Ordynat Michorowski/XXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXI.

Bohdan na wiosnę był na posadzie w dobrach rusłockich na Wołyniu. Właściciel, książę Poniecki, mieszkał w głównym kluczu, prawie Bohdana nie widywał, gdyż ten, jako jeden z pomocników zarządzającego, przebywał stale w odległym folwarku, Jary. Michorowski pracował od świtu do nocy. Nie czytywał, nawet ulubionych rysunków zaniechał. Wieczorem, upadając ze zmęczenia, zasypiał snem twardym i doznawał wrażeń, że ktoś wali nań ogromne złomy kamieni. Budzono go przed wschodem słońca bez żadnych względów.
Praca i obowiązek wzięły go w swój gniotący tryb mozołu. W duszy młodzieńca powstawał bunt, lecz nieubłagana konieczność miażdżyła go.
Gdy maj rozkwitł w całej swej świetności, gdy natura wrzała życiem i pożądaniem, oceany białych kwiatów pokryły sady, lasy tryskały kwieciem, łąki wieńczyły swe czoła, Bohdan rwał się jak na łańcuchu. Wściekła przemoc tęsknoty za swobodą szarpała go, niby obcęgami. Biedz chciał na przepadłe, byle otrząsnąć się z tego jarzma, byle dalej.
Zamierał z szumnych porywów życia.
Stał na polu buraczanem, dozorując pielenia, ale patrzał jak błędny na gromady kobiet, schylonych nad pracą. Często nie pojmował, co mówili do niego ekonomowie lub zarządzający, który sprawdzał pomocników. Wolał już ślęczenie przy biurku, w kancelarji administracyjnej, sumując niezliczoną ilość cyfr, lub pisząc raporty. Wtedy nie widział przestrzeni, nie wciągał w chciwe nozdrza zapachu rozprażonej ziemi; mniej tęsknił. Zanurzał się w liczbach i nabierał humoru. Powierzone sobie księgi, rachunki prowadził tak sumiennie, że zarządzający obiecywał mu wyrobić posadę sekretarza. Bodzio uśmiechał się ironicznie, trochę boleśnie.
Zato na polu zawsze irytował zwierzchnika, im ostrzejsze otrzymywał wymówki, tem bardziej stawał się niepoprawnym.
Stał raz na rozległem polu z kartoflami, pilnując fornali oborujących zagony. Nudził się i ziewał.
W przejrzystem powietrzu cudnego poranka oddalone pola, jary obrosłe rozkwitłą tarniną, ciemne lasy — nabierały plastyki niesłychanej. Zdawało się, że horyzont, rozjaśniony do najdalszych krańców, skupia się i kładzie jak na dłoni najdrobniejsze szczegóły. Siny pasek źródła płynącego pod tarninami był tak wypukły, że Bohdan widział na nim zdaleka nawet drobne falki. Pojedyńcze kiście kwiatów białych chwiały się lekkim oddechem, gromada pszczół obsiadła krzewy, rywalizując z motylami, które wyglądały jak rozwiane piórka ptaka rajskiego.
Bohdan szedł wolno środkiem pola, brózdami przemykał się do nęcących go tarnin. Głowę podniósł w górę i wisiał cały wśród błękitu, chwytał wzrokiem pajęczynki obłoczków; rozmarzone źrenice jego ścigały lot ptaków, tnących z impetem lub łagodnie ogrom powietrzny. Gdy skowronek wbijał się w błękit pyłkiem coraz drobniejszym, Bohdan szeptał z głębi swej duszy utęsknionej:
— Genjuszu swobody, potężny znawco lotu, ptaszyno, unieś mnie tam, unieś...
I coś go brało za gardło — rzewnie, ale dusząco, aż uczuł ból w oczodołach od napływających łez.
A w przestworzu było tyle pędu życiowego, taki szalony żyzny wicher miłości żądz namiętnych gnał wskroś pól rozkwitłych, wskroś szafirowych baldachimów leśnych, i wirował rozkosznie, i targał sokami ziemi, i upijał odurzającym swym nektarem wszystko co żyło.
Bohdan w kilku susach dopadł do gaju strojnych tarnin i rzucił się w nie, jak młody zając w sałatę. Kolczaste gałęzie darły mu ubranie, kaleczały ręce, do twarzy sięgały, ale Bodzio sam zanurzał głowę w najobfitszych splotach kwiecia i zdawał się połykać je pragnieniem gorących uczuć. Biegał wśród krzewów, ogarniał je ramionami.
Spłoszone ptaki wylatywały z gniazd z kwileniem głośnem, kuropatwy furknęły mu z pod nóg. Wówczas zatrzymał się.
