.
Nagle porwał się Święty Piotr, a Pan Jezus ujrzał, że był on nie tylko strapiony ale i zły.
— Chcę być zwolnionym ze służby u Ciebie — zawołał Święty — ani dnia dłużej nie chcę w niebie pozostać!
Pan Jezus jednak starał się ułagodzić go, co tak często na ziemi czynić musiał, ilekroć Piotra popędliwość uniosła.
— Zaprawdę, nie będę ci stawiał przeszkód, abyś odszedł — powiedział — pierwej jednak musisz mi powiedzieć co ci się tu nie podoba!
— Muszę Ci wyznać, że kiedyśmy na ziemskim padole nędzę wszelaką znosili, lepszą sobie nagrodę obiecywałem — rzekł Święty Piotr.
Pan Jezus widział, że gorycz zalewa serce Piotra, nie czuł więc gniewu ku niemu.
— Powtarzam ci, że możesz iść, gdzie chcesz — odparł — jeżeli mię tylko powiadomisz o przyczynie twojego smutku.
Wtedy nareszcie opowiedział Święty Piotr, dlaczego tak się czuł nieszczęśliwym.
— Miałem matkę staruszkę — rzekł on. — Przed paru dniami umarła.
— Wiem już co cię udręcza! — ozwał się Pan Jezus. — Cierpisz nad tym, że matka twoja do nieba nie przyszła.
— Tak jest! — rzekł Święty Piotr, a zarazem porwał go taki żal, że zaczął w głos szlochać i biadać.
— Zdawało mi się, żem zasłużył na to, aby i ona tu przyszła — wołał.
Skoro jednak Pan Jezus dowiedział się o przyczynie Piotrowego smutku, zasmucił się również. Matka Piotra nie była, bowiem tak cnotliwą, żeby się mogła dostać do nieba. O niczym innym nie myślała nigdy, jak tylko o gromadzeniu pieniędzy; ubogim zaś, którzy przyszli pod jej drzwi, nigdy nie dała ani grosza, ani kęsa chleba. Pan Jezus jednak wiedział dobrze, że Piotr nie winien skąpstwu swojej matki.
— Piotrze — zapytał — skąd możesz wiedzieć, że matka twoja czułaby się tu szczęśliwą?
— O! pytasz dlatego, bo mnie wysłuchać nie chcesz — zawołał Święty Piotr. — Któżby się w niebie szczęśliwym nie czuł?
— Kto się nie cieszy radością drugich, ten i tu nie może być szczęśliwym — rzekł Pani Jezus.
— W takim razie jest tu oprócz mojej matki dosyć takich, którzy tu być nie powinni — zauważył Święty Piotr, a Pan Jezus zrozumiał, że miał jego na myśli.
Głęboko się tedy zasmucił, gdyż widomym było, że Święty Piotr wielką zgryzotą swoją dotknięty, nie wiedział już co mówi. Czekał chwilę czy Święty nie okaże skruchy i sam nie uzna matki swej za niegodną nieba, ale Piotr nie chciał się opamiętać.
Wtedy przyzwał Pan Jezus anioła i rozkazał mu znijść do piekieł i przynieść stamtąd matkę Świętego Piotra.
— Dajże mi popatrzeć, jak ją będzie niósł! — powiedział Piotr. A Pan Jezus wziął go za rękę i wywiódł na brzeg skały, która stromą ścianą spadała w przepaść tak, że odrobinę tylko nachyliwszy się można było zajrzeć stąd prosto w piekło.
Święty Piotr spojrzał, ale nie mógł z początku dopatrzyć nic więcej, jak w ciemnej studni. Czarna czeluść jakby bezdenna ziała pod nim. Pierwszym, co niewyraźnie rozróżnił, były skrzydła anioła, który spuszczał się już w przepaść.
Widział jak bez obawy śpieszył w dół, nieco tylko rozszerzając skrzydła, aby nie spadać zbyt szybko.
