Opowieść o dwóch miastach/Księga druga/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Opowieść o dwóch miastach
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Tale of Two Cities
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Księga druga
Pobierz jako: Pobierz Cała Księga druga jako ePub Pobierz Cała Księga druga jako PDF Pobierz Cała Księga druga jako MOBI
Indeks stron


Rozdział dwudziesty drugi.
Morze wciąż się podnosi.

Ponury Święty Antoni dopiero od tygodnia mógł dowolnie krasić swój czarny i gorzki chleb braterskim uściskiem i radością, a pani Defarge siedziała już za swoja ladą, jak zazwyczaj rej wodząc między gośćmi. Madame Defarge nie miała już róży we włosach, wielkie bowiem bractwo szpiegów w ciągu tego jednego tygodnia stało się bardzo ostrożne w powierzaniu swego bezpieczeństwa Świętemu. Latarnie wzdłuż ulic nabrały złowróżbnej elastyczności.
Madame Defarge założyła ręce i siedziała w porannem świetle i cieple, oddając się rozmyślaniom nad winiarnią i ulicą. Tu i tam stały gromadki nędzarzy, próżniaków, brudasów — ale teraz biło z nich poczucie siły. Najbrudniejsza szlafmyca wsadzona na najnędzniejsza głowę zdawała się mówić: „Wiem, jak trudno mnie, ubranemu w tę czapę, utrzymać własne życie. Ale czy wiecie, jak łatwo mnie, ubranemu w tę czapę, zniszczyć życie cudze!“ Każde chude, nagie ramię, które dotychczas nie miało pracy, znajdowało jej obecnie aż nadto, jeśli chciało mordować. Palce robiących na drutach niewiast stały się złe, odkąd poznały, że potrafią także rozrywać. Tak zmienił się wyraz Świętego Antoniego. Od setek lat narzucano mu ten wyraz, a ostatnie razy, jakie otrzymał, jeszcze to uwydatniły.
Madame Defarge obserwowała to, co się działo dokoła niej, z zadowoleniem godnem przywódczyni niewiast Świętego Antoniego. Jedna z sióstr robiła na drutach obok niej. Przysadzista, prawie otyła żona głodującego kupca korzennego, matka dwojga dzieci, otrzymała jako adjutantka pani Defarge zaszczytny tytuł Zemsty.
„Ts!“ powiedziała Zemsta. „Słuchaj! Kto to idzie?“
Jak gdyby palił się lont biegnący od krańców przedmieścia Świętego Antoniego do drzwi winiarni, tak biegł cichy szmer.
„To Defarge!“ powiedziała madame. „Cicho, patrjoci!“
Defarge wpadt zadyszany, rzucił na stół czerwoną czapkę, którą obecnie nosił, i obejrzał się. „Słuchajcie, wszyscy!“ powtórzyła madame. „Słuchajcie, co powiem!“ Defarge stał dysząc ciężko naprzeciw ściany rozgorączkowanych oczu i otwartych ust, tworzących mur na zewnątrz drzwi. Wszyscy obecni w winiarni zerwali się na nogi.
„Powiedz mężu, co się stało?“
„Wieści z tamtego świata!“
„Jakto, z tamtego świata?“ pogardliwie zapytała madame.
„Czy pamiętacie starego Foulona, który mówił głodnym, że mogą jeść trawę, a który umarł i poszedł do piekieł?“
„Wszyscy pamiętamy!“ wydarło się ze wszystkich gardeł.
„Wieści od niego! Jest wśród nas!“
„Wśród nas!“ ze wszystkich gardeł. „I nieżywy?!“
„Nie umarł! Bał się nas tak bardzo — i nie bez powodu — więc udawał, że nie żyje i kazał sobie wyprawić wspaniały pogrzeb. Ale znaleźli go żywego, ukrywał się na wsi u siebie! I przywieźli go tutaj! Widziałem go przed chwilą, prowadzono go, jako więźnia do Hôtel de Ville. Powiedziałem, że ma powody obawiać się nas. Powiedzcie wszyscy, czy ma powody?“
Nieszczęsny grzeszniku, dźwigający na plecach więcej niż siedem krzyżyków, gdybyś dotychczas nie wiedział tego jeszcze, odpowiedzią byłby ten krzyk!
Potem nastąpiła chwila głębokiej ciszy. Defarge i jego żona patrzyli na siebie badawczo. Zemsta pochyliła się i zawarczał bęben, gdy go wyjmowała z pod lady.
