Pamiętnik dr Cz. Gawareckiego/Ziarna i plewy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Czesław Gawarecki
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wydania 1939
Drukarz Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Ziarna i plewy.

Wakacje 1912 roku spędzam na północnym Polesiu.
Za Bugiem roztacza się odmienna kraina. Czerwone zagrody dróżników kolejowych, budowane z okrąglaków układanych na węgieł. Krajobraz nizinny, podmokły. Studnie to jakby otoczone płotkiem przeręble w glebie. W kurnych chatach tłamsi się dym pod pułapem i nieśmiało, leniwie wyłazi drzwiami pod strzechę. Okienka nieprawdopodobnie maleńkie, umieszczone nisko przy ziemi. Ludzie zarośnięci, kudłaci, w łapciach i lnianych brudno szarych koszulach, wypuszczonych na takież portki. Jakaś psia uniżoność i pokora nie wzbudzająca zaufania. Ze wsi i z pola od i roboty płynie stale jedna i ta samo beznamiętna, beznadziejna melodia rezygnacji. Chleb barwy ziemi wypiekają z mieszaniny kartofli z grochem z małą domieszką razówki. W latach nieurodzaju dodają korę z drzew. I Nie odważyłem się skosztować tego chleba. Czytam tu z nudów pamiętniki sierżanta Francuza z pochodu wielkiej armii Napoleona na Moskwę, i Francuz nie może wyjść z podziwu, że ludność tych okolic nie chciała przyjmować pieniędzy za żywność, byłoby bowiem grzechem sprzedawać dary Boże.
Wzbudziły we mnie wstręt połączony ze zgrozą praktyki lecznicze tutejszego chłopstwa. Wryło mi się w pamięć leczenie róży. W pełnym i skupienia obrzędzie, z zachowaniem szeregu magicznych ruchów, żegnania się, wypowiadając z przejęciem zaklęcia, polewano choremu twarz lub inne chore miejsce jego własnym moczem. Jeśli po paru dniach nie następowała poprawa, wówczas stosowano zabieg podobnie magiczny, lecz już bardziej aromatyczny — smarowano kałem.
Babka moja irytuje się na ciemnotę tutejszego ludu i pochwala hrabinę, która zagląda do chałup i wali batem po karkach za gusła. Chłopi zwykle wiedzą, kiedy hrabina przebywa w majątku.
W dwadzieścia mniej więcej lat później, jako lekarz odbywałem kurs bakteriologii w Państwowym Zakładzie Higieny. Zapoznałem się tu z nowoodkrytym tajemniczym bakteriofagiem, znajdującym się w moczu ludzi, chorych na niektóre schorzenia zakaźne. Wykonywaliśmy pouczające doświadczenia. Kolonie chorobotwórczych bakterii ginęły i rozpływały się bardzo szybko po polaniu ich moczem, zawierającym odpowiedni bakteriofag. Na pożywce zroszonej takim moczem nie wyrastały posiewy j bakterii.
Przypomniałem sobie jako żywo poleszuckie metody leczenia róży Zadumałem się. Dla poleszuków istotą leczenia było samo zamawianie, a polewanie moczem jedynie częścią ceremonii. Zdarzające się zapewne fatalne komplikacje powodowane były brudem i wtórnymi zakażeniami. Ówczesna medycyna naukowa patrzyła na poleszucką metodę leczenia róży, jak na bzdury zabobonu i perwersję ciemnych niechlujów.
Zaiste, zbyt zarozumiale i bezkrytycznie chełpimy się oficjalną nauką, która ogromem zdobytej wiedzy przysłania nam i utrudnia poznanie tego, czego nie znamy. Zarozumiałość jest wrogiem mądrości. Ale jak trudno przezwyciężyć w sobie uprzedzenia, które się kładą na drodze szukania prawdy.
Jakże często świetna cywilizacja przypomina poleszuckie manipulacje i zapatrzona w formę, gubi treść. Jak często ziarno treści działania ginie w masie plewy patosu obrzędu lub samouwielbienia urzędu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Czesław Gawarecki.