Skoro tylko oczy swoje z ciemnością nieco oswoił zaczął powoli coraz więcej szczegółów rozróżniać. Zauważył najpierw, że raj leżał na stożkowatej górze, która miała z boku głęboką rozpadlinę a na dnie tej przepaści znajdowało się piekło.
Widział jak anioł opadał i opadał w dół, dna nie osiągając, głęboko. I wtedy przestraszył się, że to tak głęboko.
— Gdybyż już z matką powrócił! — westchnął. Zbawiciel spojrzał na Piotra wielkimi, smutnymi oczyma.
— Niema ciężaru, którego by mój anioł nie uniósł — wyrzekł jakby do siebie.
Droga w przepaść szła tak głęboko, że promień słońca nie mógł dna dosięgnąć, gęsty, nieprzenikniony mrok tam panował. Zdawało się jedynie, że anielski lot wniósł tam nieco światła i jasności z sobą, tak, że Święty Piotr mógł zobaczyć coś nie coś.
Ogromna czarna pustynia skalna, ostre, kolczate kamienie tworzyły jej ściany, między nimi błyszczały kałużki czarnej wody... Ani trawki, ani drzewa, ani żadnego znaku życia...
Wszystkich zjeżonych iglic skalnych czepiali się nieszczęśni zmarli. Zwisali z nich wdrapawszy się w nadziei, że się dobędą z przepaści, a widząc, że nigdzie wyjścia nie ma, zostawali w górze, tężejąc z przerażenia.
Święty Piotr widział kilku z nich, siedzących i leżących z ramionami wyciągniętymi w tęsknocie wieczystej ku górze; z oczyma wbitymi w jaśniejący otwór czeluści. Inni rękami zakrywali oczy, aby nie patrzeć na beznadziejną okropność otoczenia.
Wszyscy trwali w bezruchu. Niektórzy leżeli bezwładnie w kałużach, nie usiłując nawet powstać.
Straszną wprost była ta niezmierna ich liczba! Wydawało się, że cała przepaść kłębi się samymi ciałami ludzkimi i głowami.
Świętego Piotra nowa opanowała obawa.
— Zobaczysz, on jej nie znajdzie — ozwał się do Pana Jezusa.
Zbawiciel spojrzał na niego tym samym zasmuconym wzrokiem; wszakże wiedział, że Święty Piotr mógł ufać aniołowi!
Ale Piotr wciąż wątpił, utyskując, że anioł nie potrafi odrazu odszukać jego matki spomiędzy tłumu przeklętych. Widział rozpostarte skrzydła nad otchłanią, jak się ważyły, to tu, to tam.
Nagle jeden z potępieńców ujrzał anioła, zerwał się, wyciągnął ramiona i zawołał:
— Zabierz mię z sobą, zabierz mię z sobą!
Wtedy cały ten tłum zaroił się życiem. Wszystkie miliony milionów dusz piekło cierpiących, zerwały się w tej chwili, podniosły jęk wielki i wołały anioła, aby je zabrał do nieba.
Krzyk ten doleciał Pana Jezusa i Świętego Piotra, a serca ich drżały z bólu.
Anioł unosił się w powietrzu wysoko nad potępieńcami, ale podczas gdy się chwiał w tę to w ową stronę, szukając onej, po którą był zesłany, krążyli i oni wszyscy słaniając się w kierunku jego lotu, jak wichurą jakową rwani.
Nareszcie ujrzał anioł duszę, po którą przyszedł. Złożył skrzydła na plecach i jak strzała puścił się w dół. Święty Piotr krzyknął radośnie zobaczywszy, że obejmuje ramieniem jego matkę i podnosi ją w górę.
— Bądź, błogosławiony, który mi matkę powracasz! — zawołał.
A Pan Jezus położył rękę na ramieniu Piotra jakby przestrzegając, żeby się za wczesnej radości nie oddawał.
Święty Piotr jednak bliskim był płaczu z uciechy na myśl, że matka jego uratowana, nie pojmując, żeby ich mogło cokolwiek rozdzielić. Jeszcze bardziej uradował się, postrzegłszy, że kilkoro potępionych, mimo szybkiego lotu anioła, zdołało go dosięgnąć i poczepiali się szat tej, która miała być zbawioną, aby przez nią dostać się do nieba.
Święty Piotr mniemał, że zaszczyt wielki spotyka jego matkę, jeżeli za jej sprawą tylu nieszczęśliwych miejsce potępienia opuści.
Anioł nie przeszkadzał im również. Nie zdając się czuć ciężaru, wznosił się i tak lekko uderzał skrzydłami, jak gdyby ptaszka nieżywego unosił do nieba.
Wtedy ujrzał Święty Piotr, że matka jego zaczyna odrywać od siebie dłonie potępieńców, którzy się jej szat uczepili. Szarpała ich rękoma, borykała się z nimi zawzięcie, tak, że jeden po drugim spadali w otchłań piekielną.
Święty Piotr słyszał ich prośby błagalne a daremne, staruszkę bowiem oburzała widocznie myśl sama, że ktoś inny prócz niej mógłby jeszcze zostać zbawiony. Odrywała jednego po drugim, strącając ich w niedolę wieczystą. A gdy spadali wypełniła się cała czeluść odgłosem jęków i przekleństw.
Wtedy zawołał Święty błagając matkę aby okazała miłosierdzie, nie usłuchała go jednak.
I zauważył Święty Piotr, że anioł im, więcej mu ubywało ciężaru, dźwigał się coraz ciężej i wolniej, wtedy porwała Piotra taka trwoga, że nogi ugięły się pod nim i padł na kolana.
Wreszcie została tylko jedna jedyna dusza, która się jeszcze matki Piotrowej trzymała. Była to młoda niewiasta. Zawisła u jej szyji i do ucha szeptała zaklęcia i prośby, aby ją razem w błogą rajską krainę zabrała. Anioł uniósł się z swoim ciężarem tak wysoko, że Święty Piotr wyciągnął już ramiona ku matce. Zdawało mu się że kilka jeszcze poruszeń skrzydeł anielskich a staną u brzegu przepaści na górze.
Wtem nagle przestał anioł poruszać skrzydłami a oblicze jego ponure się stało jak noc.
Stara kobieta wyciągnąwszy wstecz ręce, chwyciła tamtą wiszącą u jej szyji i rwać poczęła i targać, aż póki ręce kurczowo ściśnięte nie rozplotły się i ciężar ostatni nie opadł.
A gdy ta nieszczęsna odpadła, osunął się i anioł o kilka sążni w dół, jak gdyby teraz dopiero skrzydłem poruszyć nie zdołał.
Głęboko zasmuconymi oczyma spojrzał na staruszkę, odwinął ramię, które ją trzymało i spadła nagle, jak gdyby teraz dopiero skoro sama została, ciężar jej stał się zbyt wielkim.
Tejże samej chwili za jednym uderzeniem skrzydeł powrócił anioł do raju.
Święty Piotr jednak leżał długo jeszcze nad przepaścią i szlochał; Pan Jezus stał przy nim milczący.
Święty Piotrze — wyrzekł nareszcie Pan — nigdy nie byłbym przypuścił, że w raju tak będziesz rozpaczał.
A wtedy stary sługa Pański podniósł głowę i rzekł:
— Co mi to za raj, gdzie mnie lament moich najdroższych dosięga, skąd na mękę bliźnich moich patrzę!
Oblicze Pana Jezusa sposępniało na te słowa w bólu głębokim.
— A czyż nie tego właśnie dla was pragnąłem, jak żeby was światłem wiecznej szczęśliwości otoczyć — mówił smutno Pan — nie rozumieszże jakom i dla ciebie zeszedł między ludzi i uczył ich, aby bliźnich swoich jak siebie samych kochali, jak długo tego pojąć nie potrafią, nie ma takiego miejsca ani w niebie ani na ziemi, gdzie by ich smutek i troska nie dosięgła.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Wanda Młodnicka.