Opowieść o dwóch miastach/Księga druga/Rozdział XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Opowieść o dwóch miastach
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Tale of Two Cities
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Księga druga
Pobierz jako: Pobierz Cała Księga druga jako ePub Pobierz Cała Księga druga jako PDF Pobierz Cała Księga druga jako MOBI
Indeks stron


Rozdział dwudziesty pierwszy.
Echa kroków.

Wymarzonem miejscem dla echa — jakeśmy to już powiedzieli — był ów róg ulicy, przy którym mieszkał doktór Manette. Skrzętnie zacieśniając złotą nić, która wiązała istnienie jej, ojca, męża i wychowawczyni w spokojne i ciche życie, mieszkała Łucja w zacisznym domu, wsłuchując się w echa kroków mijających lat.
Był czas, kiedy — pomimo, iż czuła się szczęśliwa — nieraz robota wypadała jej z rąk i mgłą zachodziły oczy. Słyszała bowiem echo czegoś lekkiego, nieuchwytnego, ledwo dosłyszalnego, co jednak silny znajdowało oddźwięk w jej sercu. Drżące nadzieje i zwątpienia — nadzieje poznania miłości, jakiej jeszcze nie zaznała, zwątpienie, czy będzie żyć, by się nacieszyć ową miłością — szarpały na zmianę jej sercem. Między echami kroków rozróżniała wtedy echa własnych, zmierzających do grobu. A myśli o osieroconym mężu, który będzie po niej strasznie rozpaczał, napływały jej łzami do oczu i rozbijały się jak fale.
Czas ten minął. Na łonie jej spoczywała mała Łucja. Teraz echo przynosiło szmer jej drobnych kroków i dźwięk jej miłej paplaniny. Gdyby nie wiem jak silne dźwięki przynosiło echo, młoda matka, siedząca przy kołysce, słyszała przedewszystkiem tamte. Nie dały na siebie czekać i ponury dom zaczął rozbrzmiewać słonecznym śmiechem dziecka. Zdawało się, że Boski Przyjaciel dzieci, Któremu w dniach troski ofiarowała swoich bliskich, wziął na ręce jej dziecię, jak wziął ongiś tamto, uczynił zeń radość jej życia.
Skrzętnie przędąc złotą nić, która wiązała ich wszystkich, przetykając własnem szczęściem i wdziękiem osnowę ich wspólnego życia, Łucja w echu lat słyszała jedynie przyjemne i radosne dźwięki. Kroki jej męża dźwięczały silnie i pewnie, kroki ojca stanowczo i równo; nawet panna Pross, w uprzęży z tych złotych nici, budziła echa jak uparty rumak, popędzany batem, parskający i grzebiący ziemię pod platanem w ogrodzie.
Jeżeli wplótł się czasami odgłos smutku, nie był on zaprawiony goryczą, ni rozpaczą. Nawet gdy włosy złote jak jej włosy otoczyły aureola schorowaną twarzyczkę spoczywającego na poduszkach malca, który szeptał: „Droga mamo i drogi tatusiu! Bardzo mi żal, że muszę opuścić was i moją śliczną siostrzyczkę, ale wołają mię i muszę odejść“ — łzy, które spływały z oczu młodej matki, tulącej do łona dziecię, z którego uleciała duszyczka, nie były łzami rozpaczy. Pozwólcie im przyjść i nie wzbraniajcie im! One bowiem widzą oblicze Ojca mego! Ojcze! Błogosławione niech będzie słowo twoje!
I tak, szmer skrzydeł anielskich wplótł się w inne echa, nie były więc one tylko ziemskie i miały w sobie dech niebios. Mieszały się z niemi westchnienia wiatru, przebiegającego nad mogiłką w ogrodzie, a oba te dźwięki — ciche jak szmer morza śniącego w dzień letni u piaszczystego brzegu — słyszała Łucja, kiedy mała jej córeczka, zabawnie przejęta swemi rannemi obowiązkami lub ubieraniem lalki, paplała u nóg matki językami Dwóch Miast, które wmieszały się w jej życie.
