Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/415

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a polewanie moczem jedynie częścią ceremonii. Zdarzające się zapewne fatalne komplikacje powodowane były brudem i wtórnymi zakażeniami. Ówczesna medycyna naukowa patrzyła na poleszucką metodę leczenia róży, jak na bzdury zabobonu i perwersję ciemnych niechlujów.
Zaiste, zbyt zarozumiale i bezkrytycznie chełpimy się oficjalną nauką, która ogromem zdobytej wiedzy przysłania nam i utrudnia poznanie tego, czego nie znamy. Zarozumiałość jest wrogiem mądrości. Ale jak trudno przezwyciężyć w sobie uprzedzenia, które się kładą na drodze szukania prawdy.
Jakże często świetna cywilizacja przypomina poleszuckie manipulacje i zapatrzona w formę, gubi treść. Jak często ziarno treści działania ginie w masie plewy patosu obrzędu lub samouwielbienia urzędu.


Wiejska sielanka.

Tuż przed wojną światową znalazłem się na wsi w kaliskim, u kuzynów moich J. Żer. Miałem tu sposobność obserwowania życia chłopskiego we wszystkich jego przejawach. Był to bowiem dwór, cieszący się wielkim zaufaniem wsi. To też szli do dziedziczki po radę i po pociechę wtedy, kiedy było człowiekowi „cinżko na wnyntrzu“ i kiedy przyszła ochota „pogwarzyć se krzynę“.
Po nieruchomym błękicie nieba sunie słońce łukiem na zachód. Opada na horyzont kula coraz większa i czerwieńsza. Skąpana w blaskach letniego słońca stoi na ganku Marysia. Przed gankiem przygarbiona kobiecina, sterana pracą. Twarz poorana latami i biedą. Cienie topoli wydłużają się, wypełzają na spódnicę babiny i pną się po niej wyżej, wyżej. Powietrze rzeźwieje, a dźwięki mowy coraz donioślejsze.
— Ato przyszłam do dziedzicuchny, przyniesłam papirki do schowanio. Niby na mój pochowek: niechta u Państwa se leżom, żeby zaś my ich nie wzini.
— A co, Nastusiowo, umierać chcecie?
— A juścić. Cościk me na wnyntrzu poboliwo. Tak me jakosić mamrze, a ckliwo, a boszcz ani pyruchny kochane w gembe nie lizom. Tak by sie cościk delekatnego zjadło: kowołecek kiełbosy, cy jojko, cy klusecek biołnych, ale psecieć na lamencie u dzieci jezdem. Robić już ni mogę — to mi tam wygodzać nie bydom... ni... ni... Te parę grosików se usiułałam na pochowek; na ksindza, na katafal, na świce. Żeby zaś nie chowali jak tum dziadówkę. Gospodyni przecież jezdem z gospodarskiej famielii. A łachy w skrzynce też sum. A juścić sum. I cypek i zapaska i wełniok. Wszyćko je... wszyćko je. Stara już jezdem, dużo mam roków, to trza umirać.
Trzęsącymi się rękoma rozwiązuje węzełek z chustki, w którym mieści się dorobek jej ciężkiego żywota. Bije od zbiedzonej staruchy majestat i wielka siła jędrnej chłopskiej filozofii, opartej na niezbitych prawdach ży-