Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XXXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

XXXII.

W parę dni potém zjechało się do nas niespodzianie ze dwadzieścia osób z sąsiedztwa, pomiędzy któremi było kilka panien i kilku młodych ludzi. Po herbacie matka moja usiadła do fortepianu i zagrała kadryla. Pan Agenor, który dnia tego gorąco mi asystował, zaprosił mię do tańca, a vis-à-vis stanął Franuś z Emilką. Po kadrylu nastąpił walc, potém polka i mazur; ośm par młodzieży ochoczo tańczyło i improwizowana zabawa wybornie się udawała. Z pośród panien Zenia S. najbardziéj ożywioną była. Nie odstępował jéj na krok prawie jeden z młodych sąsiadów, świeżo przybyły do okolicy, pan Michał C. Tego pana Michała po raz piérwszy widziałam wówczas; nie powiem, aby widok jego zbyt korzystne uczynił na mnie wrażenie. Był to mężczyzna lat trzydziestu, wysoki, barczysty, z głową za małą w stosunku do wzrostu i pokrytą rudawym włosem, z okrągłemi rumianemi policzkami, nizkiém czołem i wydętemi wargami, pół-osłoniętemi rudawym, rzadkim wąsikiem. Wyraz twarzy jego okazywał pewną dobroduszność, dość pociesznie złączoną z odcieniem pretensyonalności malującéj się w układzie; blado-błękitne oczy patrzyły poczciwie i otwarcie, ale zarazem mętnie jakoś... niby głupowato. Przyjechał do nas pięknym powozikiem, założonym czwórką rosłych siwków, w nowiuteńkiéj uprzęży, ze służbą w dość gustownéj, nowiuteńkiéj także, liberyi. Wszystko zresztą u niego wyglądało nowiuteńko. Powóz zdawał się być wczoraj kupionym w fabryce, uprząż wczoraj wyszła od rymarza, lokaj wczoraj ugodzonym i przyjętym, frak i kamizelka wczoraj uszyte przez krawca, ręce wczoraj zapoznane z rękawiczkami. Cała wreszcie osoba pana Michała była nowiuteńka w naszém kółku. Powiadano, że po raz piérwszy wchodził w towarzystwo, zwane „wyższém”, bo ojciec jego zebrał sobie fundusz na ekonomowaniu w wielkich jakichś dobrach, i nowiuteńko nabył dla jedynaka obszerny majątek w naszych stronach, w którym on nowiuteńko osiadłszy, szukał sobie stosunków, przez które mógł-by nabyć praw obywatelstwa w obcym sobie dotąd świecie. Patrzyłam na niego i na Zenię, gdy tańczyli z sobą kadryla; wydało mi się, że rażąco wyglądali obok siebie. Na piérwszy rzut oka sprzeczność tę trudno było dojrzéć, bo Zenia nie była téż ładną: policzki miała tak, jak i on, zanadto trochę rumiane i włosy także niepewnego koloru. Ale po bliższém przyjrzeniu się, w oczach jéj dawało się spostrzegać coś, czego w jego oczach nie było: był to jakby błysk gorącego, lubo powstrzymywanego formami, życia i dowcipu, których całkiem pozbawione były bładawe źrenice pana Michała. Przytém układ jéj, wszystkie ruchy i gesta były ściśle salonowe i bardzo dystyngowane, wtedy, gdy pan Michał wyglądał jak Selenita, z nagła przeniesiony z księżyca na ziemię i uczący się dopiéro stawiać kroki po gruncie nieznanéj sobie planety. A jednak Zenia zdawała się być zachwyconą asystencyą barczystego sąsiada, który, rozmawiając z nią, modelował się wyraźnie na wzór innych obecnych młodych ludzi, przez co przybierał niesłychanie pretensyonalne i wymuszone pozy, tworzące pocieszny kontrast z dobrodusznością, odbijającą się na twarzy, i niezgrabnością rąk, wprawiających go nieustannie w kłopot niewymowny.
