Pamiętnik dr Cz. Gawareckiego/Prawo serii

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Czesław Gawarecki
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wydania 1939
Drukarz Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Prawo serii.

Gęste mroki pracowni rozprasza nieśmiało czerwona lampa. Panna Krystyna wprowadza do kabin pacjentki i wyprowadza ubrane już po badaniu. Praca idzie równo i składnie. Chodzę jak wahadło między ekranem, przy którym badam i między stołem, przy którym notuję. Z przewodów wysokiego napięcia spływa ostra woń wytwarzających się związków azotowych i ozonu. Zagęszcza się zapach nie zawsze domytych ciał i perfum przeważnie mdłych, taniutkich. Dusznawo. Ciąży coraz silniej ołowiany fartuch. Odruchy wzmagają się, zmysły zaostrzają. Ogarnia podrażnienie, niecierpliwość i podniecenie.
Z jednej z kabin zalatuje falami przykry zaduch. Może to tylko moja halucynacja, spowodowana podrażnieniem węchowym? W sąsiedniej kabinie nerwowy kaszel i kichanie. Z podejrzanej kabiny wyłaniają się rozlane kształty obnażonej do pasa niewiasty.
Przywykłem do różnorodnych „donosów“. Nos udziela mi dość często rzeczowych wiadomości o pacjencie, o stanie jego uzębienia, niestrawności, rodzaju żywienia, a nawet o wysokości temperatury. Zapachy kleju, farb, wapna, mąki, tłuszczów zwierzęcych, garbników, różnych rodzajów skór itd. itd. mówią kategorycznie o zawodzie badanego. Włosy i wełniane odzienie kobiet informują o rodzaju pitraszonych potraw. Zwierzchnie odzienie powiadamia o warunkach mieszkaniowych — jedno czy wielo izbowe, suche czy wilgotne.
Na donosy tego rodzaju nie protestuję, są przecież czymś naturalnym, choć nie koniecznym. W danym jednak wypadku stężenie, ciężar gatunkowy i odrażający charakter „donosu“ sygnalizował mi nieomylnie zbliżanie się wyjątkowego brudasa i niechluja. Biło smrodem śmietnika. Uczułem mdłości i zacząłem cofać się do okna. Panna Krystyna wetknąwszy nos w chusteczkę uskoczyła do kabiny technicznej. Zabezpieczywszy sobie dopływ powietrza przez otwarcie okna, zażądałem od pacjentki w sposób stanowczy, by ubrała się spowrotem i nie śmiała zgłaszać się do badania dopóki nie umyje się i nie zmieni bielizny. Babsztyl oponuje. Powtórzyłem żądane w sposób kategoryczny, jakkolwiek była to osoba z pod Warszawy, (ale nie ze sfery specjalnie biednej). W czasie wietrzenia gabinetu zjawia się jej dorosły syn. Płynie powódź pretensji pomieszanych z odorem gorzały. Grozi. Obiecuje złożenie skargi na mnie. Oświadczyłem, że będzie to najmądrzejsze postąpienie jego.
Wietrzenie gabinetu. Rozadaptowanie wzroku. Strata około dwudziestu minut wyliczonego czasu. Wytracenie z równowagi psychicznej. Parę osób czeka.
Ledwie wznowiłem pracę, gdy znów czuję smród zalatający z tej samej kabiny. Przykry odór dziwnie ostry, męczący, irytujący a o charakterze zupełnie mi nieznanym i wyjątkowo obrzydliwy. Prawo serii, myślę sobie, i z pasją już zaczynam wypraszać śmierdziela. Rozbraja mnie łagodny głos przepraszający i wyjaśniający, że jest to zapach zawodowy inżyniera pracującego w jednej z fabryk chemicznych. Pacjent przyszedł wprost z pracy.
Bądź tu mądrym.
Gabinet wietrzyliśmy po raz drugi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Czesław Gawarecki.