„Patrjoci!“ powiedział Defarge głosem pełnym determitacji. „Czy jesteście gotowi?!“
Natychmiast nóż pani Defarge znalazł się za pasem. Na ulicy bito już w bęben, gdyż jakby cudem znalazł się tam a dobosz. Zemsta, wydając straszliwe okrzyki wymachując rękoma nad głową, jakby była wszystkiemi czterema Furjami w jednej osobie, biegła od domu do domu wywołując kobiety.
Straszni byli mężczyźni w swoim oślepłym od krwi gniewie, gdy zobaczywszy przez okno co się dzieje, chwytali co który miał pod ręką i biegli na ulicę. Ale na widok kobiet w najodważniejszym skrzepłaby krew. Od obowiązków domowych, jakie nakładała na nie ich niedola, od dzieci, od starców i chorych pół nagich i osłabłych z głodu, biegły z rozpuszczonemi włosami, siebie i towarzyszki podniecając do szaleństwa okrzykami i gestami. „Podły Foulon schwytany, siostry! Stary Foulon schwytany, córki!“ Kilka niewiast wpadło w tłum, rwąc włosy, szarpiąc sobie piersi, wołając: „Foulon żyje! Foulon, który mówił ginącym z głodu, że mogą jeść trawę! Foulon, który powiedział memu ojcu, że może jeść trawę, kiedy mi zabrakło dla niego chleba! Foulon, który powiedział memu dziecku, że może ssać trawę, bo w moich wyschłych piersiach zabrakło pokarmu! Och, Matko Łaskawa, ten Foulon! O, nieba, nasz dręczyciel! Słuchajcie mię, moje nieżywe niebożątko i mój zagłodzony ojcze: przysięgam na klęczkach na tym oto kamieniu, że pomszczę się na Foulonie! Mężowie, bracia, młodzieńcy, dajcie nam krew Foulona, dajcie nam głowę Foulona, dajcie nam serce Foulona, dajcie nam ciało i duszę Foulona, rozerwijcie Foulona na strzępy, zakopcie go, niech trawa wyrośnie z niego!“ Tak krzycząc tłum kobiet oszalałych od ślepej wściekłości, kręcił się, biegł, szarpał swoich własnych sprzymierzeńców, aż wreszcie wyczerpane padały na ziemię i jedynie obecność mężczyzn ratowała je przed tem, żeby nie zginęły stratowane.
A jednak nie stracono ani jednej chwili! Ani jednej! Ten Foulon jest w Hôtel de Ville i może im uciec! Nigdy, jeżeli Święty Antoni pamięta swoje cierpienia, swoje krzywdy, obelgi! Uzbrojeni mężczyźni i kobiety z taką szybkością biegli ulicami przedmieścia, z taką siłą i namiętnością pociągali za sobą wszelkie szumowiny, iż w przeciągu kwadransa przedmieście wyludniło się i zostało w niem tylko kilku starców i trochę płaczących dzieci.
Wypełnili szczelnie salę, w której przesłuchiwano schorowanego, brzydkiego starca, zalali wszystkie sąsiednie place i ulice. Defarge‘owie, mąż i żona. Zemsta i Jakób Trzeci stali w pierwszych szeregach, tuż obok starca.
„Patrz!“ powiedziała madame, pokazując nożem. „Patrzcie na tego starego zbrodniarza! Dobry był to pomysł, przywiązać mu garść trawy na karku! Ha, ha! Dobry był to pomysł! Niech ją sobie zje!“ Madame włożyła nóż pod pachę i zaczęła klaskać w ręce jak na przedstawieniu.
Ludzie, stojący za madame Defarge, natychmiast wyjaśnili powód jej radości stojącym dalej; ci tłumaczyli innym, tamci znów innym, i wkrótce cała ulica rozbrzmiewać zaczęła oklaskami. Z podobnie zdumiewającą szybkością przenoszono oznaki niezadowolenia, których madame nie szczędziła podczas dwóch czy trzech godzin badania, przerywanych złorzeczeniami: o wiele prędzej nawet, gdyż kilku mężczyzn, którzy z akrobatyczną zręcznością wdrapali się na mur naprzeciw okien, by zaglądać do sali, znało panią Defarge i odgrywało rolę telegrafu między nią i tłumem nazewnątrz gmachu.
Wreszcie słońce podniosło się tak wysoko, iż rzuciło łagodny promień, jak nadzieję ułaskawienia, na starą głowę więźnia, tego było już zawele! W jednej chwili barjera z pyłu i wiórów, która i tak zdumiewająco długo się utrzymała, rozleciała się na cztery wiatry i Święty Antoni dostał go w swoje ręce!
