Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/443

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Prawo serii.

Gęste mroki pracowni rozprasza nieśmiało czerwona lampa. Panna Krystyna wprowadza do kabin pacjentki i wyprowadza ubrane już po badaniu. Praca idzie równo i składnie. Chodzę jak wahadło między ekranem, przy którym badam i między stołem, przy którym notuję. Z przewodów wysokiego napięcia spływa ostra woń wytwarzających się związków azotowych i ozonu. Zagęszcza się zapach nie zawsze domytych ciał i perfum przeważnie mdłych, taniutkich. Dusznawo. Ciąży coraz silniej ołowiany fartuch. Odruchy wzmagają się, zmysły zaostrzają. Ogarnia podrażnienie, niecierpliwość i podniecenie.
Z jednej z kabin zalatuje falami przykry zaduch. Może to tylko moja halucynacja, spowodowana podrażnieniem węchowym? W sąsiedniej kabinie nerwowy kaszel i kichanie. Z podejrzanej kabiny wyłaniają się rozlane kształty obnażonej do pasa niewiasty.
Przywykłem do różnorodnych „donosów“. Nos udziela mi dość często rzeczowych wiadomości o pacjencie, o stanie jego uzębienia, niestrawności, rodzaju żywienia, a nawet o wysokości temperatury. Zapachy kleju, farb, wapna, mąki, tłuszczów zwierzęcych, garbników, różnych rodzajów skór itd. itd. mówią kategorycznie o zawodzie badanego. Włosy i wełniane odzienie kobiet informują o rodzaju pitraszonych potraw. Zwierzchnie odzienie powiadamia o warunkach mieszkaniowych — jedno czy wielo izbowe, suche czy wilgotne.
Na donosy tego rodzaju nie protestuję, są przecież czymś naturalnym, choć nie koniecznym. W danym jednak wypadku stężenie, ciężar gatunkowy i odrażający charakter „donosu“ sygnalizował mi nieomylnie zbliżanie się wyjątkowego brudasa i niechluja. Biło smrodem śmietnika. Uczułem mdłości i zacząłem cofać się do okna. Panna Krystyna wetknąwszy nos w chusteczkę uskoczyła do kabiny technicznej. Zabezpieczywszy sobie dopływ powietrza przez otwarcie okna, zażądałem od pacjentki w sposób stanowczy, by ubrała się spowrotem i nie śmiała zgłaszać się do badania dopóki nie umyje się i nie zmieni bielizny. Babsztyl oponuje. Powtórzyłem żądane w sposób kategoryczny, jakkolwiek była to osoba z pod Warszawy, (ale nie ze sfery specjalnie biednej). W czasie wietrzenia gabinetu zjawia się jej dorosły syn. Płynie powódź pretensji pomieszanych z odorem gorzały. Grozi. Obiecuje złożenie skargi na mnie. Oświadczyłem, że będzie to najmądrzejsze postąpienie jego.
Wietrzenie gabinetu. Rozadaptowanie wzroku. Strata około dwudziestu minut wyliczonego czasu. Wytracenie z równowagi psychicznej. Parę osób czeka.
Ledwie wznowiłem pracę, gdy znów czuję smród zalatający z tej samej kabiny. Przykry odór dziwnie ostry, męczący, irytujący a o charakterze zupełnie mi nieznanym i wyjątkowo obrzydliwy. Prawo serii, myślę sobie, i z pasją już zaczynam wypraszać śmierdziela. Rozbraja mnie ła-