Echa rzadko przynosiły prawdziwe odgłosy kroków Sydneya Cartona. Najwyżej sześć razy do roku korzystał ze swego przywileju zjawiania się bez zaproszenia, a wtedy spędzał z nimi wieczory jak to nieraz czynił i dawniej. Nie przychodził nigdy podniecony winem. I jeszcze jedno szeptały o nim echa, co wszystkie prawdziwe echa szeptały zawsze, przez wszystkie czasy.
Nie zdarzyło się jeszcze, by dla mężczyzny, któryby kochał kobietę, utracił ją, a potem żywił dla niej uczucie czyste i niezmienne, jako dla matki i żony — dzieci jej nie miały jakiejś specjalnej sympatji i instynktownego, pełnego delikatności współczucia. Jakie tajemne struny uczuciowe poruszane są w takich razach, tego nie mówi żadne echo. Ale tak bywa, i tak było w tym wypadku. Carton był pierwszym obcym człowiekiem, do którego mała Łucja wyciągnęła swoje pulchne ramionka; i Carton zachował swoje miejsce przy niej, gdy dziewczynka dorosła. Chłopczyk mówił o nim prawie do ostatniej chwili. „Biedny Carton! Pocałujcie go ode mnie“
Pan Stryver torował sobie drogę poprzez rzeszę prawników, podobny do wielkiego okrętu, prującego wzburzone wody, i ciągnął za sobą swego tak użytecznego przyjaciela, jak holownik ciągnie za sobą łódź. Ponieważ łódź holowana w ten sposób kołysze się zwykle bardzo silnie i często bywa pod wodą, Sydneyowi nieraz już groziło zatonięcie. Ale zakorzeniony i śliny nałóg, na nieszczęście bardziej zakorzeniony i silniejszy niż poczucie osamotnienia i poniżenia, sprawił, iż tryb ten określał treść jego życia. I nie więcej myślał o zerwaniu z rolą szakala przy lwie, niż prawdziwy szakal marzy o staniu się lwem. Stryver był bogaty, ożenił się z uroczą wdówką z pieniądzmi i trzema synkami, którzy nie mieli w sobie nic specjalnie promiennego, z wyjątkiem prostych jak promienie włosów na głowach kształtem przypominających budyń.
Tych to trzech chłopaczków, wypacając wszystkiemi porami ciała wspaniałomyślność w najbardziej natrętnej formie, gnał pan Stryver przed sobą jak stado baranów do cichego zakątka przy ulicy Soho, a oddając pupilów pod opiekę mężowi Łucji, powiedział z właściwą sobie delikatnością: „Oto trzy kromki chleba z serem na pański małżeński piknik, panie Darnay!“ Uprzejme odrzucenie trzech kromek chleba z serem przejęło głębokiem oburzeniem pana Stryvera. Oburzenie to znalazło wyraz w radach, jakie dawał młodym gentlemanom, przestrzegając ich przed dumą takich żebraków, jak ten belfer. Przy szklaneczce wina miał też zwyczaj opowiadać pani Stryver o tem jak to pani Darnay „chciała go złapać“, i o swoich kontrposunięciach (trafiła kosa na kamień, moja pani), co go ustrzegło przed „złapaniem“. Ten i ów z zażyłych przyjaciół z Kings Bench, asystujący przy winie i kłamstwie, wybaczał mu to ostatnie, będąc zdania, iż Stryver tak często je powtarzał, że wkońcu sam w nie uwierzył — co jest, oczywiście, momentem tak obciążającym dla pierwotnego wykroczenia, że usprawiedliwićby należało kogoś, ktoby takiego oszczercę zawlekł w ustronne miejsce i tam, gdzieś na uboczu, powiesił.