W połowie wieczora, gdy tańce ustały na chwilę i roznoszono lody, panowie wyszli do sali jadalnéj dla wypalenia cygara, może i swobodnéj pogadanki; w bawialnym salonie na kanapie siedziały same poważne panie, a ja poprowadziłam, dla wytchnięcia, towarzyszki do moich osobnych pokoików. Zmęczone tańcem, z rozpłomienionemi policzkami, zasiadłyśmy na paliowych sofkach mego gabinetu. Jedne z nas ochładzały się, jedząc lody, inne powiewały wachlarzami, a wszystkieśmy były wesołe i, przestąpiwszy próg salonu, z dala od oczu starszych osób i mężczyzn, czułyśmy, jakoby opadły z nas niewidzialne więzy. Ruchy stały się swobodniejsze, śmiech głośniejszy, jak to zwykle bywa w kole młodych rówienniczek. Przez kilka chwil trwało zachwycanie się ogólne memi ładnemi pokoikami, przeglądanie cacek toaletowych i illustracyi rozrzuconych po stołach. W końcu, chcąc do najwyższego już stopnia podnieść dobry humor moich gości, rzekłam:
— Cieszcie się panie! za parę tygodni będziemy miały w okolicy wielką tańcującą zabawę.
— Gdzie to? gdzie? — zawołało kilka głosów ciekawie.
— Będziemy tańczyły w szufladzie — powtórzyłam.
— W szufladzie? co to jest, Wacławo? — mów jaśniéj; — zapytano ze śmiechem.
— To jest — ciągnęłam — w salonie moich babek.
— Doprawdy? w Rodowie? — zawołano chórem. Nadzieja świetnéj zabawy wielce ucieszyła wszystkie te serca, bijące z młodym ogniem pod strojnemi sukniami.
— I skądże pani Hortensyi przyszła do głowy myśl wydania u siebie balu? — spytała jedna z towarzyszek.
— Kochana babcia pragnie, abym się zabawiła i po raz piérwszy ukazała się w liczném zebraniu — odpowiedziałam z pewną dumą; bo pochlebiała mi wielce myśl, że dla mojéj-to przyjemności ma być urządzona świetna zabawa.
— Szczęśliwa Wacława! zaledwie ukazała się w świecie, już jéj nadskakują, wydają dla niéj bale, starają się o jéj rękę... — rzekła Zenia która, z cechującą ją zwykle żywością, chodziła po pokoju, powiewając wachlarzem.
— Starają się! i któż jeszcze się stara!... — zapytała inna panna.
— Ach! i kto jeszcze! Niezwyciężony lew prowincyi, najświetniejsza konstelacya męzkiego rodzaju na horyzoncie naszym...
— Piękny, świetny, mądry pan Agenor!...
Wszystko to mówione było ze śmiechem.
— Moje drogie... proszę was... — zaczęłam, jąkając się i ze wzmagającym się rumieńcem, ale nie dokończyłam, bo oczy moje, jakby pociągnięte niewidzialną jakąś siłą, która na nie wpływ wywierała, zwróciły się w kąt pokoju i spotkały parę czarnych, palących, wlepionych w twarz moję oczu.
Nad oczyma temi rysowały się brwi czarne, pod niemi ponsowiały dumne wargi, uśmiechnięte słodko i pokornie. Była to Rozalia, która usiadła w zaciemnionym nieco kącie pokoju, jakby pragnęła co najwięcéj ukryć twarz swoję od wszystkich oczu, albo obawiała się, aby jéj ciemna wełniana suknia nie dotknęła jedwabnych, lub przezroczystych a kosztownych, strojów towarzyszek.
Patrzyła na twarz moję upornie, a po chwili ozwała się:
— Przyznacie téż, moje panie, że to szczęście Wacławy, nad którém się unosicie, jest zupełnie zasłużone i słusznie dostało się jéj w udziale. Nie prawdaż, że tak jest? O! jestem pewna, że nie inaczéj jesteście przekonane; bo czyliż ciocia Matylda dóbr obszernych nie posiada, a babka Hortensya znacznych kapitałów? Wacława zaś, czyliż nie jest jedyną córką piérwszéj, a przewidzianą drugiéj spadkobierczynią?
Wszystkie oczy zwróciły się na mówiącą. Spostrzegłam, że dwie lub trzy towarzyszki moje, z któremi byłam ściśléj sprzyjaźniona, zdawały się być niezadowolnione i jakby obrażone wyrzeczonemi przez Rozalią słowami.
— Moja Róziu — odpowiedziała z nich jedna — najzupełniéj zgadzamy się z tobą, że Wacława zasługuje na to szczęście, które ją przy piérwszym wstępie w świat spotyka, ale zdaje mi się, iż nie pochodzi to ztąd, że jest uważana za bogatą pannę, ale, że jest miła i dobra...
— Nie inaczéj — potwierdziło parę głosów.
Rozalia milczała, z wyrazem takiéj słodyczy na ustach i spokoju na czole, jakby zarzuty wymówione nie do jéj wcale słów się stosowały.
— Już to trzeba przyznać — zaczęła Zenia, siadając niedbale na poręczy krzesła i gestykulując żywo wachlarzem — już to trzeba przyznać, moje panie, że w naszym świecie z samą dobrocią nie daleko można zajechać... Mój Boże! przecież i ja chyba złą nie jestem, a jednak dotąd ani jeden starający się nie spadł mi z nieba...
Chórem zaśmiało się kilka głosów.
— No — odezwała się z nich jedna — jeżeli się nie mylę, Zeniu, to właśnie teraz niebo ci zsyła ten dar pożądany...
— Co? gdzie? wskażcie mi go? — wołała Zenona ze śmiechem.
— A pan Michał? — odpowiedziano.
Wargi Zeni zagięły się w pół pogardliwy, pół zadowolony uśmiech.
— Pan Michał — wyrzekła przeciągle, bawiąc się wachlarzem — to dobra partya...
— Cóż? nie pogardzisz nią zapewne? — zapytała z lekką ironią jedna z panien, piękna blondynka, o bladéj cerze i wiotkich kształtach.
— Być może — odpowiedziała Zenia, nie odrywając oczu od wachlarza.
— Mój Boże! — ciągnęła blondynka — nauczże przynajmniéj swego konkurenta właściwego użytku, do jakiego mają człowiekowi służyć ręce, bo jestem pewna, że o nim nie wié. Upewniam cię, że ciągłe spuszczanie, podnoszenie i zacieranie rąk pana Michała wprawia mię w stan rozdrażnienia nerwów nieznośny...
— Na szczęście — z odcieniem lekkiego szyderstwa odpowiedziała Zenia — nie jestem tak nerwową, jak ty, Helenko...
— Staniesz się taką, gdy przez długie sześć lat będziesz jak ja, bawiła się i nudziła naprzemian — odparła Helena, opierając na dłoni głowę, na któréj ciągły ból się skarżyła.
— Ale powiedzcie mi, moje panie — odezwała się Helena — dlaczego, od piérwszego naszego wstąpienia w świat, słyszymy, że mamy prawo wybierać sobie mężów tylko pomiędzy bogatymi ludźmi?
— Dlaczego? — odrzekła Irena, panna nie zbyt ładna, — bo czy jesteśmy same bogate, czy nie, wszystkie przywykamy od dzieciństwa do bogactwa, którego-by nam ubogi mężczyzna ofiarować nie mógł.
— A jednak może się zdarzyć przecie, że która z nas poczuje sympatyą właśnie dla ubogiego mężczyzny? — odezwała się nieśmiało młodziuchna Zosia.
— Albo bogaci ludzie nie starają się nigdy o ubogie panny? — zapytała Irena milcząca, mimowoli spoglądając na suknią swoję, najmniéj kosztowną z pomiędzy wszystkich naszych ubiorów.
— Dlatego, że bywają najczęściéj zrujnowani i obawiają się biedy — zabrzmiał z kątka głos Rozalii.
— A więc — ozwała się poważnie Emilka — potrzeba coś wymyślić takiego, co-by skłoniło bogate panny wychodzić za ubogich mężczyzn, a bogatych mężczyzn do żenienia się z ubogiemi pannami.
Ostatnie słowa Emilki przyjęto ze śmiechem ogólnym, jak to zwykle bywa między młodemi a wesołemi panienkami. Jedna tylko Rozalia, wyszedłszy ze swego kąta, stanęła na środku gabinetu ze skrzyżowanemi na piersi rękoma, i tocząc płonącém spojrzeniem po wszystkich twarzach, śmiała się właściwym sobie śmiechem, ostrym a szyderczym.
