Pamiętnik Wacławy/W trzy lata później/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „W trzy lata później”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako ePub Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako PDF Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako MOBI
Indeks stron

XIII.

Każdy z łatwością odgadnie, pod jakich wrażeń wpływem wracałam do domu. Naturalnie, postanowiłam oszczędzić mojéj matce przykrych szczegółów scen, jakich byłam świadkiem, a zawiadomić ją po prostu o ostatecznym rezultacie mego widzenia się z Henrykiem. Zaraz w przedpokoju powiedziano mi, że matka moja przez cały dzień nie opuszczała swéj sypialni. Mocno zaniepokojona o jéj zdrowie, prosiłam moich gości, aby weszli do bawialnego pokoju, a sama pobiegłam do niéj. Leżała na sofie z głową opartą o poduszkę i z zamkniętemi oczyma. Zbliżyłam się na palcach i popatrzyłam na nią. Włosy jéj były trochę w nieładzie, ale nie wyglądała na osobę chorą. Była nawet mniéj bladą, niż wczoraj. Sądziłam, że usnęła i chciałam odejść, gdy, nie czyniąc najmniejszego poruszenia, podniosła powieki i zapytała krótko:
— No i cóż tam?
Oczy jéj były nieruchome i bez wyrazu, a głos brzmiał zupełnie obojętnie. Usiadłam przy niéj i w najbardziéj, jak tylko mogłam, uspakajający sposób, powiedziałam jéj, że nie możemy odtąd liczyć na żadne ustępstwa ze strony Henryka.
Wysłuchała mnie, nie wymawiając ani jednego słowa i nie czyniąc żadnego ruchu. Gdy skończyłam, zamknęła znowu oczy i zdawała się zupełnie nie uważać mojéj obecności. Po krótkiéj chwili spytałam: czy niéma mi co do rozkazania. Nie podnosząc powiek, uczyniła gest ręką, który oznaczał, iż chciała, abym odeszła. Pocałowałam jej rękę, zwisającą pomiędzy fałdami sukni, i oddaliłam się po cichu.
Czułam się do najwyższego stopnia zmartwioną tak nienormalnym stanem, w jakim zobaczyłam swoję matkę. Dzisiejsza jéj apatya straszniejszą mi się wydała, niż wczorajsze nerwowe rozdrażnienie. Kiedy weszłam do pokoju, w którym znajdowali się moi goście, znalazłam Emilkę zajętą już przy samowarze około wyręczenia mnie w urządzeniu herbaty, a Rudolfa pół głosem i z wielkiém ożywieniem rozmawiającego z Władysławem, w najbardziéj oddalonéj stronie pokoju. Po chwili zbliżyli się obaj do stołu zastawionego herbatą, a zarazem na pobladłéj od kilku dni twarzy młodego prawnika spostrzegłam niezwykłe rumieńce. Nie był jednak smutny, ale raczéj oburzony i wzruszony. Domyśliłam się, że Rudolf musiał mu opowiedziéć scenę, zaszłą w jego przytomności pomiędzy Zofią a jéj mężem. Utwierdziły mnie po chwili o tém mniemaniu słowa Władysława. Ocknął się z zamyślenia i, zwrócony do Rudolfa, zawołał, jakby odpowiadając własnéj myśli: Jestem pewny, że brat jéj nie posiada żadnego dokumentu! Zostanie niezawodnie odartą z całego swego mienia! Gdy to mówił, brwi mu się groźnie ściągnęły, ale w mgnieniu oka rozpogodził twarz i w oczach jego rzewny odmalował się wyraz:
— Nie spodziewałem się — wyrzekł, zawsze zwrócony do Rudolfa — nie spodziewałem się, aby mogła być tak energiczną!
Emilka, po wzruszeniach dnia minionego, czuła się bardzo zmęczoną, to téż zaraz po herbacie wzięłam ją za rękę i zaprowadziłam do mojéj sypialni, gdzie wprzódy jeszcze kazałam przygotować dla niéj miejsce spoczynku. Po krótkiéj z nią rozmowie, uścisnęłam na dobranoc moję biedną znękaną towarzyszkę, i udałam się do pokoju, w którym stało moje biurko, z myślą napisania listu do ojca. W całym domu cicho już było zupełnie. Wzięłam świecę i po cichu, na palcach, podeszłam pod drzwi sypialni mojéj matki. Czułam się o nią prawdziwie niespokojną, ale nie śmiałam wejść, aby się nie stać jéj natrętną. Przeze drzwi jeszcze dochodził mnie odgłos jéj stąpania; poznałam, że przechadzała się po pokoju. Zapukałam lekko i nie otrzymałam żadnéj odpowiedzi. Zapukałam głośniéj trochę, również bez żadnego skutku. Słyszałam ciągle odgłos jéj stąpania i szelest jéj sukni; zbliżała się nawet do drzwi, u których stałam, i niepodobném było, aby mogła nie słyszéć mego pukania. Wyraźnie pragnęła być samą i nie życzyła sobie widziéć mnie w téj chwili. Odeszłam z westchnieniem, bo pojęłam, że walka, którą matce mojéj przyjdzie stoczyć z przeszłością i jéj pozostałościami, dłuższą i trudniejszą będzie, niźli się z razu wydawać mogło. Północ minęła, a ja nie skończyłam jeszcze mego listu. Tyle miałam do opowiedzenia temu, który był dla mnie ideałem mistrza, ojca, przyjaciela; o tyle rad go prosiłam, tyle zwierzałam mu moich obaw i nadziei! Uwielbienie, jakie czułam dla ojca mego, porównać się tylko mogło z troskliwością, z jaką kochałam matkę. Pisałam do niego o niéj, dwa ich imiona bezprzestannie wiązały się pod mojém piórem, straciłam zupełnie pojęcie i pamięć o sobie.