Oto echa, które docierały do uszu Łucji, gdy wsłuchiwała się w nie, czasem zamyślona, czasem rozbawiona i uśmiechnięta, w zacisznem mieszkanku przy ulicy Soho. Mała Łucja skończyła sześć lat. Jak bliskie sercu jej były echa kroków ukochanego dziecięcia i najdroższego zawsze czynnego, zawsze opanowanego ojca, i umiłowanego męża — nie potrzebujemy mówić. Ani tego też, że najlżejsze echo kochanego domu zjednoczonego i prowadzonego przez Łucję tak umiejętnie i wytwornie, że nie ustępował o wiele bogatszym — było dla niej najsłodszą muzyką. Ani o tych słodkich echach, które przynosiły jej tylekroć powtarzane przez ojca słowa, że po ślubie jest mu jeszcze więcej oddana (o ile to możliwe), niż poprzednio, ani o słowach męża, który przyznawał, że żadne troski i prace nie zmniejszają jego miłości i przywiązania; tylko zapytywał nieraz: „Jaką tajemnicę magiczną posiadasz, ukochana, że potrafisz być wszystkiem dla nas, jak gdybyśmy byli jedną tylko osobą, i nigdy nie jesteś zmęczona, i nigdy nie narzekasz, że masz za dużo roboty?“
Ale były inne jeszcze echa, dochodzące z oddali, które oddawna rozbrzmiewały złowieszczo w tym zakątku. I właśnie teraz, około szóstej rocznicy urodzin małej Łucji, echa te zaczynały nabierać strasznego podźwięku, jak gdyby we Francji zrywała się wielka burza i nagle podniosły się straszliwe wody morza.
Pewnego wieczoru lipcowego, w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym dziewiątym, pan Lorry, wyszedłszy późno od Tellsonów, usiadł z Łucją i jej mężem w ciemnem oknie. Była to parna, niepokojąca noc, więc wszystkim przypomniała się owa noc niedzielna, kiedy to patrzyli z tego samego okna na pioruny.
„Jużem myślał“, powiedział pan Lorry, przesuwając wtył swoją bronzową peruczkę, „że będę musiał spędzić noc u Tellsonów. Mieliśmy dzisiaj tyle roboty, żeśmy poprostu nie wiedzieli, do czego się najpierw brać, ani którędy się obrócić. W Paryżu coś niespokojnie a nasi klijenci zasypują nas formalnie listami, jak gdyby się bali, że nie zdążą powierzyć nam swego majątku! Ogarnęła ich poprostu manja wysyłania pieniędzy do Anglji“.
„To zły znak“, powiedział Darnay.
„Zły znak, powiadasz, Karolu? Tak, ale nie domyślamy się, jaki może być tego powód. Ludzie są tak nierozsądni! Starzejemy się u Tellsona i nie należy wyprowadzać nas z równowagi bez ważnych powodów“.
„Wie pan przecież“, powiedział Darnay, „jak pochmurnie i groźnie wygląda niebo“.
„Wiem, naturalnie!“ odrzekł pan Lorry, starając się wmówić w siebie, że opuściła go zwykła pogoda i że ma ochotę zrzędzić. „Ale postanowiłem pozrzędzić trochę po całodziennem zmęczeniu. Gdzie jest Manette?“
„Jest tu!“ powiedział doktór, który w tej samej chwili wszedł do ciemnego pokoju.
„Bardzo się cieszę, że pan jest już w domu“, powiedział pan Lorry, „bo ten cały harmider i zamieszanie zdenerwowały mię i czuję się wzburzony bez żadnego powodu. Pan nie wychodzi, mam nadzieję?“
„Nie. I mam nadzieję, że zagra pan ze mną partyjkę trik traku“, powiedział doktór.
„Jeżeli mam być szczery, nie sadzę, bym miał do tego specjalną ochotę! Nie czuję się na siłach dzisiaj stawić panu czoła. Czy sprzątnięto już zastawę do herbaty, Łucjo? Bo nie widzę jej!“
„Naturalnie, że nie! Czekaliśmy na pana!“
„Dziękuję ci, kochanie. Czy nasz słodki skarb już w łóżeczku?“
„I śpi spokojnie“.
„To dobrze. Wszystko bezpieczne i spokojne. Nie rozumiem, dlaczego nie miałoby tu być spokojnie i bezpiecznie. Ale harowałem cały dzień i nie jestem już taki młody jak wy. Herbata, kochanie? Dziękuję! No, a teraz usiądźmy sobie cichutko w kółko i nasłuchujmy echa, o którem utworzyłaś sobie cała teorje!“
„To nie teorja, to była moja fantazja“.
