Oktawiusz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alfred de Musset
Tytuł Poezye
Data wydania 1890
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego S-ki,
"Biblioteka Romansów i Powieści"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bolesław Londyński
Tytuł orygin. Octave
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
OKTAWIUSZ.
FRAGMENT.


Ani ten mnich marzyciel, ani medyk stary
Nie odgadli, dlaczego Maryetka umiera.
Jest ranna w samo serce — oto prawda szczera,
Ta zalotnica kocha! — Żal jednak ofiary,
Tak rzuconéj pomiędzy głupca i świętoszka.
O! żal patrzéć, jak kona ta luba pieszczoszka,
Ale dola to wszystkich — i jéj nie ominie!
Ja obstaję uparcie przy złego przyczynie:
Patrzcie, jak sama jedna, wśród ciszy ogrodu,
Od drzew pożąda cieniu, od marmurów — chłodu,
To znowu, w potach cała, w kąpieli się nurza.
Iść gotów-em o zakład, że to serca burza.
Spojrzyjcie! Jeszcze wczoraj, pod cieniem tych grabów,
Na jéj łonie, zdaleka od dziennych powabów,
Dziatwa najpierwszych rodzin z upojenia mdlała.
Tu się ta straszna miłość w mroku kształtowała,
Tu owa Messalina z byle pacholęcia
Tworzyła rychło starca, tuląc go w objęcia,
I w szale pocałunków, tłumiąc serca trwogę,
Spijała z całą furyą swe żywioły drogie:

Krew i złoto.
Niestety! klamka, już zapadła.
Dziś, Maryetto, samotna, milcząca, wybladła,
Spoglądasz na te zmarszczki, odbite wśród wody,
I próżno szukasz śladów swéj pysznéj urody.
Biegnijże sobie teraz na publiczne place,
Swych dawnych wielbicieli za poły szarp, biedna!
Ci, co dla ciebie ongi stawiali pałace,
Wyślą swych famulusów spytać: coś za jedna? —
Już lekarz się oddala, wzruszając ramiony:
— Sztuka tu nie pomoże, — mówi zasmucony;
Zaś klecha — ten jest tylko w dwóch rolach w porządku:
Wobec kryminalisty i przy niewiniątku.
To téż, widząc kobiety śmiertelną niedolę,
Sam nie wie, co ma głosić: żal, czy potępienie?
I z ust drżących powtarza obie swoje role.
Maryo! Cudna istoto! Przepyszne stworzenie!
Tyś, jak niebaczny łowiec, którego bogowie
Psom rzucili na pastwę w zagniewaném słowie.

Wśród cytryn rozkwiniętych, w skupieniu głębokiém,
Tę trawiącą truciznę koi nieszczęśliwa,
I, jak u Magdaleny, po jéj piersi spływa
Potok włosów, zmieszany razem z łez potokiem.

Jest że znawcą kobiety ten, co się upiera,
Że gdy ona się śmieje, to nie dość jest szczera,
Bo we łzach i na łkaniu strawiła noc całą?
Ach! gdybyż prawdą było, że żywe oczęta
I te zdania figlarne, ta twarz uśmiechnięta, —
Gdybyż to wszystko gorzkie łzy pokrywać miało!...
Jeśli prawda, że aktor ma rozdartą duszę.
Chociaż maska mu płonie w barwach wesołości;
Cóż wtedy, gdy na licu łza rozpaczy gości,
I gdy nawet z za maski widnieją katusze?

Nie wiem, czy to, co bogów rozkosze stanowi,
Może być w równéj mierze dane człowiekowi;
Lecz gdybym swego wroga mógł udręczyć karą,
Niechby takiéj miłości był właśnie ofiarą,
Niechby w osamotnieniu, z spokoju wyzuty,
Czuł w swém sercu przy zgonie jéj sztylet zatruty!
W tak okrutnéj pogardzie, wiecież, co ból znaczy?
Wiecież ile trza cierpiéć, by stłumić wybuchy,
Byle ocean trwogi, żalu i rozpaczy
Pomieścić w głębi czaszki na kosteczce kruchéj?

Mógłżeby nierozsądny żądać zmiłowania?
Wszak kto gardzi, już przez to zapomnieniem darzy,
A wreszcie, czyż i duma nie stoi na straży?
Ta duma, co przed wzrokiem swe czoło zasłania,
Krwią zbroczone, jak Cezar, który, w drżącéj dłoni
Trzymając fałdy płaszcza, od ciosu się broni.

....................

A na tych mórz spokojnych obumarłéj fali
Nieopatrzny Oktawiusz swywolą się chwali
I swe oczy, co nigdy nie płaczą, zamyka,
Lub wznosi je, niebieskie, piękne, w takt walczyka.
Jest to młode pacholę, ledwie żyć zaczyna,
I dotychczas go sobie świat nie przypomina:
Mówią, że dnia pewnego, gdy w gondoli płynął,
Najbezwiedniéj pod okna Maryetki zawinął.
Już o zmierzchu staruszka zachodzi mu drogę
I mówi głosem smutnym, zwiastującym trwogę:
„Marya po raz ostatni pragnie widziéć pana.”
Na te słowa Oktawiusz odkrywa swe czoło,
I wybucha radością szalenie wesołą.
„Maryetka już umiera? Maryetka kochana?“
Rzecze. — „Tak, lekarz wątpi, czy dotrwa do rana.”

„Czekajże! Otóż moja odpowiedź gotowa.”
I końcem puginału nakreślił te słowa:
„Jam jest kobietą, