Ordynat Michorowski/XXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXXIV.

Pani Kornelja Michorowska w jesieni znowu przyjechała do Głębowicz. Zarzuciła ordynata mnóstwem wyrzutów z powodu, iż Bodzia zrobił ekonomem.
— Nigdy nie sądziłam, aby kuzyn tak źle z nim postąpił. Taki delikatny chłopiec, taki wątły, i on — do takiej pracy?!...
Ordynat tłómaczył, jak umiał, że Bodzio nie jest ekonomem, że listy pisze zadowolone i z rezultatów swej pracy się cieszy. Ale pani Kornelja nie dała się przekonać.
— To nie zajęcie dla Michorowskiego! Ach, mój Boże, gdybyż to mój mąż widział?!... wzdychała dama przesadnie.
— Gdyby żył ojciec, Bohdan nie zostałby zrujnowanym — wybuchnął ordynat. — Teraz musi pracować, bo w przeciwnym razie nie będzie miał z czego żyć. U mnie na łasce nie zostanie — za dużo ma ambicji, i za to niepodobna go ganić.
Waldemar przypomniał pani Komelji jej własne słowa, wyrzeczone do Bodzia o traceniu pieniędzy ordynackich.
— Wobec tego nie pojmuję dzisiejszej niekonsekwencji. Kuzynka wyrzekła się go, a teraz chce mu zabronić pracy? — dodał podrażniony.
Pani Michorowska była jak złapana. Sama nie wiedziała, czego chce, jadąc tu, i odjechała z niczem.
— Bodzio wyrabia się i będzie człowiekiem; ale chcąc nim zostać, musi chodzić po uciążliwych steczkach — rzekł jej ordynat na pożegnanie.
Sam jednak postanowił odwiedzić Bodzia. Ale przedtem był w Słodkowcach. Pani Idalja, przebywszy lato z córką i z ojcem, znowu wyjechała zagranicę i połączyła się z Barskimi. W kołach arystokratycznych mówiono nawet, że baronowa wychodzi za hrabiego Barskiego.
Ordynat wzruszył ramionami. Pan Maciej smutnie kiwał głową. A Lucia rzekła tylko:
— Możebne i to.
Patrzała na Waldemara z niemem błaganiem, jakby u niego szukając pociechy w swym sieroctwie. A on przyjeżdżał często, mówił do niej dobre, miłe słowa, i Lucia była szczęśliwą.
Gdy Waldemar przyjechał do Słodkowic przed podróżą do Rusłocka, pan Maciej spał. Lucia malowała na tarasie. Przywitali się serdecznie i siedli oboje przy sztalugach, w cieniu drzewa pomarańczowego. Waldemar zapalił cygaro, Lucia rozcierała farby na palecie. Na sukni miała obszerny fartuch malarski z czarnej satyny, warkocze spuszczone na plecy.
Waldemar patrzał na jej profil owalny, obrzucał ją całą miękkim wzrokiem.
— Czemu ty, Luciu, ubierasz się zawsze tak żałobnie? — spytał.
Milczała chwilę.
— Taki już mam gust. Zresztą...
— Dokończ.
— Zresztą to mimowolne. Wewnętrzny stan duszy odbija się na formie zewnętrznej.
— Wiec zawsze tak ci smutno?
Spojrzała na niego ze zdziwieniem i z wymówką.
— Zawsze.
— I... dlaczego?...
— Żartujesz ze mnie, Waldy?! — odrzekła sucho.
On rzucił cygaro.
— Nie żartuję lecz uważam, że Słodkowce są dla ciebie zabójcze. Powinnaś wyjechać.
— Spojrzała na niego wystraszonym wzrokiem.
— Dokad?
— Aby ze Słodkowic! Ja zaopiekuję się dziadkiem, ty zaś pojedziesz z babką Podhorecką do Paryża. Lubisz ją, prawda? Ona bardzo tego pragnie. Wyjeżdża na całą zimę.
— Ja nie pojadę stanowczo, rzekła Lucia.
— Nawet gdyby cię o to prosił dziadzio?...
— Nawet wtedy. Dziadzio mnie przed rokiem z mamą wysyłał zagranicę, jednak nie pojechałam.
— A gdybym... ja cię o to prosił?...
Lucia przybladła. Zaczęła prędko mrugać powiekami, ale łzy nie dały się zatamować. Zaszkliły na rzęsach bujnemi kroplami.
Waldemar pochylił się do niej, delikatnie otoczył ją ramieniem i trochę przygarnął do siebie. Lucia omdlewała.
— Czy wtedy pojechałabyś?... — spytał szeptem.
— Chcesz się mnie pozbyć?... jęknęła, i łzy spadły na farby.
— Ale... pojechałabyś?...
— Tak...
Paleta z brzękiem upadła na posadzkę tarasu. Lucia siedziała sztywna z oczyma przymkniętemi i ze zwieszoną głową.
Niewypowiedziane uczucie radości i słodyczy ogarnęło Waldemara. Przyciągnął ją bliżej, przechylił jej głowę na swe ramię i wpił się ustami w jej zapłakane oczy. Upojenie, równe chyba nieziemskim wizjom, wzięło Lucię w swój szlak promienny. Zamierała w cudnym pół-śnie, pół-jawie. Rzęsiste a palące iskierki szczęścia opsypały ją całą. Zachwyt dosięgnął zenitu, gdy usta Waldemara przycisnęły rozchylone wargi Luci.
Błogość i szał runął na nią potężnie, zatracając ją w niepamięci, w ekstazie bez wyjścia. Tylko te gorące usta ukochanego były dla niej wszystkiem. Cały świat zmierzchł jej i upadł w nicość. Czuła w sobie boskość.
Gwałtowna niepojęta siła oderwała nagle Waldemara od ust Luci. Zatrząsł się, i blady, nienaturalny, ucałował jej rękę, nie patrząc w oczy.
— Wybacz mi! — szepnął niespodziewanie.
Lucia rozjaśniona, jak majowe słońce, przytuliła się do niego z ufnością dziecka. Głowę swą jasną złożyła na jego piersiach i spytała:
— Waldy... Dlaczego ty mi każesz jechać?
Waldemar pogładził dłonią jej lśniące włosy. Był zmieniony na twarzy.
— Zapomnij o tem i... zostań — wyszeptał.
Ona rozkosznie objęła ramionami jego szyję.
— Dobry, jedyny... ukochany! — mówiła bezpamiętnie, z głębi kipiącej miłością duszy.
Ucałował ją w czoło, ale już inaczej, po dawnemu. Chwila minęła, szał uleciał w poszumie nieprzyjaznej fali myśli.
Łagodnie odsunął ją od siebie i powstał. Brwi miał zsunięte, w oczach niepewność i jakby żal.
— Może się przejdziesz? — zaproponował Luci.
Odpowiedziała mu rozmiłowanem spojrzeniem.
Długo chodzili po parku, rozmawiając niby poufnie, ale z trudem, o rzeczach zwykłych.
I męczyli się oboje.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.