„Niech będzie fantazja, moja mądra pieszczotko!“ powiedział pan Lorry gładząc jej rękę. „Jest ich bardzo dużo i są bardzo głośne, prawda? Posłuchajcie tylko!“
Gwałtowne, szalone niebezpieczne kroki, które wdzierają się w cudze życie — kroki, których ślady trudno zatrzeć, gdy raz je zaczerwieni krew — huczały daleko, daleko, na przedmieściu Świętego Antoniego, w chwili, gdy małe kółko siedziało przy ciemnem oknie londyńskiego domu.
Święty Antoni stał się tego ranka olbrzymią ciemną bezładną masą straszydeł. Nad skłębionem morzem falujących głów błyszczały w świetle słońca stalowe klingi i bagnety. Straszliwy ryk wyrywał się z gardła Świętego Antoniego, a las obnażonych ramion chwiał się w powietrzu jak drżące drzewa zginane zimową wichurą: palce konwulsyjnie chwytały za każdą broń lub coś, co było podobne do broni, która jakby wydobywała się z niedającej się określić głębi.
Kto rozdał broń, gdy się broń pokazała, kto zaczął, za czyją sprawę broń połyskiwała, łamała się zygzakiem jak piorun nad głowami tłumu — tego żadne oko nie mogło wykryć. Ale rozdano muszkiety, rozdano naboje, proch i kule, belki żelazne i drewniane, noże, siekiery, piki, wszelką broń, jaką przemyślność wściekłości zdołała wynaleźć i rozdać. Ludzie, którzy nie mogli zdobyć nic innego, okrwawionemi palcami wyłupywali z murów kamienie i cegły. Każdy puls i każde serce na przedmieściu Świętego Antoniego biło jak w gorączce i płonęło gorączką. Nikt, kto żyw, nie cenił sobie życia i poddawał się szaleńczemu pragnieniu złożenia go w ofierze.
Jak wir wrzącej wody posiada swój punkt środkowy, tak cały ten wrzaskliwy tłum gromadził się dokoła winiarni Defarge’a, i każda kropla ludzka w tym kotle ciążyła ku miejscu, gdzie Defarge we własnej osobie, czarny od potu i prochu, wydawał rozkazy, wydawał broń, tamtego odwoływał, tego wysyłał naprzód, rozbrajał jednych, żeby uzbroić innych, pracował, uwijał się, gdzie tłum skupiał się najgęściej.
„Do mnie, Jakóbie Trzeci“, wołał Defarge, „a wy, Jakubie Pierwszy i Drugi, podzielcie się i stańcie na czele tylu patriotów, ilu tylko zdołacie zgromadzić! Gdzie moja żona?“
„Jestem tu!“ powiedziała madame, spokojna jak zazwyczaj, ale dziś bez robótki w ręku. Pewną ręką madame dzierżyła dziś topór, miast bardziej pokojowych narzędzi, a za pasem madame tkwił pistolet i groźny nóż.
„Dokąd idziesz, żono?“
„Tymczasem idę z tobą“, odrzekła madame. „Ale za chwilę ujrzysz mię na czele niewiast“.
„Chodźmy więc“, zawołał Defarge donośnym głosem. „Patrjoci i przyjaciele! Jesteśmy gotowi! Na Bastylję!“
Z rykiem, który tak brzmiał, jak gdyby oddech całej Francji skupił się na tem znienawidzonem słowie, ruszyło żywe morze, fala po fali, otchłań po otchłani, i runęło przez miasto ku owemu punktowi. Dzwony biły na alarm, bębny warczały, morze ryczało, uderzając o nowy swój brzeg — zaczął się atak.
Głębokie rowy, podwójny zwodzony most, masywne kamienne mury, osiem wielkich baszt, armata, muszkiety, ogień i dym. Poprzez ogień i poprzez dym, w ogień i w dym — gdyż morze rzuciło go ku armacie i w jednej chwili został kanonierem — Defarge z przedmiejskiej winiarni pracował jak regularny żołnierz przez Dwie gorące godziny.
Głęboki rów, zwykły, zwodzony most, masywne, kamienne mury, osiem wielkich baszt, armata, muszkiety, ogień i dym. Jeden most zdobyty! „Do pracy, towarzysze, do pracy! Do pracy, Jakóbie Pierwszy, Jakóbie Drugi, Jakubie Tysiączny! Jakóbie Dwutysięczny! Jakóbie Dwudziestopięciotysięczny! W imię wszystkich Djabłów czy Aniołów — jak wolicie — do pracy!“ Tak wołał Defarge-winiarz, nie wypuszczając z ręki strzelby, która rozgrzała się już oddawna.
