Pamiętnik dr Z. Karasiówny/Sezon letni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Karasiówna
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wydania 1939
Drukarz Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Sezon letni.

Nie należała kobieta nigdy do Chorej Kasy. Przez całe życie po doktorach nie chodziła. Ale w tym roku trzeba było trochę pieniędzy do gospodarstwa dołożyć. Poszedł mąż pracować na torze kolejowym w sezonie.
Skoro się płaci do tej Chorej Kasy, trzeba z niej korzystać. Jest w domu dziecko 5-cio letnie. Chore od 4 miesięcy na nogę. Kolano spuchło. Nie klęśnie i nie obiera. Chociaż leczyli jak mogli. Przykładali ślaz i podbiał. Okładali serwatką. Dobrze doktorowi wymyślać, że dziecko zaniedbali. Nie wiedzieli przecież, że to gruźlica stawu, że z dzieckiem źle. Skąd mieli wiedzieć? Nie mieli Chorej Kasy. A choćby nawet poszli do doktora za pieniądze? Nie mieliby i tak pieniędzy na szpital. Jest jeszcze drugie dziecko chore na oczy. Podobno też gruźlica. Gdy tamto do szpitala wyjedzie, trzeba będzie to młodsze co dzień do tej Ubezpieczalni przynosić. Dziecko 2-letnie, 5 km drogi.
Ciężkie będzie dla matki to noszenie. Bo kobieta przy pierwszym porodzie pękła. Będzie temu 12 lat. Wydostająca się na świat główka dziecka, rozdarła krocze. Rzecz częsta.
Miastowym paniom zdarza się też pęknięcie krocza. Wzywają zaraz lekarza, żeby zeszył. Kilka minut czasu i parę ukłuć igłą. Kroczę zacerowane. Kobieta wiejska do szycia krocza lekarza nie wezwie. Szkoda pieniędzy. Z tego, że otwór będzie większy, nie umrze.
Upłynęło od tego czasu lat 12. Kobieta urodziła jeszcze 7-o dzieci. Ma lat 32. Wygląda na 50. Chodzi i pracuje, kopie w polu. Nosi konewki. Dźwiga snopki.
Ale pomiędzy nogami pląta się worek, wielkości głowy dziecka, pokryty ropiejącymi ranami. Straciły wnętrzności oparcie od dołu. Macica zsuwała się coraz niżej. Wreszcie wypadła całkiem. Pochwa wywróciła się na lewą stronę, jak rękaw.
Wisi to wszystko i ociera się o nogi. Zawadza przy pracy. Boli.
Nie słyszała kobieta nigdy o tym, że na to operacja pomoże. Nie była nigdy u lekarza. Gdy dziecko wróci ze szpitala, a drugie trochę się podleczy, ona pojedzie. Póki mąż pracuje.
A mąż niewiadomo czy do końca sezonu dorobi. Też jakiś niebardzo zdrowy. Kaszle i pluje coraz więcej. Męczy się podobno przy robocie. Trzęsie go zimnica i rozpaluje gorączka. Do zbadania jeszcze nie przyszedł. Nie chce opuszczać pracy. Szkoda zarobku. Ale mam przeczucie, że żona musi się wstrzymać z operacją. Bo wcześniej żywiciel rodziny do szpitala na odmę pojedzie.
Jest więcej mężów, którzy dostają robotę w sezonie. Drobne gospodarstwa tutejsze nie są samowystarczalne. Trzeba co roku trochę pieniędzy dołożyć.
Jest o 500 ubezpieczonych więcej, niż w zimie. Z tych większość ma rodzinę. Wpisano ojców, matki, kogo się dało.
Przychodzą teraz całe rodziny z wszystkimi chorobami, jakie się uzbierały przez zimę. Czasem przez kilka lat.
Zjawili się luetycy do nowych kuracji. Przerwali leczenie, skoro tylko stracili prawo do świadczeń Ubezpieczalni. Przyszły kobiety z chorymi jajnikami. Dzieci, które od zimy czyści. Dzieci krzywicze i skrofuliczne. Gruźlicy. Zaniedbane choroby skórne. Rodziny ubezpieczonych własne i pożyczone. Bo robotnicy sezonowi nie mają od razu legitymacji z fotografią. Czekali wszyscy z chorobami na sezon letni, kto tylko mógł czekać. Bo chłop leczy się na własny koszt tylko w nagłym wypadku. W bezpośrednim niebezpieczeństwie życia.
W miesiącach wakacyjnych ruch się wzmaga. Jest coraz więcej robotników ubezpieczonych. Naprawia się drogi, mosty, tor kolejowy. Buduje się nowe domy.
Przyjeżdżają na wakacje kolonie dzieci ubezpieczonych. Przyjeżdżają letnicy z przekazami Ubezpieczalni bratnich. Przywożą w góry dzieci. Dla zdrowia. Rozlokowują się po chałupach w Stryszawie, w Lachowicach, w Tarnawie. Trafiają na odrę, koklusz, tyfus. Nawet wścieklizna się zdarza. Za wszystko lekarz Ubezpieczalni musi cierpieć. Od tego jest. Trudno marzyć teraz o wzięciu urlopu. Zastępca popełniłby samobójstwo.
Normalny człowiek wyjeżdża w lecie nad morze lub w góry, opala plecy et cetera. Prowincjonalnemu lekarzowi Ubezpieczalni trudno do ludzi normalnych należeć.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Karaś.