Ordynat Michorowski/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XVII.

W sali gry usiadł na bocznej kanapie i poszukał wzrokiem wśród tłumu otaczającego stoły. Łatwo odnalazł młodzieńca, który już wmieszał się w liczbę grających i cały był pochłonięty swoją stawką. Brunet stał za nim.
Gra trwała długo. Charakterystyczne, suche głosy krupierów odzywały się złowieszczo jak puszczyki. Brzęk złota, śpieszne oddechy graczów, często wykrzyk bolesny, jakieś westchnienie — odrzynały się plastyczniej od ogólnego, lekkiego szumu dużej masy ludzi.
Ordynat widząc tylko plecy młodzieńca badał twarze innych. Zapłonione policzki kobiet, ich oczy nalane piekącą chciwością, włos rozwiany, często zbakierowany kapelusz, były wyborną ilustracją stanu wewnętrznego tych istot. Gra brała ich w siebie z niepokonaną mocą. Poza tą ruletą świat cały zdawał się dla nich nie istnieć. Ale Michorowski, zaciekawiony jak wygląda twarz nieznajomego młodzieńca, poszedł na drugą stronę sali, skąd mógł ją dobrze obserwować i tam zajął miejsce. Spojrzał, i zamiast badać wyraz, wpatrzył się w rysy młodego chłopca.
— Kto to jest?! — szepnął do siebie.
Jakieś odległe wspomnienie wionęło nagle i krótko. Ta twarz... te oczy... Tak! tak! coś bardzo znajomego.
Chłopak trzymał utkwiony wzrok na stole, ale błądził po nim. Na gromady złota patrzał chwilowo z wyrazem, jakby mówił: „kpię z ciebie, ale będziesz moje“. Na krupierów spoglądał z ironją, na publikę nie zwracał żadnej uwagi. Miał minę, jakby gra szła tylko dla niego.
Ciemno-piwne oczy błyszczały mu nie żądzą, lecz ciekawością. Usta pełne, świeże, pod ledwo sypiącym się wąsikiem, krzywił nerwowo na różne sposoby: składał wargi jak do gwizdania, podciągał je pod nos, rozsuwał, ukazując białe zęby. Czasem uśmiech łobuzerski mignął na szczupłej smagłej twarzy, czasem szybki jak błysk przestrach. Wówczas nagłym ruchem dotykał dłonią głowy, porosłej lśniącym, ciemno-blond włosem, zaczesanym w górę. Brwi miał ostro zarysowane i dość skupione.
Ordynat na tych jego brwiach i ustach zatrzymał najdłużej badawcze źrenice. Ale i w ruchach, i w głosie, i w całej postaci było coś, co Michorowskiego wprost zdumiewało.
Nareszcie młodzieniec grę skończył.
Przegrał.
Ordynat nie spuszczał z niego oczu. Doznał dziwnej satysfakcji, zobaczywszy, że chłopak po momentalnym, niewidocznym prawie cieniu na twarzy, ukłonił się z wielkim wdziękiem krupierowi, i cofając się, palnął na cały głos do bruneta po polsku:
— Myślał, jucha, że zblednę!
Zaczął się śmiać, trochę nienaturalnie, lecz odważnie, i mówił dalej, wysuwając się z koła grających.
— Niby nic dziwnego, że przegrałem; jestem przecie szczęśliwy w miłości. Ale swoją drogą fortuna dała mi mata. A tom się spłukał! — pisnął odmiennym, przyciągłym głosem.
Podeszli obaj blisko w stronę ordynata. Chłopak rzucił się na sofę. Brunet usiadł przy nim z miną wielce nieszczęśliwą. Chwilę milczeli. Ordynat udawał, że patrzy na grających. Coraz więcej zajmował go, niepokoił i bawił ten młodzieniec. On tymczasem kręcił się na sofie nerwowo, zdradzając chęć do gwizdania. Raz nawet jakiś niesforny ton wyleciał z jego ust, lecz młodzieniec zmitygowaał się w porę. Poczem zaczął mówić swoobodnie:
— Niech pan jeszcze nie ma pogrzebowej miny, jeszcze żyję. Widzi pan: to się nazywa los brać za rogi, jak byka, gdy bodzie. No i cóż?! Nie mam na zapłacenie hotelu, nie mam na podróż... ba! nawet nie mam na obiad, bo już same długi. Ale rewolwer mam w kieszeni; gdybym chciał — trrach! i po wszystkiem.