„Do mnie, niewiasty!“ wołała madame, jego żona. „Przecież potrafimy zabijać niegorzej od mężczyzn, gdy pozycja zostanie zdobyta!“ I z głodnym krwi wrzaskiem biegły do niej niewiasty rozmaicie uzbrojone, ale wszystkie jednakowo zbrojne w głód.
Armata, muszkiety, ogień i dym. Ale wciąż jeszcze głęboki rów i jeden zwodzony most, i masywne mury kamienne, i osiem wielkich baszt. Nieznaczne przemieszczenia ryczącego morza — spowodowane padaniem rannych. Błyszczą sztandary, goreją pochodnie, dymią sterty mokrej słomy, wre praca na barykadach we wszystkich kierunkach, krzyk, wrzask, grzechot, klątwy, bohaterstwo bez granic, grzmoty, klekot, wściekły ryk żywego morza. Ale wciąż jeszcze — głęboki rów, i jeden zwodzony most, i masywne kamienne mury, i osiem wielkich baszt, i Defarge-winiarz ze strzelbą jeszcze bardziej rozpaloną od służby przez Cztery gorące godziny.
Biała flaga z fortu i parlamentarz — widać to niewyraźnie wśród szalejącej burzy, która głuszy wszelkie dźwięki — nagle morze wznosi się nieoczekiwanie wysoko, rozlewa się szerzej, rzuca Defarge’a z winiarni przez spuszczony most, poprzez zewnętrzne mury, między osiem wielkich baszt.
Tak nieokiełzana była siła oceanu niosącego Defarge’a, że dopóki nie wyładował na wewnętrznym dziedzińcu Bastylii, nie łatwiej było mu odwrócić głowę lub zaczerpnąć oddechu, niż gdyby walczył z odmętem Południowego Morza. Oparłszy się o wyłom w murze, zebrał się w sobie i obejrzał się. Jakób Trzeci stał tuż obok. Pani Defarge w otoczeniu niewiast stała opodal, z nożem w ręku. Wszędzie zamieszanie, tumult, podniecenie, oszałamiające i obłąkane zamieszanie, niebywały gwar i jakieś wściekłe porozumiewania się na migi.
„Więźniów!“
„Rejestry!“
„Tajemne cele!“
„Narzędzia tortur!“
„Więźniów!“
Ze wszystkich okrzyków i tysiąca bezsensownych haseł krzyk „Więźniów“ był tym, który najsilniej podchwyciło wlewające się do wnętrza morze, jak gdyby istniał bezkres ludzi, podobnie jak bezkres czasu i przestrzeni! Kiedy pierwsze fale przelały się, unosząc ze sobą dozorców więziennych, którym grożono natychmiastową śmiercią, jeżeli choć jedna cela zostanie ukryta, Defarge położył ciężką rękę na piersiach jednego z tych ludzi — człowieka z siwą głową, trzymającego w ręku zapaloną latarnię — oddzielił go od reszty i wcisnął między siebie i mur.
„Pokaż mi Wieżę Północną!“ powiedział Defarge. „Prędko!“
„Pokażę najdokładniej“, odrzekł tamten, „jeżeli zechce pan iść ze mną. Ale tam nikogo niema“.
„Co znaczy Sto Pięć, Wieża Północna? Prędko!“ pytał Defarge.
„Co znaczy, monsieur?“
„Czy to oznacza więźnia, czy miejsce uwięzienia? Czy chcesz, bym cię położył trupem?“
„Zabij go!“ zawołał Jakób Trzeci, który właśnie nadszedł.
„Monsieur, to cela!“
„Prowadź mię tam!“
„Tędy!“
Jakób Trzeci ze zwykłym swym żarłocznym wyrazem twarzy, najwyraźniej rozczarowany, gdyż powyższy djalog nie obiecywał przelewu krwi, trzymał się Defarge’a, gdy ten szedł za klucznikiem. Trzy ich głowy zbliżyły się do siebie podczas tej rozmowy, ale pomimo to z trudem tylko się rozumieli, tak straszliwy był zgiełk żywego oceanu w chwili, gdy się wdarł do twierdzy i zalał dziedzińce, schody i korytarze. I o zewnętrzne mury twierdzy bił nieustanny ryk, z którego od czasu do czasu wypadały pojedyncze okrzyki jak bryzgi piany.
