Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Uścisnęli się przyjaźnie.
Brochwicz chciał wyczerpać sprawę. Rzekł ze wzruszeniem:
— Drogi nasze rozchodzą się, może nazawsze — któż wie!? Proszę pana pożegnać odemnie baronównę i księżnę. Nie mogę spełnić tego osobiście. Ale... pan mi nie odmówi ostatniego pytania. Jestem w prawie zadać je panu.
Bodzio przeczuł dalszy ciąg.
— Proszę!
Pan... kocha ją. Czy tak?!
— Kocham! — odrzekł Bohdan śmiało i dumnie.
Brochwicz zzieleniał. Żółć zalała mu krew w sercu. Rzekł cicho:
— Tylko to chciałem wiedzieć.
Pożegnali się w milczeniu.




XLIX.

Księżna Podhorecka z Lucią wracały do kraju, Bohdan im towarzyszył.
Baronówna pragnęła ciszy, zaczęła marzyć o wstąpieniu do klasztoru. Ale myśl ta była jedynie przywłaszczoną, nie zaś istotną.
Lucia chciała odrazu w Belgji pozostać w klasztorze, w którym przebywała po śmierci Stefci Rudeckiej. Lecz oparł się temu Bodzio, i ona znowu mu uległa.
Gdy jechali we troje na dworzec kolejowy, Lucia w nerwowem podnieceniu spoglądała przez okno karety na zaśnieżone ulice Paryża.
Nareszcie rzekła bezwdzięcznie:
— Pozostawiam tu swoją przeszłość.
— Tak, i zapomnij o niej — odrzekł Bohdan. — Byłaś kuzynko pogrążoną w śnie przez szereg lat. Dopiero teraz otwiera się przed tobą...
— Furta klasztorna. Powinnam była dawno ją przekroczyć — wybuchnęła Lucia z dreszczem spazmatycznym.
Księżna położyła swą miękką dłoń na ręku dziewczyny.
— Wierz mi dziecko, są nieszczęśliwsi od ciebie. Są tacy, których nikt nie kocha, a jednak, idą w świat samotni i dążą do czegoś i zawsze pragną.