Gabinet, w którym pisałam, przytykał do sali jadalnéj, a ta znowu prowadziła do pokoi, służących zwykle dla gości. Drzwi były nie zupełnie zamknięte, a w sali paliła się jeszcze lampa, któréj niedbali nasi słudzy zapomnieli zgasić. Poczułam, że ręka zabolała mnie nieco od długiego pisania, i na chwilę złożyłam pióro, aby odpocząć; w tym samym momencie posłyszałam kroki dwóch mężczyzn, przechadzających się po sali jadalnéj. Byli oni już może tam od kilku minut lub więcéj, ale zajęta pisaniem nie usłyszałam ich wejścia. Domyśliłam się z łatwością, że był to Rudolf i Władysław. Rozmawiali z sobą pół głosem. Nie myślałam wcale słuchać ich rozmowy, niemniéj jednak, gdy się zbliżali do drzwi, w pobliżu których siedziałam, słuch mój, mimo mojéj woli, podchwytywał pewne wyrazy.
— I nie wiesz pan, gdzie jest teraz ta kobieta? — wymówił Władysław.
— Nie wiem — była przytłumiona odpowiedź jego towarzysza.
Po kilkunastu sekundach kroki ich znowu zbliżyły się do drzwi.
— Przy dzisiejszych środkach szybkiego przejazdu i czujnéj policyi, niéma na świecie osoby, któréj-by odszukać nie można — mówił znowu prawnik i wydało mi się, że tym słowom odpowiedziało tylko ciężkie westchnienie Rudolfa. Nagle słuch mój uderzyły zupełnie głośno wymówione przez Rudolfa słowa:
— Powiadasz, że znasz ludzi, ale czy możesz przewidziéć, jaki wpływ wywrze widok téj kobiety na człowieka, mego wieku i moich usposobień?
Stanęli.
— Więc pan się lękasz zobaczyć ją? — zapytał pan Władysław.
Była chwila milczenia.
— Panie! — wymówił w końcu pan Rudolf — gdybyś ją znał! — Krótkie te słowa wypowiedziane były takim tonem, że aż zadrżałam.
— A jednak trzeba będzie ją wynaléźć — wyrzekł znowu po chwili Władysław.
— Tak — ciszéj niż wprzódy odpowiedział Rudolf — uczynię to. Niech choć raz i choćby kosztem życia dopełnię obowiązku — dodał złamanym głosem.
Po ledwie dosłyszanym szeleście poznałam, że podawali sobie ręce. I znowu zaczęli chodzić, a ja znowu pisałam. Skończyłam wreszcie i właśnie kładłam adres na kopercie listu, który nazajutrz zrana miał być odesłanym, gdy tuż przy drzwiach Władysław znowu rzekł:
— Rozumiem pana, tém lepiéj, że sam zostaję teraz pod wpływem szczególnych uczuć. Nie wiem doprawdy, co pocznę, ale wiem, że nie zostanę obojętnym widzem nieszczęścia téj kobiety...
— Trudne położenie — wyrzekł Rudolf.
— Nie jestem człowiekiem, który-by mógł cofnąć się przed jakiemikolwiek trudnościami, — szybko i z wielką stanowczością odpowiedział jego towarzysz.
Ponieważ nic więcéj nie miałam tam do czynienia, wzięłam w rękę świecę i odeszłam do mego pokoju.
Emilkę znalazłam już uśpioną. Przez chwilę patrzyłam na nią i więcéj, niż kiedy, spostrzegłam, że twarz jéj wśród snu nawet nosiła na sobie piętno niewymownego znużenia i smutku. Cera jéj zmięta była i powleczona bladawą żółtością, powieki od częstego snadź płaczu nabrały różowych brzeżków, usta straciły swój dawny ponsowy kolor. Zupełnie prawie była brzydką, a jednak było coś bardzo pociągającego w téj postaci, z rozpuszczonemi włosami, z rękoma splecionemi i przyciśnionemi do piersi, w niezmiernéj słodyczy i łagodności, okrążającéj blade jéj usta i leżącéj na czole. Sierotą była w całém znaczeniu tego wyrazu. Wszyscy bliscy jéj, albo ją odumarli, albo nie byli godni jéj przywiązania. Nikt jéj nie kochał i ona nie miała kogo ukochać.
A jednak miękkie, łagodne, rzewne to serce, zda się, stworzone było do kochania. Oprócz tego jeszcze, odarta przez brata, widziała się zagrożoną ubóztwem. Spojrzałam na jéj złożone ręce: białe były, drobne i delikatne. Wychowała się w bogactwie, nie wiedziała, co to praca.
Pochyliłam się i ustami przylgnęłam do jéj czoła. Serce moje rozszerzyło się i uderzało mocniéj. Pomyślałam, że przybyła nam jedna jeszcze istota, którą kochać i o któréj myśléć będę. Patrzyłam na Emilkę i zdawało mi się, że jest rodzoną moją siostrą.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.