Przez ponure sklepienia, dokąd nigdy nie zagląda światło dnia, przez tajemne drzwi, ciemne pieczary i piwnice, schodami z epoki jaskiniowej, wdół i wgórę, po schodach z kamieni i cegieł, bardziej podobnych do suchych wodospadów niż do schodów — Defarge, klucznik i Jakób Trzeci, ramię przy ramieniu, biegli jak mogli najśpieszniej. Tu i tam, zwłaszcza z początku, zalew uderzał o nich i przepływał mimo. Ale gdy się zaczęli wspinać na basztę, byli już sami. Masywne mury i sklepienia głuszyły ryk burzy szalejącej wewnątrz i zewnątrz fortecy; do uszu ich dochodziły stłumione, niewyraźne dźwięki, tak, że zdawać się mogło, iż zgiełk z którego wyszli, pozbawił ich zmysłu słuchu.
Klucznik zatrzymał się przed niskiemi drzwiami, wsadził klucz w zardzewiały zamek, wolno otworzył podwoje i powiedział gdy, schyliwszy głowy wchodzili do celi; „Sto pięć. Wieża Północna!“
Małe, silnie zakratowane okno bez szyby, umieszczone było wysoko w murze, przed nim zaś znajdowało się coś jakby kamienny wykusz, tak, iż chcąc zobaczyć niebo, trzeba było pochylić się do ziemi, by potem dopiero spojrzeć w górę. Mały kominek, głęboki zaledwie na kilka stóp, a w nim ciężkie kraty. W palenisku trochę starego popiołu. Stolik, krzesło, siennik. Cztery poczerniałe ściany; w jednej ze ścian zardzewiały żelazny pierścień.
„Oświeć mi wolno ściany, żebym mógł je dokładnie obejrzeć“, powiedział Defarge do klucznika.
Klucznik usłuchał, a oczy Defarge’a szły badawczo za blaskiem pochodni.
„Stój! Jakóbie, patrzaj!“
„A. M.“, zakrakał Jakób, czytając wolno.
„Aleksander Manette!“ szepnął mu do ucha Defarge, wodząc po literach brunatnym palcem, splamionym prochem strzelniczym. „A tu napisał Nieszczęśliwy lekarz! I to on niewątpliwie wydrapał kalendarz na murze! Co masz tutaj?! Drąg? Daj no mi go!“
Wciąż jeszcze miał w ręku strzelbę. Szybko dokonał zamiany tych dwóch narzędzi i, zwróciwszy się do stoczonego przez robaki stołu, w jednej chwili rozbił go w kawały.
„Wyżej trzymaj pochodnię“, zawołał rozjuszony do klucznika. „Przeszukaj uważnie te sprzęty, Jakóbie! Masz tu nóż!“, dodał, rzucając mu nóż. „Przetnij siennik i przeszukaj słomę! A ty trzymaj wyżej pochodnię!“
Rzuciwszy groźne spojrzenie klucznikowi, wlazł na palenisko, spojrzał w komin, potem drągiem zaczął uderzać o ściany i potrząsać żelazną kratą. Po chwili posypał się popiół i pyt wapienny, więc szybko cofnął twarz. Ostrożnie i badawczo rozgrzebał popiół i przeszukał brózdy w kominie, które zrobił tam, czy rozszerzył, swoim drągiem.
„Niema nic w drzewie i nic w słomie, Jakóbie?“
„Nic!“
„Zbierzmy to wszystko na środku celi. Tak! A teraz zapalcie!“
Klucznik podłożył ogień pod mały stos, który natychmiast strzelił gorącym, wysokim płomieniem. Potem cofnęli się, by dojść do drzwi celi, zostawili palący się stos i wyszli na dziedziniec: teraz mieli wrażenie, że stopniowo wraca im zmysł słuchu, aż znowu znaleźli się w szalejącym odmęcie.
