Ordynat Michorowski/XLII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLII.

W Wiedniu ordynat Waldemar Michorowski udał się przedewszystkiem do hrabiego Dominika. Ten go uspokoił.
— Zaalarmowałem ordynata niepotrzebnie. Bohdan bywa wprawdzie wśród klubowców, ale się nie hazarduje. Węgierscy magnaci wciągają go w grę w karty, lecz daremnie, bo on zbyt powściągliwy.
Herbski odpowiedział Waldemarowi parę faktów, rzucających dobre światło na Bodzia. Młodzieniec umiał się zwalczać.
Hrabia prawie przekonany do niego, nie mógł się dość nadziwić zmianie, zaszłej w jego naturze. Mówił zdumiony, składając zwykłym ruchem splecione ręce na żołądku.
— Był urwis; teraz jest zuch. O! inaczej określić go nie można. Ordynat dobrze mu przepowiedział: będzie z niego człowiek.
— A widzi hrabia! — odrzekł Waldemar z niezwykłem ożywieniem. Ja go wcześniej przeczułem.
— No, narowy jeszcze ma — poprawił się Herbski — ale już mniej szkodliwe. Takie narowy...
— Michorowskich — dodał Waldemar.
Hrabia się skrzywił.
— Nie zupełnie; mniej kulturalne. Ale może, może. Bohdanem kieruje jakaś idea, tylko trudno ją zbadać. Może miłość?...
Waldemar spoważniał.
— Co pan mówi?... E, nie! Chyba coś nowego?
— W każdym razie jakiś ideał ma w duszy — potwierdził Herbski.
Z ulubieńcem swoim ordynat zobaczył się w mieszkaniu hrabiego. Chłopak był uszczęśliwiony tem spotkaniem. Opowiedział Waldemarowi przebieg swej podróży, odniesione z niej korzyści; wykładał śmiało i ze znajomością.
— Jakież masz zamiary — spytał ordynat.
Bodzio nagle poczerwieniał.
— Bardzo szerokie, wuju!... — rzekł trochę nieśmiało.
Waldemar zdziwił się, nie z powodu słów, lecz wyrazem jego twarzy.
— Naprzykład jakie?...
— Widzi wuj, to może śmieszne w mojem położeniu, ale zdaje mi się, że nie głupie. Chcę bardzo pracować, intenzywnie. Być popychadłem, jak w Rusłocku, nie potrafię. Miślę o objęciu posady rozległych zakresów, dającej duże poloty i korzyści materjalne.
— Czy pan wydoła? — spytał Herbski.
— Chcę i muszę. Lecz pierwsze jest dla mnie ważniejsze. Musem nie wszędzie dam się zaprowadzić, ale wola własna poniesie mnie daleko.
Bohdan mówił z przejęciem. Stał prosty, z zapałem w piwnych oczach. Młodzieńcza pierś jego gromadziła w sobie jakby siłę przemożną, która zdawała się ją rozszerzać. Szlachetna egzaltacja zdobiła jego twarz bladawą.
— Hrabia pyta, czy wydołam? Już zrobiłem wiele z siebie samego; zrobię więcej. Czuję młodość; coś we mnie rwie, ale... brak mi rozpędu!
Nerwowo zatrząsł dłońmi.
— Jednak wynajdę dla siebie dalszy widnokrąg. Pragnienie mam ogromne. Ale znowu myślę, że gdybym celu dosięgnął może straciłbym już werwę... Tego się boję. Mam wrażenie, że człowiek, zdobywszy jakąś placówkę wymarzoną, choćby szedł do niej z poszarpanemi od trudu stopami, gdy już ją ma, jest... jakby to powiedzieć?... jakiś skończony, czyli ma świadomość, że nic już nadto nie zrobi. To smutne! bo wtedy się pewno gnuśnieje?
— Dlaczego? Można iść stale wzwyż — rzekł Waldemar.
Bohdan skrzywił usta z powątpiewaniem.
— To rzadko! Przeważnie w takich razach oczekuje się tylko... oklasków, jeśli nawet nie pomnika. Sytość duchowa to to samo może, co pełność żołądka — napawa sennością i zatraca czyn.
Nagle roześmiał się szczerze, swawolnie i błysnął oczyma.
— Ha! ha! przedwcześnie się martwię. Ja i... oklaski? Ja i... pomnik?... Sytość duchowa i zbytki tym podobne. Ha! to nie dla ciebie, Bodziu; ty tego nie osiągniesz.
Śmiał się trochę boleśnie i znowu rzekł, zaciskając dłonie:
— A jednak będę lazł do swego celu, zapatrzony w swą ideę, i dolezę. Choć, być może, całe życie na to poświęcę.
Ordynat i Herbski zamienili z sobą spojrzenia. Ordynat rzekł:
— Wybacz mi, Bohdanie, niedyskrecję, lecz... powiedz mi... Mam pewne prawa zapytać cię o to.
— Pytaj, wuju.
— Powiedz mi jaki jest główny twój cel, i co jest ową ideą?
Bodzio zmarszczył brwi. Trochę się wahał, ociągał. Wreszcie rzekł odmiennym tonem:
— Chcę, wuju, z czasem naturalnie, wyratować i odzyskać Czerczyn; oddać mamie jej sumę, wchłoniętą przez majątek, i Wiktora może... własnym przykładem ocalić. Chcę aby Czerczyn stał się podobnym do Głębowicz.
— I aby był pańską własnością?... — spytał ciekawie hrabia Dominik.
Bohdan zapłonął gniewem.
— Nie, zaborcą nie będę. To dziedzictwo Wiktora. Ja chcę ich ratować, ale nie okradać podstępnie. Swoje wybrałem.
Waldemar rozpromieniony spojrzał na przyjaciela.
— Oto jest jego idea i jego cel — rzekł ze wzruszeniem.
Bohdan spuścił oczy, trochę się zmieszał. Ordynat to zauważył.
— On jeszcze coś ukrywa — pomyślał niespokojnie.
Herbski zdumiewał się, winszował młodzieńcowi zapału i szczerze życzył powodzenia.
Bodzio odpowiedział ze śmiechem:
— Panie hrabio. Dopiero zaczynam piąć się, jak niegdyś na zwierzyniecki płot w Głębowiczach. Ale mię krzepi wiara, że cel opanuję. To duża siła.
— Tak, i twórcza dodał Waldemar.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.