— Co też pan mówi! Ale, jakże można?... Co znowu!... — oburzył się przerażony brunet.
— Cha, cha! paradny pan jest! Ja bym się miał dla głupiej ruletki, która mnie okradła, strzelać?! Jeszcze czego! Ani myślę! Niech się nie cieszy nadzieją!
Zaśmiał się i znowu mówił, ku stałemu przerażeniu bruneta, który miał taką minę, jakby nie wiedział, czego się martwić: czy że młodzieniec nie chce się strzelać, czy że może się zastrzelić.
— Myśli pan, że ja palnąłbym sobie w łeb w parku? — mówił chłopak. — Ani trochę! Tu, w tej sali, przy samej rulecie... Co?! To byłby efekt szalony! Z parku zmietliby mnie stróże jak śmieć; nikt by nawet nie widział. Ale tu! O!! wszystkie lady i misy by pomdlały. Moja krew padłaby na ruletę, splamiła złoto. Ehe! może bym się przyczynił do oczyszczenia świata z tego plugastwa. Jak pan myśli: zamknęliby budę?
Brunet wzruszył ramionami.
— Pan głupstwa plecie, zamiast myśleć poważnie. Sytuacja nader przykra.
Młodzieniec zdawał się nie słyszeć. Szedł za biegiem własnych myśli.
— Załuję, że nie jestem taki głupi, żeby się strzelać. Zrobiłbym frajdę gazetom europejskim. Może i warto?...
Brunet powstał.
— Chodźmy do domu. Za dużo pan mówi.
— A cóż będę robił? Tylko głos mi pozostał no, i kilka garniturów na zmianę. Siedź pan, trzeba się namyśleć.
— Nad czem?
— Jak najłatwiej fajtnąć na tamten świat.
— Et!
— No więc co?
— Niech pan zadepeszuje do domu. Przyślą.
Twarz młodzieńca spoważniała w jednej chwili. Rzekł twardym tonem:
— Za nic! Matki prosić nie będę. Wyrzekła się mnie — żem łajdak. Niech i tak będzie.
Zamyślił się smutno i zwiesił głowę.
Ordynat, odwrócony dotąd bokiem, spojrzał na niego i zadrżał. Błysk gwałtowny rozjaśnił twarz Waldemara.
Młodzieniec siedział nachmurzony z wydętemi wargami i z brwią silnie zmarszczoną. Jego oczy pociemniały jeszcze; były jak ze stali. Rzekł głucho:
— Przehulałem całą swoją schedę; nic mi się od matki nie należy, a żebrać nie będę.
— Więc cóż pan zrobi?
Chłopak wyprostował się.
— Zostanę kelnerem.
— Et!...
— A pan tylko to umie. Chodźmy!
Brunet wstał ociężale.
Ordynat podniósł się również. Twarz jego była prawie obojętna. Podsunął się do młodzieńca i dotknął jego ramienia.
— Kto pan? Czego pan sobie życzy?! — zaperzył się chłopak, już zły.
— Poczekaj.
— Cóż to znaczy?! Jak pan śmie w ten sposób kogoś zaczepiać.
Ordynat się uśmiechnął.
— Trafił swój na swego. Tyś również w sposób niezbyt elegancki tu się zachowywał.
— Ty?... Co to znaczy?!
— Słuchaj! Jesteś Bohdan Michorowski z linji czerczyńskiej i... z Czerczyna.
Młodzieniec cofnął się wtył. Zdumienie odebrało mu mowę.
Ordynat wziął go za rękę. Uśmiechnął się.
— Nie myśl, że jestem ajentem śledczym i że cię aresztuję. Jestem tylko Waldemarem Michorowskim z Głębowicz. Musiałeś o mnie słyszeć, bo pamiętać nie możesz.
— Ordynat?!
— Ten sam.
Chłopak rzucił mu się na szyję i ucałował. Poczem spojrzał na osłupiałego towarzysza, wołając:
— No, już możesz pan wyjąć kulkę z mego rewolweru. Daję dymisję pani śmierci.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.