Pamiętnik dr Cz. Gawareckiego/Wiejska sielanka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Czesław Gawarecki
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wydania 1939
Drukarz Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Wiejska sielanka.

Tuż przed wojną światową znalazłem się na wsi w kaliskim, u kuzynów moich J. Żer. Miałem tu sposobność obserwowania życia chłopskiego we wszystkich jego przejawach. Był to bowiem dwór, cieszący się wielkim zaufaniem wsi. To też szli do dziedziczki po radę i po pociechę wtedy, kiedy było człowiekowi „cinżko na wnyntrzu“ i kiedy przyszła ochota „pogwarzyć se krzynę“.
Po nieruchomym błękicie nieba sunie słońce łukiem na zachód. Opada na horyzont kula coraz większa i czerwieńsza. Skąpana w blaskach letniego słońca stoi na ganku Marysia. Przed gankiem przygarbiona kobiecina, sterana pracą. Twarz poorana latami i biedą. Cienie topoli wydłużają się, wypełzają na spódnicę babiny i pną się po niej wyżej, wyżej. Powietrze rzeźwieje, a dźwięki mowy coraz donioślejsze.
— Ato przyszłam do dziedzicuchny, przyniesłam papirki do schowanio. Niby na mój pochowek: niechta u Państwa se leżom, żeby zaś my ich nie wzini.
— A co, Nastusiowo, umierać chcecie?
— A juścić. Cościk me na wnyntrzu poboliwo. Tak me jakosić mamrze, a ckliwo, a boszcz ani pyruchny kochane w gembe nie lizom. Tak by sie cościk delekatnego zjadło: kowołecek kiełbosy, cy jojko, cy klusecek biołnych, ale psecieć na lamencie u dzieci jezdem. Robić już ni mogę — to mi tam wygodzać nie bydom... ni... ni... Te parę grosików se usiułałam na pochowek; na ksindza, na katafal, na świce. Żeby zaś nie chowali jak tum dziadówkę. Gospodyni przecież jezdem z gospodarskiej famielii. A łachy w skrzynce też sum. A juścić sum. I cypek i zapaska i wełniok. Wszyćko je... wszyćko je. Stara już jezdem, dużo mam roków, to trza umirać.
Trzęsącymi się rękoma rozwiązuje węzełek z chustki, w którym mieści się dorobek jej ciężkiego żywota. Bije od zbiedzonej staruchy majestat i wielka siła jędrnej chłopskiej filozofii, opartej na niezbitych prawdach życia i śmierci. Są to jedyne prawdy niezmienne, niezawodne, rzeczywiste i namacalne.
— E, Nastusiowa tylko podupadła ze zmartwienia, umarł wam wnuczek, toście się i nagryźli.
— A bogać co nie. Chłopak był zdrowy kiej ten rydzyk, a jak się te chrościska wywalili, to i zmogli go... to go i zmogli. Toć robilim i odkadzanie z piórów od cornej kury, a zaś z końskiego gnoju, a zamawianie. Alić... gadali, że na te chrościska porady nimo... Bo to ze złego życia. A bo i prawdo. Cięgiem ino te pyrki i pyrki, chleba mało wiela. To skund ta zdrowie ma być? Skund ta zdrowie?...
To popóźni zawiezły go do owcorza. Znajuncy był, bo i niejednemu pomógł, a i bydlęciem nie pogardził. Ano inzyk mu ta obejrzoł, przemierzył, aże dzieciakowi kości trzeszczały. Głowom pokiwoł, w łep se podrapoł i tak se przemawio:
Kiepsko z dzieciokiem, całkiem kiepsko — powiado. Chrosty bo chrosty... chrosty chrostom nie równe. Aleć, że już mu się na wontrobe wpakowali, to już i dla niego poratowania nimo. We wnyntrzu mu siedzom, widzita, i kiej te roboki go źrom. Na dwoje bydzie kobito, powiedo, na dwoje sie mówi. Abo Wom z tego wynijdzie, abo nie wynijdzie. Po moimu to sykujcie trumnę, matko, i pijundze na pochówek, bo zeźrom go te chrosty do cna.
Ano una, niby ta mojo córko, zapłakała się. Boć to przecie matka, a dzieciok galanty, do pasiunki zdatny, a przednówek, a pinindzy w chałupie nimo, a bido aze strach: A tu przednówek, a tu pochówek mój Boże. Więc niby tego owcarza dali prosić a skamlać.
— Kasprze, powiedo, kochojuncy Kasprze, ratujta go, bo kiej mi umrze, to nie zdzierżę tego wydatku, a mój stary to się chyba zapamiento, abo zły go opynto.
Kasprzysko się zamyśliło, tak se widać do rozumu broł. A popóźni to ji dał takie jakiścić mocne pigulska, że aze mu te ocy nawirzch wyłazili.
Piguły byli dobre, a jakże, mocne, bo to i dla kobity w porodzie i dla jenszego bydlaka pomocne. Ale coś widać Pan Jezusicek nie folgował, ino za te grzeszyska chcioł ich pokarać... Za te grzechy... mój Boże, bo se tego aniołka zabroł do swoi chwały... zabroł mój Boze.
— Do doktora nie woziliście go?
— Do dochtora?... a gdzie zaś do dochtora? Godali, że je tam jakiścić znajuncy w Kalisu, ale przecież pinindzy nie było, trza by całki rok łyżki strawy nie wzniść do gymby i dochtorowi walić pijendze.
Co ta dochtór poredzi?! Zaro by go do śpitalo broł — nie chcielim nie chcielim. Co ta dochtór poredzi? Jak Pan Jezus dopust zrobi, to sie już cłowieku bij... zabij... nieporedzi.
Wola Boska... Bóg doł... Bóg wzioł.
Abo to Pan Jezus na dobre ludzi na świat przysyło? Gdzie zaś — cirzpt człowieku, cirzpt, a na tamtym świecie spotko cie nagroda. Jus ci wszyćko odejmom, jus cie ta głowa o nic bolała nie bydzie... nie bydzie...
Trzęsła się cała i cicho chlipała.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Czesław Gawarecki.