Oliwer Twist/Tom II/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.

Bardzo krótki, i może się nawet wielkiéj wagi w tém miejscu być nie zdaje, wypada go jednak przeczytać, gdyż jest wynikłością z przeszłego, i kluczem do innego, który nastąpi, gdy czas na niego przyjdzie.

— A zatém stałe masz przedsięwzięcie być dzisiaj rano moim towarzyszem podróży,.... co? —
Zapytał lekarz Henryka Maylie, gdy się wraz nim i Oliwerem u stołu przy śniadaniu zeszedł.
— O ile sobie przypominam, toś przed dwoma godzinami tego postanowienia jeszcze nie miał!
— Niepamiętam dobrze, czyliśmy w tych dniach kiedy o tém rozmawiali, — odpowiedział Henryk, rumieniąc się nieznacznie bez widocznéj przyczyny.
— Ale ja dobrze o tém pamiętałem! — odpowiedział Losberne, — lubo wyznać muszę, że taka nagła zmiana człowieka niemało zadziwić musi. Bo proszę, wczoraj rano wbiłeś sobie do głowy, aby koniecznie tutaj pozostać, i jako syn posłuszny i kochający matce do kąpiel morskich towarzyszyć, przed południem oświadczyłeś mi, iż mi ten zaszczyt zrobisz i mię podrodze do Londynu, aż do mego domu odprowadzisz; przed wieczorem powiedziałeś mi znowu z nadzwyczajną tajemniczością i nalegałeś na mnie, aby ztąd odjechać, nim jeszcze panie się pobudzą i wstaną, a skutkiem tego wszystkiego jest, że ten biedny Oliwer przy śniadaniu jak przykuty teraz siedzieć musi, zamiast coby się po łąkach i polach za kwiatami miał uwijać, i botaniczne spostrzeżenia wszelkiego rodzaju robić! To rzecz okropna, nieprawda Oliwerze?
— Byłoby mi bardzo przykro było, gdybyście panowie oba byli odjechali, a ja pod ówczas nie był w domu! — odpowiedział Oliwer.
— Przebiegły chłopiec z ciebie, — rzekł na to lekarz, — jak się powrócisz, to mnie przecież odwiedzisz.... Mówiąc jednak szczerze, panie Henryku, czy może nie jaka wiadomość od naszych dostojnych panów twoje postanowienie tak nagle i prędko zmieniła?
— Owi dostojni panowie, — odpowiedział Henryk, — pod którym to wyrazem, jak się mi zdaje, mego nadzwyczaj dumnego wuja rozumiesz, nieutrzymywali żadnych związków ze mną przez ten cały czas, jak tutaj zostaję, i niespodziewam się wcale, aby o téj porze coś takiego zajść miało, coby obecność moję u niego pożądaną czyniło.
— Szczególny z ciebie młodzieniec panie Henryku, — odparł Losberne. — Zapewnie cię chcą podczas teraźniejszych wyborów téj zimy jeszcze w parlamencie umieścić, a ta zmiana nagła w twych zdaniach i chęciach nie jest złą przepowiednią dla twego politycznego zawodu. To ma zawsze coś dobrego w sobie; dobra szkoła i przyzwyczajenie zawsze nam się bardzo przydać może, czy to starając się o jaką posadę, lub też przy szklance lub gonitwach!
Maylie rzucił na lekarza takie spojrzenie, jakoby kilka uwag po téj krótkiéj rozmowie chciał powiedzieć, któreby pana Losberne niemało były zadziwiły, lecz w końcu się opamiętał, poprzestał na tém słówku: „zobaczemy! zobaczemy!“ i nic więcéj w téj mierze nie wspomniał.
Niebawem i powóz pocztowy przed drzwi zajechał, Giles wszedł do pokoju po rzeczy i tłómoki, a lekarz poczciwy za nim wyszedł, aby zobaczyć, czyli wszystko dobrze pakują.
— Oliwerze! — rzekł wtedy Henryk po cichu, — teraz z tobą słówko mam pomówić.
Oliwer zbliżył się natychmiast do okna, przy którém Henryk stał i na niego skinął, i dziwił się mocno nad niespokojnością i smutkiem, który się w jego obliczu i całéj postaci przebijał.