Dowiedziano się o tem natychmiast w najdalszych szeregach tłumu. Defarge przeskoczył barjerę i stół i już trzymał nieszczęśnika w śmiertelnym uścisku, madame Defarge skoczyła za nim i owinęła sobie dokoła ręki jeden ze sznurów, któremi był związany. Zemsty i Jakóba Trzeciego nie było jeszcze przy nich, a ludzie, stojący w oknach, nie rzucili się jeszcze do sali sądowej ze swoich wysokich stanowisk, jak drapieżne ptaki na łup, — kiedy już przez całe miasto szedł krzyk: „Dawajcie go! Na latarnię z nim!“
Wdót i wgórę, głową naprzód po schodach gmachu; teraz, na kolana; teraz na nogi; teraz na grzbiet! Ciągany, bity, szarpany, prawie dusząc się trawą, którą tysiące rąk rzucało mu w twarz, rwany, krwawy, ranny, ale wciąż jeszcze błagający i proszący o zmiłowanie, to walczy rozpaczliwie o życie, gdy ma przed sobą małą przestrzeń, bo tłum cofnął się, chcąc go lepiej widzieć; to jak kłoda, daje się ciągnąć poprzez las nóg; wloką go na najbliższy róg ulicy, gdzie chwieje się jedna z tych fatalnych latarni, i tu pani Defarge uwalnia go — jak kot uwalnia mysz — i spokojnie i w milczeniu patrzy jak tamci czynią przygotowania, a on błaga ją o litość; kobiety nie przestają mu złorzeczyć, a mężczyźni domagają się głośno, by udusić go trawą. Podniesiono go w górę — sznur się urwał i z wyciem pochwyciły go znów ramiona. Po raz drugi podciągnięto go i sznur pękł, i po raz drugi pochwycono go z krzykiem. Wreszcie sznur okazał się litościwym i utrzymał ciężar. Niebawem głowa starca znalazła się na pice, a tyle miała w ustach trawy, że całe przedmieście Świętego Antoniego mógł uradować ten widok!
Na tem jednak nie zakończyła się zła praca dnia, krew bowiem Świętego Antoniego tak się rozpaliła od krzyku i tańców, że zawrzała znów, gdy wieczorem rozeszła się wieść, iż zięć zabitego, jeszcze jeden wróg i krzywdziciel ludu, przybył do Paryża pod osłoną pięciuset zuchów, samej kawalerii. Święty Antoni spisał jego zbrodnie na wielkich arkuszach papieru, schwytał go — byłby go wyrwał z serca całej armji byle uczynić go towarzyszem Foulona — nadział jego serce i głowę na piki i, podobny do stada wilków, niósł te trzy łupy dnia przez ulice miasta.
Dopiero późną nocą wróciły kobiety i ich mężowie do głodnych i plączących dzieci, poczem liczne rzesze stanęły przed nędznym sklepikiem piekarza, cierpliwie oczekując sprzedaży chleba. Czekając na chleb z pustemi i obolałemi brzuchami, skracali sobie czas ściskając się nawzajem, ciesząc się triumfami dnia i na nowo przeżywając je w rozmowach. Powoli kurczyły się szeregi nędzarzy. Wysoko w oknach rozbłyskały nędzne światła; na ulicach rozpalono nieduże ogniska, przy których sąsiedzi gotowali razem wieczerzę, by spożyć ją na progach domów.
Niedostateczna i skąpa była to strawa, niesplamiona mięsem ani żadną inną przyprawą, z wyjątkiem lichego chleba. Lecz towarzyskie rozmowy jakby dodały pożywności twardym potrawom a nawet zdołały wykrzesać z nich iskrę wesołości. Ojcowie i matki, którzy brali udział w najgorszych przedsięwzięciach dnia, bawili się ze swemi mizernemi dziećmi, a kochankowie, mając przed sobą i wokół siebie taki świat, kochali i nie tracili nadziei.
Był już prawie ranek, gdy winiarnia Defarge’a pożegnała ostatnich swoich gości, a pan Defarge, zamykając drzwi, powiedział do madame ochrypłem głosem; „Doczekaliśmy się nareszcie, moja droga!“
„Tak“, odrzekła madame. „Poniekąd!“
Święty Antoni spał i Defarge’owie spali: nawet Zemsta spała ze swoim wygłodzonym kupcem korzennym, a bęben milczał. Bęben był jedynym na przedmieściu Świętego Antoniego, którego głosu nie zmieniła krew i wściekłość. Zemsta, czuwająca nad bębnem, mogła go każdej chwili zbudzić i wydobyć z niego ten sam głos, jakim brzmiał przed zdobyciem Bastylji i schwytaniem Foulona. Nie tak się miała rzecz z ochrypłemi głosami mężczyzn i niewiast, którzy spali teraz na łonie Świętego Antoniego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.