Ordynat Michorowski/XLIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLIX.

Księżna Podhorecka z Lucią wracały do kraju, Bohdan im towarzyszył.
Baronówna pragnęła ciszy, zaczęła marzyć o wstąpieniu do klasztoru. Ale myśl ta była jedynie przywłaszczoną, nie zaś istotną.
Lucia chciała odrazu w Belgji pozostać w klasztorze, w którym przebywała po śmierci Stefci Rudeckiej. Lecz oparł się temu Bodzio, i ona znowu mu uległa.
Gdy jechali we troje na dworzec kolejowy, Lucia w nerwowem podnieceniu spoglądała przez okno karety na zaśnieżone ulice Paryża.
Nareszcie rzekła bezwdzięcznie:
— Pozostawiam tu swoją przeszłość.
— Tak, i zapomnij o niej — odrzekł Bohdan. — Byłaś kuzynko pogrążoną w śnie przez szereg lat. Dopiero teraz otwiera się przed tobą...
— Furta klasztorna. Powinnam była dawno ją przekroczyć — wybuchnęła Lucia z dreszczem spazmatycznym.
Księżna położyła swą miękką dłoń na ręku dziewczyny.
— Wierz mi dziecko, są nieszczęśliwsi od ciebie. Są tacy, których nikt nie kocha, a jednak, idą w świat samotni i dążą do czegoś i zawsze pragną.
— I w końcu rozbijają głowę o bramę, za którą jest tylko utopja — odparła baronówna.
— Nie, bywa czasem za nią nowy horyzont i taka ogromna perspektywa, że przeszłość wydaje się malutką łączką wobec tego obszaru.
Dziewczyna uważnie sięgnęła wzrokiem do oczu księżnej, jakby chcąc wywlec z niej duszę.
— Mnie już taka... niespodzianka nie czeka — rzekła ponuro.
— Ach dziecko moje! Jesteś tylko widzem swego życia i krytykiem jego, ale nie autorem. Możesz się domyślać epilogu, lecz go nie znasz. Los, to twórca gienjalny, dowcipny, i często złośliwy. A ja ci mówię, że bywają epilogi o większej wartości, niż najpiękniejszy prolog. Ostatnie słowo w danem dziele czasem staje się pierwszem w nieznanej nam sztuce, będącej w przestrzeni. Tylko nikt się tego nie domyśla.
— Więc babcia sądzi, że ja...
Lucia spotkała palący wzrok Bohdana i zająknęła się.
— Sądzę — odrzekła księżna — że to wszystko, coś przeżyła, jest pierwszą i małą częścią dużego tomu. I jeszcze, nie byłaś dotychczas w pełnem świetle. Otaczały cię roje świetlików, chodziłaś w ich smudze tęczowej, ale migocącej, nie umiejscowionej. One zagasły; przed tobą wschód słońca! Zaślepiona ułudnymi błyskami, nieodrazu ujrzysz tę nową, odmienną i prawdziwą jasność. Gdy ją zoczysz wówczas odczujesz moc ducha i powiesz sobie: Idę w życie. To będzie dopiero twojem odrodzeniem.
Lucia zamyślona, zasłuchana, nie spostrzegła się, że łzy wielkie spadły z jej oczu, i że Bohdan patrzał na nie chciwie a łagodnie, jak słońce na rosę kwiatu. Rzewność miał w źrenicach i powagę i myśl głęboką. Lucia wiedziona czułością, rzadką u niej, pochyliła się i ucałowała rękę księżnej, jednocześnie Bohdan zrobił to samo. Głowy ich się zetknęły; w ślad zatem spotkały się oczy.
Lucia ujrzała w nich tyle uczuć, tyle promieni, sypiących się kaskadą, że z dreszczem trwogi spuściła powieki. Oczy Bohdana były dopełnieniem słów księżnej.
— Oto wschód! — mignęła myśl nagła.
Lucia przestraszyła się jej, jakby objawienia nieziemskiego.
Dojechali do dworca.
Baronówna zmierzała już do wagonu, gdy w tem stanęła. Ukrop krwi wartkiej oblał ją całą.
Ujrzała Brochwicza tuż przed sobą.
Patrzał na nią prawie przerażony.
Żal, współczucie odezwały się w niej.
Wyciągnęła rękę do hrabiego.
— Żegnamy się. Wszak prawda? — szepnęła z uczuciem.
Uścisnął jej dłoń w milczeniu.
— Czy i pan wyjeżdża?
— Tak.
— Dokąd?
Jerzym zatrząsł gniew. Chciał odejść, ale się przemógł i odparł spokojnie:
— W przestrzeń nieznaną.
Lucia rozjaśniła się, jakby po cieniu padła na nią smuga świetlista.
— Ja także! Więc może i pan znajdzie... wschód? Nowy, odmienny, prawdziwy wschód!
Mocno ścisnęła palce Brochwicza i prędko wbiegła do wagonu.
Hrabia ścigał oczyma znikający pociąg, który unosił Lucię; wytężał wzrok, by do ostatka nie stracić ani jednego szczegółu, ani jednego ruchu uciekającej masy wagonów. Krwawa łuna rozlała się w źrenicach Jerzego, i przez nią widział szczątki swego snu.
Gdyby nie przytomność umysłu, Jerzy rozdarłby piersi swoje przez gorycz,i pokazał pustkę w nich — czarną jamę, wyżłobioną przez gorycz, przez rozpacz, przez zawód bolesny.
— Ona mi na końcu o wschodzie mówiła — myślał błędnie.
— Jaki wschód? Czy dla niej świta?...
— Wschód dla mnie... Ha, ha!
Brochwicz zapragnął nagle ruchu, gwaru. Ujrzał w wyobraźni morza, oceany, góry lodowe, skały nieprzebyte. Usłyszał ryk bałwanów, zgrzyt wichru o maszty, trzask, łomot lodowców.
W podróż! W podróż!
Uczuł szaloną wolę, konieczność podróżowania.
W przestrzeń! do...
— Wschodu — szepnął głos Luci.
Nie! W przestrzeń do ukojenia.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.