Jak to się Szwedy na Czernichowski kościół zawzięli

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Jak to się Szwedy na Czernichowski kościół zawzięli
Pochodzenie Opowiadania starej Margośki
Wydawca Księgarnia Św. Wojciecha
Data wydania 1927
Drukarz Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Jak to się Szwedy na Czernichowski kościół zawzięli.

— Jeszcze przódziej nie stał kościół czernichowski na tem miejscu, gdzie dzisiaj stoi, ale tam, ka dzisiaj jest staw Milcza na Zakamyczu. Wtedy jeszcze ten las na Chełmie ciągnął się dalej do Rudna i wedle młynów się kończył, a wieże kościelne wyzierały ś niego, jak na ten przykład te maciejowe grusze ze zboża. Ludziska wtedy nie mieszkali tak blisko jeden drugiego, jak dzisia, ale tam i sam, że im do kościoła wypadało zdaleka nieraz iść, jako jeszcze tera z Kamienia do czernichowskiego kościoła ludzie bez las chodzą. I nie ci sami byli ludzie, choć rodziny prawie wszyćkie te same. Tak więc i kościelny był też z Wronów, a gróbarz też się zwał Mania, jak i dzisiejszy i pewnikiem też go kolędnicy w szopce obnaszali, jak króla Heroda grzebał. Ino ksiądz nie był Królikowski, bo ten niedawno (będzie ze trzydzieści roków) dopiero do nas przyszedł, tylko ksiądz Kamerer, który kajsik ode Śląska był rodem, ale po polsku mówił i do ludu naszego bardzo był przywiązany. A jeszcze wtedy była Polska i cysarza nie było, jeno król, a Czernichów do króla należał i dziedzica nie miał, tylko starostę. Przecież ludzie chodzili do dwora i pańskie odrabiali, a starosta roboty dozierał.
Niełacwo to było z tym starostą, o niełacwo! bo był to człek srogi i nielitosny, a za lada rzecz harapem smagał. Ksiądz się za ludkami ujmował, a wreszcie z jambony wyklął starostę i skargę do króla posłał do Krakowa. Król się na starostę rozgniewał i kazał mu przyjść do siebie na sąd.
Ale starosta był niegłupi — zwąchał, czem to pachnie, i uciekł do Szwedów. A Szwedy wtedy właśnie z za morza na okrętach przyjechali i o nich to pieśń pobożna wspomina:

„A w niedzielę nad ranem płynęły okręty
I w tem miejscu stanęły, ka był obraz święty“.

Ten obraz święty był w Częstochowie, skąd potem Szwedów Matka Boska odegnała, ale jeszcze wtedy, kiej to się działo, nie przyszło upamiętanie na naród polski i Szwedy doszły do Krakowa. Palili wszyćko i łupili, jak nieświęci, aże śpiewano:

O Najświętsza Panienko! cóż tera za lata?
Czy dzień sądny nastanął? czy już koniec świata?