— Umiesz teraz bardzo ładnie pisać, — rzekł Henryk kładąc rękę na jego ramieniu.
— Jako tako, panie! — odpowiedział Oliwer.
— Być może iż tak prędko do domu niepowrócę;.... chciałbym zatém, ażebyś do mnie pisywał,.... co dwa tygodnie,.... naprzykład co drugi poniedziałek,.... z napisem do Londynu,... poste restante na głównéj poczcie!.... cóż, czy to uczynisz? — zapytał Henryk.
— Chętnie, bardzo chętnie, panie!.... będzie to wielkim zaszczytem dla mnie!
Odpowiedział Oliwer, uradowany mocno tém poleceniem.
— Jabym chciał zawsze wiedzieć, jak... jak się moja matka i panna Maylie miewają, — rzekł ten młodzieniec, — możesz nawet arkusz cały zapełnić twojém opowiadaniem o waszych wycieczkach, o tém co z sobą mówić będziecie, i jak się ona.... to jest one, ty mię przecież rozumiesz, będą miały?
— O, rozumiem, rozumiem bardzo dobrze, — odpowiedział Oliwer.
— Jabym sobie jednak życzył, abyś im o tém nic nie wspomniał, — dodał Henryk, niekładąc wielkiéj wagi na te słowa; — moja matka mogłaby się przez to stać niespokojną, i częściéj mi chcieć pisać, a toby jéj mogło zaszkodzić. Niech to będzie tajemnicą pomiędzy nami dwoma, i pamiętaj, abyś mi o wszystkiém dokładnie, obszernie doniósł; spuszczam się w tém na ciebie.
Oliwer, który sobie to za zaszczyt poczytywał, i ta ważność, jaką mu ten stosunek nadawał, mocno mu pochlebiała, przyobiecał szczerze jak najtroskliwiéj tajemnicę zachować, i w doniesieniach swoich być jak najdokładniejszym, a Henryk Maylie pożegnał się z nim z najgorętszém zapewnieniem swego przywiązania i opieki dla niego.
Lekarz siedział już w powozie, Giles, — który się miał pozostać, — trzymał drzwiczki otworzone w ręku i czekał,.... a służące stały w ogrodzie i wyglądały przez płot. Henryk raz jeszcze szybkie spojrzenie na okno na piątrze rzucił, i wsiadł do powozu.
— Ruszaj naprzód! — zawołał na woźnicę; — żywo, śpiesznie, cwałem, co konie starczą! lot ptaka jedynie dzisiaj mi wyrównać może.
— Holla! holla! — zawołał lekarz na pocztyliona, spuściwszy okno od powozu z pośpiechem, i szarpnąwszy pocztyliona z tyłu, — dla mnie wystarczy, chociaż lotem ptaka niepogonisz. Słyszałeś?
Powóz brzęcząc, turkocząc, pędem drogą pogonił, aż odległość ten hałas przygłuszyła, a jego szybkość oko tylko poznać i uchwycić zdołało; otoczony tumanem pyłu, to niknąc, to się znów pojawiając według tego jak zakręty drogi i przedmiota na zawadzie stojące, widok jego tamowały lub dozwalały. Dopiero gdy i chmury pyłu go otaczającéj więcéj widać niebyło, ci co za nim patrzeli, nakoniec się rozeszli.
Jedna tylko osoba długo jeszcze oczy miała w to miejsce wlepione, na którém powóz znikł zupełnie, już kiedy tenże o kilka mil nawet od niego oddalonym być musiał;.... po za białą zasłoną tego okna bowiem, na które ostatnie spojrzenie żegnającego się Henryka padło, siedziała Rózia!
— Zdaje się być wesołym i szczęśliwym! — rzekła nakoniec. — Był czas, żem się lękała, iż to inaczéj wypaść może.... Zawiodłam się! To mnie bardzo, bardzo cieszy.
Łzy są tak dobrze znakiem radości jak i smutku; lecz te, które z ócz Róży padały, kiedy zamyślona przy oknie siedziała, spoglądając ciągle w jedną i tą samą stronę, zdawały się być raczéj znakiem smutku jak radości.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.