Ordynat Michorowski/XLI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLI.

Zamglony poranek jesienny osnuł wilgotnym pyłem ulice Wiednia. Nad Burgiem zwisały pajęczyny mgiełek. Mury cesarskiej rezydencji wznosiły się ciężkie, wiekowe i jakieś groźne. Dokoła osiadła mokra ociężałość.
Michorowski chodził wolno w bliskości pałacu, oczyma przebijał okna.
Tęsknił i marzył.
Pragnął odgadnąć za którem oknem jest ona. Imaginacją rozwalał mury pałacowe i widział arcyksiężniczkę taką jak na balu: białą, poważną, z rozchylonemi ustami, depczącą jego tuberozę.
W duszy swej czuł zgrzyt, jakby się coś w niej ścierało. Niesmak ogarniał go uparty, przykry.
— Co ja tu robię pod temi murami? — myślał.
Ale coś go trzymało.
Zobaczył małego chłopca, roznosiciela gazet. Obdartusek stał z pliką pism pod pachą i gapił się z otwartą gębą na pałac. Od czasu do czasu drapał się w kolano, poprawiał wypłowiałą czapkę i patrzał, patrzał. Bohdan zauważył straszną ironję w porównaniu wspaniałości gmachu i otoczenia z tym biedakiem ulicznym. Chłopczyna spoglądał na Burg, jak na cud świata, jak na rzecz, niedostępną dla niego całkowicie. A patrzał chciwie, z rozkoszą widoczną, z zachwytem, niemal z pobożnością.
Bohdana myśl nagła tknęła niemile.
— Ten obdartus... to ja!
Wybuchnął złym śmiechem — i odszedł.
Niesmak potęgował się. Myśl buntowała uczucia. Słyszał wewnętrzny jej szept.
— Po co tu łazisz, biedaku zrujnowany? To już dla ciebie świat tylko snów. Pocoś był na balu?... Ty — oficjalista! Pożegnaj się z wielkim światem, miej dumę... Nie bądź nędzarzem, szukającym zmiłowania pod pańskim progiem...
— Porzuć złudzenia. Idź w swój istotny świat, o dawnem środowisku zapomnij.
Młodzieniec wstrząsnął się, jak pod zimnym prysznicem. Duma wezbrana złością, ugryzła go boleśnie.
— Prawda! Prawda! Poco ja tu?!
Żal niesłychany błagał o litość, ale trzeźwa rzeczywistość chłostała. Obowiązek jął go coraz ostrzej tyranizować swą mową.
— Przyjechałeś uczyć się, korzystać; płacą za ciebie, a ty — hulasz?!...
Serce zalała mu krew.
Duma cisnęła mu do oczu straszny widok zrujnowanego Czerczyna, matkę opuszczoną, biedną, bankrutkę po dwuch synach i jego samego ze zgiętym karkiem pod drzwiami magnackiego zamku. Cisnęła mu nędzę przyszłych upokorzeń, wiecznej żebraniny i pukania do łaskawości miljonowego wuja, ordynata. Cisnęła mu wzgardę i niechęć.
Pokusa dawała mu słodkie nadzieje.
Duma rzucała obelgę.
Bohdan snuł się obok Burgu niby pijany. Chciał wyrwać pokusę z piersi, ale i dumę chciał odrzucić precz.
Obie mu dokuczały.
Zjawa upadłego Czerczyna zwyciężyła.
Michorowski stanowczym krokiem ruszył przed siebie, mijając pałac.
Wtem zobaczył, że chłopak z gazetami ucieka, ile sił starczy. Papiery rozpadały się po drodze.
Bodzio się obejrzał.
Szyldwach w bramie pałacu stał przed swą budką i prezentował broń.
Ukazał się odkryty powóz, w nim zaś cesarz i arcyksiężniczka Marja Beatrycza.
Młodzieniec stanął jak zdrętwiały.
Paru przechodzących mężczyzn odkryło głowy w ukłonach.
Bohdanem szarpnął nagły wstyd. Wtem spotkał wzrok arcyksiężniczki. Wzrok chłodny, obojętny, matowy, taki sam, jakim patrzała na szyldwacha w bramie. Zanim ochłonął, zobaczył już daleko lśniący powóz i duży kapelusz Beatryczy.
— Nie poznała mnie.
Śmiech szyderczy, wściekły, śmiech zwyciężonej dumy zatargał jego piersią.
— Dobrze ci tak, ośle!... — wyrzucił Bodzio przez zwarte zęby.
Jednocześnie uczuł ulgę niezmierną, jakby przebudzenie po śnie, w którym się topił. Odrodzony na nowo, z obrazem miłowanej idei w duszy, opuścił Burg. Wracał do realności.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.