Cicho usiadł pod najpyszniejszym krzewem, zmartwiony, że zmącił swobodę ptakom. Uspokojone ciszą, nadlatywały z powrotem, on zaś przemawiał zaś do nich jak do ludzi. I znowu biegł dalej łąkami, napawał się widokiem źródła, aż wszedł do lasu i stanął nad brzegiem dużego jaru. Prostopadle z pod stóp Bohdana spadały ściany, porosłe odłamami skał. Kamienie pokryte mchem zielonym i siwym tworzyły tu piramidy i groty, jakby ręką ludzką ułożone. Rosły brzozy płaczące, wieczną melancholją owiane, jakby i z maja i z życia nie rade. Młode dębczaki panoszyły się butnie, buki, klony i sosny, pokręcone fantastycznie. Leszczyna rozwija się szeroko, a tu i tam bieliły się śniegiem kwiecia rozkwitłe czeremchy. Na samem dnie jaru z hukiem toczyła się wąska rzeczułka, poprzerzynana porohami kamiennemi, na których woda pięła się w wirach i skrętach.
Naprzeciw Bohdana, w perspektywie, utworzonej pomiędzy drzewami, widać było frontowy szczyt pałacu w Rusłocku. Słońce grało ogniście na blaszanym dachu, migotliwie krzesało płomyki w oknach szczytowych. Bohdan patrzał, patrzał i smutek okrył go, niby płachtą żałobną. Twarz mu zmierzchła, chłód powiał od rzeczułki i wilgocią przejął do kości. Pałac ten przypomniał mu Czerczyn, ale przedewszystkiem Głębowicze. Rok, spędzony w ordynackim zamku, pozostawił w duszy Bohdana niezatarty żywy zawsze blask. Wspomnienie dzieciństwa w Czerczynie, nauki, zabawy po świecie były jakby odległą nutą, poprzedzającą tylko pyszny akord końcowy. Bohdan kochał Głębowicze i kochał ordynata, chociaż od czasu objęcia posady w Rusłocku czuł do Waldemara w duszy swej jakiś drobny, nie dający się określić żal, żal ten wzmagał się, gdy mu było bardzo źle, nikł prawie bez śladu, gdy jakieś przelotne wrażenie natchnęło go otuchą. W marzeniach swych widywał Waldemara z Lucią, skojarzonych już, i tęsknił nietylko za nimi, Ramzesem i Haneczką, lecz i za bełkotem rzeki głębowickiej i za gwarą drzew parkowych. Z rozrzewnieniem uprzytomniał sobie swój pokój, gdzie usługiwał mu wyproszony u ordynata murzyn, dozorca sal myśliwskich. Rozczulał się na wspomnienie robotników, którym dawał książki do czytania, strzelców zwierzynieckich, nawet ogarów i buldogów z psiarni. Czerczyn oddalił się od jego myśli i uczuć, jak obrazek, zapamiętały z dziecinnej książki. Obojętność matki i brata były jedną więcej kartą, jaka go przesłaniała.
Rusłocka Bohdan nie lubił, do książąt Ponieckich nie mógł się przekonać. Patrzał teraz na błyszczący pałac ich i myślą leciał do Głębowicz. Zadrżał, usłyszawszy głośny tętent. Tuż przy sobie ujrzał nagle zarządzającego, Holewicza, który osadził konia prawie na plecach Bohdana.
— A! tak! spodziewałem się tego! pan tu marzy, a tam groch z kapustą porobili! — krzyknął Holewicz.
Bodzio się zmieszał.
— Z pługami?... co takiego....
— Idź pan zobacz, to się dowiesz! Parobcy pospali się na zagonach, tymczasem konie po kartoflach tratują. Do stu djabłów! postawili pana tam, to pilnuj!
W Bohdanie ocknął się arystokrata. Wyprostowany, obrzucił dumnym wzrokiem Holewicza i rzekł z przyciskiem:
— Niech pan raczy odzywać się uprzejmiej. Proszę!
Zarządzający zdurniał się. Ale postawa Bodzia jego z kolei zmieszała.
— Cóż to: może pan tu nie winien?... — rzekł spokojniej.
— Tak, po części jestem winien, lecz wymagam innego tonu; takiego jak pański nie zniosę. Do dozoru zaś nad parobkami niech pan odtąd stawia ekonomów. Ja odmawiam stanowczo.
— Pan jesteś przez księcia naznaczony na mego pomocnika, i odemnie zależy, gdzie pana stawiać.
— Ale do księcia jestem przysłany przez mego wuja, który nawet księciu nie pozwoliłby na ubliżanie mi, tembardziej panu — odparł Bodzio.
Zawrócił i poszedł w las, nie uważając na Holewicza.
Bohdan od tej pory przeważnie zajmował się sprawami administracyjnemi. W pole wyruszał w chwilach wolnych lub w święta — i wówczas swobodnie puszczał myśli w lot bezkreśny.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.