Morze bałwaniło się, pieniło, domagając się Defarge’a. Święty Antoni domagał się, by Defarge stanął na czele straży mającej pilnować gubernatora, który bronił Bastylji i strzelał do ludu. Inaczej nie będzie można dostarczyć gubernatora na sąd do Hôtel de Ville. Inaczej gubernator ucieknie, a krew ludu (która nagle, po wielu latach, nabrała ceny) będzie niepomszczona!
W ryczącem morzu namiętności i walki, które otaczało ponurego starego wojaka, ubranego w szary mundur z czerwonemi oznakami, jedna tylko osoba była niewzruszona, a była nią kobieta. „Oto mój mąż!“ zawołała wskazując Defarge’a. „Patrzcie, Defarge!“ Stała nieporuszona tuż obok starego oficera i nie ruszyła się od niego ani na krok. Szła tuż przy nim, gdy szedł ulicami, prowadzony przez Defarge‘a i innych. Pozostała obok niego, gdy doszedł do miejsca swego przeznaczenia i gdy zaczęto go bić ztyłu. Stała nieporuszona tuż przy nim, gdy spadł na niego grad ciosów i razów. Stała tak blisko niego, gdy upadł nieżywy na ziemię, że ożywiwszy się nagle, stanęła mu nogą na karku i swoim okrutnym nożem — oddawna przygotowanym — odcięła mu głowę.
Wybiła godzina, kiedy Święty Antoni przystąpił do urzeczywistnienia swojej potwornej idei wieszania ludzi, zamiast latarń, i pokazania, co może i do czego jest zdolny. Krew Świętego Antoniego podniosła się, a krew tyranów i rządzących żelazną ręką ściekała w dół — ściekała po schodach Hôtel de Ville, gdzie leżało ciało gubernatora — na trzewik pani Defarge, gdy stanęła na tem ciele, by uciszyć jego drgawki. „Spuścić latarnie!“ wołał Święty Antoni, oglądając się za nowemi narzędziami mordu. „Musimy mu postawić na warcie jednego z jego żołdaków!“ Wystawiono wiszącego szyldwacha i morze runęło dalej.
Morze czarnych i groźnych wód, bałwanów przelewających się jeden przez drugi, morze, którego głębia była jeszcze nieznana, a siły nieobliczone. Bezlitosne morze rozgorzałych namiętnością postaci, głosy zemsty i twarze tak zahartowane w ogniu cierpienia, że dotknięcie litości nie mogło pozostawić na nich najlżejszego śladu.
Ale w tym oceanie twarzy, gdzie każdy rozjuszony i groźny wyraz znajdował żywe odbicie, dwie były grupy twarzy — po siedem w każdej — tak bardzo odbijających od tamtych, iż chyba żadne morze nie niosło na swoich lalach dziwaczniejszych rozbitków! Siedem twarzy więźniów, nagle uwolnionych przez burzę, która wtargnęła do ich grobu, świecące wysoko nad głowami: zdumione, zaskoczone, zgubione, przerażone, jak gdyby nastał dla nich Dzień Sądu Ostatecznego, a ci, którzy radowali się wokół nich, byli duchami potępieńczemi. Ale było jeszcze innych siedem twarzy, siedem martwych twarzy, których opuszczone powieki i napół otwarte oczy oczekiwały Dnia Sądu. Twarze nieczule, a jednak z wyrazem napięcia, który nie przeminął. Twarze straszliwie zastygłe, jak gdyby lada chwila miały podnieść opuszczone powieki i dać świadectwo skrwawionemi wargami: Tyś to uczynił!“
Siedmiu uwolnionych więźniów, siedem głów nadzianych na piki, klucze ośmiu baszt znienawidzonej twierdzy, kilka listów i pamiętników więźniów, których serca dawno bić przestały — te i tym podobne rzeczy oprowadzały kroki huczące echem na ulicach Paryża w ową noc lipcową roku tysiąc siedemset osiemdziesiątego dziewiątego. Niech Nieba zniweczą fantazje Łucji Darnay i niech te kroki nie zbliżają się do jej życia! Bowiem są groźne, oszalałe, niebezpieczne i przez długie lata od chwili, gdy przed winiarnią Defarge’a rozbiła się beczka z winem, nie będzie ich można otrzeć z krwi, gdy się raz nią zaczerwieniły.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.