Pamiętnik dr Cz. Gawareckiego/Dzień powszedni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Czesław Gawarecki
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wydania 1939
Drukarz Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Dzień powszedni.

Chory lat trzydzdiestu, na pół przytomny, spuchnięty jak topielec po dłuższym pobycie w wodzie. Potworne obrzęki na całej skórze. Mocz po zagotowaniu ścina się jak jajko na twardo — tyle w nim białka. Pod mikroskopem obraz rozpaczliwy. Badaniem rentgenologicznym stwierdzam rostrzeń serca i przesiąki w jamach surowiczych.
Tak zaniedbane wypadki zapalenia nerek spotkać można obecnie chyba jedynie w głębokich prowincjach Chin i poza miastami w Polsce. Chory jest już jedną nogą no tamtym świecie. Jak tu wyleczyć takiego w ciągu dwu tygodni? No dłuższy pobyt w szpitalu nie może rodzina pozwolić sobie.
Szpital nie ma prawa przetrzymywać chorego wbrew jego woli, a ściślej wbrew jego możliwościom finansowym. Przetrzymanie chorego daje wyniki wręcz odwrotne. Ludność przestaje w ogóle przywozić chorych w obawie przed egzekucją należności za pomocą komornika.
Dwudziestoletni wieśniak przywozi do zbadania rentgenologicznego swego ojca. Oświadcza, że znachor rozpoznał krosty, które obecnie „wywaliły na wontrobe“ i uznał stan za beznadziejny.
Stwierdzam ostre wysiękowe zapalenie opłucnej prawej. Namowa moja do pozostawienia chorego w szpitalu pozostaje bez skutku.
Cały świat zmienił oblicze, ale na polskiej wsi nadal jak przed wojną „chrosty wywalają na wontrube i poratowania na to nima“.
Przychodzi chłop lat sześćdziesięciu. Skierował go felczer, który rozpoznał guz w brzuchu. Chce się upewnić i dowiedzieć, ile czasu może jeszcze pożyć. Ponieważ wiem, że chłopi mają największe zaufanie do rentgenologicznej metody badania i zgłaszają się do „rentgena“ często zupełnie zbytecznie, więc aby nie wydawali niepotrzebnie pieniędzy, badam najpierw ogólnie klinicznie. W danym wypadku stwierdzam:
Z miednicy małej aż do pępka wystercza pod powłokami jamy brzusznej wielki jajowaty guz twardy jak drewno o powierzchni gładkiej. Guz powiększa się od paru lat. Chory oddaje mocz przeważnie kroplami a cza sem małymi porcjami.
Zakładam kateter Mocz wypływa pod silnym ciśnieniem, a guz mięknie stopniowo.
Oznajmiam choremu, że to nie guz ani narośl a potwornie powiększony pęcherz. Wyjaśniam o zbędności dokonywania prześwietlenia i namawiam do pozostania w szpitalu.
Chłop drapie się w głowę. Wyczuwam widzę, że ma zaufanie i chciałby pozostać. Zgadza się na pobyt przez tydzień do dziesięciu dni. Na tyle starczy mu pieniędzy.
Co robić z takim fantom? Na uczciwe leczcie trzeba dłuższego czasu. Chory mieszka w odległości kilkunastu kilometrów, więc o leczeniu ambulatoryjnym nie możę być mowy.
Przywożą do „świetlenia“ kobietę lat czterdziestu. Nie kobietę ale szkielet powleczony cieniutką ziemistą skórą. Przez cienkie jak płótno powłoki zapadniętej jamy brzusznej widać w nadbrzuszu duży kalfiorowaty półksiężycowy guz. Ręką wyczuwam raka wątroby żołądka. Przypadek tak zwany szkolny. Tylko że takich nie spotyka się już w miastach, gdzie są szkoły lekarskie.
Badanie rentgenologiczne zbędne — szkoda męczenia chorej i ich pieniędzy. O operacji w tym stanie nie może być już mowy Naświetlanie i zbyt kosztowne i bezcelowe. Nie mam sumienia namawiać na po zostawienie chorej w szpitalu. Nie ma dla niej ratunku.
Mąż i pociotki kiwają głowami. Dziękują za wyraźne i uczciwe postawienie sprawy. Chora nie jest zdziwiona powrotem do domu. Ona wyczuwa i rozumie, co to jest siła wyższa. Zna swoje obowiązki wobec rodziny i dzieci. Nie myśli nawet o ratowaniu gasnących iskier swego życia za cenę rujnacji schedy. Kiedy ją wynosili i kreśliła krzyż w moim kierunku, było mi ciężko na duszy.
Szpital często nie przyjmuje beznadziejnych przypadków „umrzyków“, którzy tylko powiększają statystykę skonów w szpitalu.