Król kajsi poszedł z całem wojskiem za granicę, bo Szwedów dużo było, ćma wielga, że ostać się im nie wydolił. Popłakiwano se, ale poradzić nikt na to nie umiał.
Ksiądz proboszcz wtedy w sam raz szli na podwieczerz do siebie od chorego, a w browejarzu się zaślepali, pacierze odmawiając. Kiej oczy podniósł, wydało się to dziwne dobrodziejowi, że zorza, zamiast, coby miała, jak zawdy, świecić nad stawem Milczowym, rozpaliła się od strony wschodniej, za Żakowcem. Dziwował się, dziwował, pokiel się nie domyślił: — Ani chybi, kajsi gore; juści, ale gdzie?
A tymczasem łona rosła i rosła, a że wieczór już się zczernił, rozpostarła się na połowie nieba i zbliżała się cora więcej. Dzwony kościelne wzięły bić na trwogę, już się chłopy poczęni z chałup wysypywać, a pozierać, co się tamok wyprawuje. Ale zrazu nie wiedzieli, kaj się pali, i jedni pedali, że w Liszkach, a jenszy, że w Morawicy abo w Tyńcu. Ażci zaczęli przybiegać ludziska popłoszeni ze wsiów drugich i gwarzyć, że się Kraków pali, a Szwed wsi podegrodzkie rabuje i z dymem puszcza; idą i tutaj, a jednorał ich prowadzi Konismark, co ma zamku tęczyńskiego dobywać. Jak to chłopi usłychali, tak-ci się uwzięli, że z cepami i widłami wyńdą, a swego nie dadzą poganinowi. I poszli do lasu i usypali wały, co i dzisiaj są, kole Wnęcinej doliny; a co który strzelbę miał, co z nią przódy na kłusownika sarny dojeżdżał, to ją brał ze sobą, a opatrował. Jak też Szwedy przyszli, to im nasi sypnęli kulkami po makówkach, a potem dalej cepem po krzyżach, pokiel ci nie uciekli pluchy, gdzie pieprz rośnie.
Ale Śwedy to naród jucha zawzięty, niczem Niemcy, to swego nie przepuścili, a do tego starosta im nabajał, że w kościele czernichowskim skarby są duże. Więc też się, chciwoki, znów zebrali kupą, tera to już od Rącznej — i poszli na naszych.
Jakoż, że się nasi nie spodzieli, napadli na Bór i ludków porznęli. Kiedy się o tem zwiedział ksiądz proboszcz, pomodlił się do Panjezusa, żeby na pohańbienie kościoła swojego nie oddał, a potem wziąwszy obraz w ręce, a ze sobą kilku odważnych chłopów, poszedł naprzeciw Śwedów. Wnetki za niemi poszła wieś cała, bo się zwiedzieli o Śwedach, i stanęli w podwórcu kościelnym pod kruchtą, gotowi do obrony i bitki. Kie tam Śwedzi podeszli, dopro stała się rzecz dziwna: nagle na głowy napastników zacznie się sypać deszcz kamienny, jakby z nieba — nikiej ziarno z dziurawego przetaka. Spojrzą ci, którzy ta jeszcze poźreć mogli, bo duża ich nie tylo ślepia, ale i życie potraciło: ażci obaczą, że się cały kościół z miejsca podniósł, jak na skrzydłach, a wzgórę uleciał i tak osiadł na tej górce, gdzie jeszcze i dzisiok stoi. Tak ci się też stało ze Śwedami, jako pieśń prawi:

Poźrał na to Pan Jezus z nieba wysokiego,
Spuścił im deszcz kamienny, wybił do jednego.
A którzy pozostali, jęli rejterować
I przyrzekli już więcej z Polską nie wojować.

Zginął i starosta, ale go ziemia przyjąć nie chciała, i co go gróbarz Mania do ziemi zakopał, to on z grobu wyłaził i ludzi straszył, jak strzygoń. Dopier ksiądz go przeżegnali i hyzopem pokropili, to się od tedy schował.
A zaś ze Śwedów dwóch zostało: jeden Meus, a drugi Martyna. Byli oni w jednej chałupie i zakochali się w dwóch dziewuchach, co były siostry jedna drugiej; a o dziewuchach, to i mówić nie potrza, jako im rade były. Chłopi byliby ich utłukli, ale one dziewuchy zawarły obu w piecu piekarskim i tak trzymały w tym schowku, kiej gadzinę w kojcu, jedzenie im ino w duckach codzień podając. Długi czas nikt nic nie miarkował; dopro, gdy przyszła Wielkanoc, wyznały to dzieuchy księdzu na spowiedzi i to też opowiedziały, że ich za mężów chcą mieć. Myślały, że ksiądz je za to zwymyśla i ofuka, ale jegomość, że to był człowiek dobry i serca miętkiego, pogłaskał je pod brodę i pedział:
— Już to widać sam Pan Jezus zrządził, że się macie k’sobie; toć to i nie grzych! Niechno ino haw do mnie przyńdą, a wiarę naszą przymą, to na świętą Trójcę będą zapowiedzi i ślub.
Dzieuchom w to graj; wyciągły Śwedzików jak podpłomyki z pieca i powiedły ich do wójta, żeby ich w mentrykach pozapisował. Było też weselisko wspaniałe, a Śwedy pili za czterech i jedli kaszę częstochowską, a księdzu Kamererowi przyobiecowali, że zawdy jedno z dzieciów, jeśli Pan Jezus da syna, księdzem ostanie. Tak też bywa i do dzisiok dnia...

Skończywszy opowiadanie, westchnęła Margośka i zagłębiła łyżkę w kaszy „częstochowskiej“, której miska stała przed nią. Tego dnia, gdy mnie żegnała, była smutniejsza niż zwykle i nawet łzy błyszczały w jej oczach...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.