— O, moje panie! — zawołała — jak to znać, że jesteście jeszcze bardzo młode i mało świat znacie. Robicie propozycye i układacie plany, aby go zreformować, a nie wiecie, że świat jest bardzo uparty i przemienić się nie da. Żądacie, aby młode panny się nie nudziły! O mój Boże! czyliż to podobna? Przecie niewłaściwém jest, aby, w pięknym salonie mieszkając i w kosztownéj chodząc sukni, młoda panna była czémkolwiek na seryo zajęta. A skoro niczém na seryo się nie zajmuje, to już koniecznie nudzić się musi, nie prawdaż? Żądacie, aby bogate panny wychodziły za ubogich mężczyzn, a bogaci mężczyzni żenili się z ubogiemi pannami, wtedy, gdy bogactwo jednych i drugich jest najczęściéj tylko zwierzchnią obsłonką, pod którą mieści się ruina, postrach śmiertelny dla wszystkich, co nie umieją dać sobie rady na świecie. Niby więc bogata panna musi koniecznie szukać sobie prawdziwie bogatego męża, a niby bogaty mężczyzna prawdziwie bogatéj żony, bo inaczéj zabrakło-by im komfortu. Bez komfortu zaś czyliż żyć podobna? Zresztą, alboż to na świecie bogaci i ubodzy ludzie mieszają się z sobą tak, jak gruszki i jabłka w jednym koszu? Gdzie tam! jedni stoją po jednéj stronie zakreślonéj granicy, drudzy po drugiéj, i wcale nie znają się z sobą, a jeśli się schodzą kiedy, to dlatego, aby pierwsi wzięli od drugich pracę, a drudzy u piérwszych zarobili na kawałek chleba. A potém dla ubogiego bogaty zostanie znowu niedostępną istotą, a ubogi dla bogatego wyrobnikiem, może uczonym, poczciwym, użytecznym, ale zawsze tylko... wyrobnikiem.
Próżne więc wasze marzenia o rozszerzeniu albo zniesieniu téj granicy, która dwa światy rozdziela. Stoicie pomiędzy bogatymi, a więc wybierajcie sobie bogatych mężów, a jeśli żadnego z nich nie pokochacie, lub żaden z bogatych was nie pokocha, zostaniecie staremi pannami. Każda jednak z was, która posiada posag, niech się nie trwoży zbytecznie. Kochana lub nie, kochająca lub nie, będzie zawsze miała konkurentów tuzinami i wyjdzie za mąż. Co potém nastąpi? albo ja wiem? Może bohaterskiego kochanka westchnienia przykują jéj serce do ziemi; może umrze z suchot... bądź co bądź, wyjdzie za mąż i będzie stroiła się, podróżowała i będzie świetniała i błyszczała w świecie: a stare panieństwo, wieczna samotność serca, gorycz dla ludzi i świata, zostaną udziałem tych istot, które los postawił pomiędzy bogatymi, a odebrał im bogactwo; które nie są ani tém, ani owém; które nie należą do jednych z urodzenia, a do drugich z kieszeni; po które ubogi nie śmié, a bogaty nie chce sięgnąć; które wreszcie na gruzach swoich marzeń i pragnień staną, jak pomniki przesprawiedliwego i przemądrego porządku tego świata.
Zdziwione, z ciężkiém uczuciem w sercach i na twarzach, patrzyłyśmy na Rozalią, gdy to mówiła. Piérwszy raz widziałam ją wychodzącą ze zwykéj sobie cichéj i pokornéj roli. Kotka o aksamitnych łapkach zmieniła się w moich oczach w hardą i szyderską lwicę. Słodkie jéj usta tryskały goryczą, pokorne czoło podniosło się wyzywająco, nozdrza rozdęły się, a oczy, odsłonione z powiek i rzęs długich, ciskały ogniem.
Zaledwie skończyła, otworzyły się drzwi od salonów i lokaj oznajmił nam wieczerzę.
Przy stole siedziałam pomiędzy panem Agenorem i panem Henrykiem. Naprzeciw mnie usiadła Rozalia, zmieniona znowu w mgnieniu oka, marmurowo spokojna, cicha, słodka i pokorna. Sąsiedzi moi bawili mnie na wyścigi, ale nie mogli z czoła mego spędzić chmury zamyślenia.
Przed oczyma memi, jak zaklęty, stał obraz babki Ludgardy z pooraném czołem, wzrokiem utkwionym w ptaszki, trzepocące się po klatce, na ustach ze słowami: „postarzałam, życie przebyłam sama jedna, nikt mię nigdy nie kochał!”





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.