Opowiadania starej Margośki/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Opowiadania starej Margośki
Wydawca Księgarnia Św. Wojciecha
Data wydania 1927
Drukarz Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


III.

Nastały już dni cieplejsze, zima zelżała tak, iż na Popielec już mogłem uganiać dowoli po dworze. Jednego dnia wybrała się matka na nabożeństwo wielkopostne i wzięła mnie z sobą, przestrzegając zawczasu, bym kaloszy w błocie nie zgubił. W kościele śpiewano „Gorzkie żale“, naprzemian kobiety i mężczyźni. Głosy były niedobrane, rozwlekłe i chropowate, mimo to jednak śpiew czynił na mnie wielkie wrażenie. Naprzód słychać w nich było kajanie się i skruchę, a każde „Zmiłuj się nad nami“, spotęgowane uderzeniem czół o posadzkę, zdało się odgłosem jakiegoś twardego łamania się z nieubłaganą karą niebios. Później zaś rozlegał się jęk i tkliwe narzekania niewiast, owych jakby towarzyszek Matki Boskiej, stojącej pod krzyżem. Między niemi ujrzałem i Margośkę. Chusta jej spadła z włosów i w srebrnej ich oświetli, z wyrazem szczerej modlitwy na spopielałych wargach, klęczała, zapatrzona w ołtarz, jakby prosiła o coś, o coś się pytała...
Wyszliśmy z kościoła i skierowaliśmy kroki do sąsiedztwa, gdzie bawiłem się doskonale z rówieśnikami. Wynikiem tej zabawy było wprawdzie rozdarcie spodenek, a w następstwie tego spodziewana bura od ojca, niemniej jednak wracałem do domu w humorze różowym, czego dowodem było rozpryskiwanie kaloszami kałuż, powstałych z odwilży. Przed bramką podwórza spotkałem Margośkę, zdążającą do nas. Powitałem ją:
— Jak się Margosia miewa? Widziałem Margosię w kościele.
— A byłam, byłam w kościele, mój paniczu. Modliłam się, żeby mi Pan Jezus dał koniec cichy i choć tę jedną pociechę przed śmiercią, bym zobaczyła tego, kogo zdawna czekam.
— A kogo? — zapytałem.
— A mojego, cośmy zaręczeni z nim byli z młodu. Kosycarzów był syn, co już dawno pomarli. I o nim ja sobie myślałam, że mu się zmarło; ale mi się dzisia w nocy śniło, widziałam go, kiej żywego, a mówił mi, że przed wiesną z Ameryki powróci. Dlategom się też ta w kościele tak modliła. A trzeba ci, paniczu, wiedzieć, że nasz kościół jest cudowny i zdawna słynie, choć nie tak, jak alwerski lub kalwaryjski. A opowiem ci, jak to było jeszcze za Śwedów, to się panicz przekona, że prawdę mówię.
Usiadłem na stołeczku koło jej zwykłej ławki w kuchni, ona zaś rozpoczęła opowiadanie:


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.