Czy istnieje jakakolwiek dziedzina pracy, gdzie nie byłoby spryciarzy umiejących „robić dobrą statystykę“? Przecież pojęcie dobra jest bardzo względne. Za dobre uważa się zwykle to, czego się pragnie. Władze nadzorcze chcą dobrej statystyki.
Myślę, że gdyby statystyki nie były robione dla władz, to zmniejszyłby się urzędowy optymizm a niektórzy „świetni kierownicy“ okazaliby się tym, czym są w rzeczywistości. I tak stale i ciągle. Gdy przywiozą chorego nie mającego zapewnionej pomocy lekarskiej, to albo w stanie straszliwego zaniedbania albo dogorywającego. Przywożą do szpitala raczej, aby mieć czyste sumienie, że chory przed śmiercią był u lekarza podobnie jak u księdza po ostatnia posługę.
W powiecie (typowo rolniczym) praktykuje 20 lekarzy, ale żaden nie jest przepracowany.
W szpitalu stoi stale część pustkami. Przebywają na leczeniu te nieliczne grupy ludności, które mają zorganizowane lecznictwo. A więc członkowie Kasy Chorych, urzędnicy państwowi i komunalni, nauczycielstwo, straż graniczna, policja, nieco biedoty na koszt gmin i... kryminaliści z więzienia. Była i służba folwarczna, ale zniknęła ze szpitala po wyłączeniu tej grupy ludności z przymusu ubezpieczenia kasowego. Z pośród nieubezpieczonych przebywają w szpitalu tylko przypadki nagłe jak np. poranieni w bijatykach i libacjach, uwięźnięte przepukliny, bolesne ropnie podskórne, niektóre kobiety po zabiegach świadomego macierzyństwa, wykonanych przy pomocy gwoździa lub drutu, a czasem wyrostek robaczkowy lub złamanie kości.
Wśród masy ludności nie posiadającej zorganizowanej pomocy lekarskiej nie istnieje właściwie lecznictwo, a jedynie albo spóźnione ratownictwo, albo jakby tragi-ironiczne potwierdzenie, że ludzie chorują i umierają według zasad wiedzy lekarskiej.
Rozpowszechniono naigrawanie się z umysłowej ciasnoty chłopów dowodzi tylko płycizny i ślepoty samych dowcipnisiów. Mieszczuch zna i ma okazje widzeń, a bez porównania więcej niż wieśniak. Jednak mieszczanin, nawet patentowany inteligent, nie myśli przeważnie samodzielnie — wyręczają go w myśleniu prasa, reklama i propaganda.
Mieszczanin kieruje się do znachora po nowe wrażenia, po dreszczyki wzruszeniowe. Chłop bierze na rozum każdą sprawę; idzie do znachora z dwu powodów. Znachor jest tani i jego leki zwykle bezpłatne, a lekarz drogi i leki apteczne jeszcze droższe. Po drugie zaś na podstawie negatywnych namacalnych wniosków z doświadczenia. — Często lekarz prownicjonalny nie może mu pomóc więcej niż znachor. Cóż może poradzić w wielu wypadkach lekarz nie dysponujący olbrzymią współczesną techniką wyspecjalizowanej medycyny. Czyż może korzystać z konsultacji specjalistów i pomocy skomplikowanych badań pomocniczych. Czyż może zalecić lub dać choremu specjalne zabiegi. Chłop, zresztą jak wszyscy ludzie do niedawna, wierzy przede wszystkim w tajemniczą moc pigułki lub buteleczki z lekiem. Receptę trzeba wydać. Ale cóż pomoże pigułka na rozpadową gruźlicę, na nowotwór, na skomplikowane złamanie itd. itd. W takich przypadkach lekarz nie dysponujący pomocą specjalnych urządzeń i zakładów staje bezradny. Pigułki mogą być nawet pożyteczne ale cóż, kosztują ciężkie pieniądze, a choroba jak była tak i pozostaje.
Wahanie chłopów między znachorem a lekarzem trwać będzie tak długo, dopóki chłopi nie będą korzystać z całej medycyny.
Udostępnienie medycyny zwykłemu śmiertelnikowi, a nie tylko bogaczowi nie jest sprawą koniunktury gospodarczej ale organizacji.
Prawdziwa pełna medycyna jest zbyt kosztowna, by ciężar jej mógł udźwignąć jeden człowiek i to dotknięty chorobą. Szpitale, zakłady, pracownie i nauka nie spadają z nieba. Nie spuszcza manny Pan Bóg dla lekarzy i personelu pomocniczego. Tworzyć i udostępnić medycynę można jedynie za pomocą zbiorowego wysiłku, za pomocą wzajemnej asekuracji.
Dziś tobie, jutro mnie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Czesław Gawarecki.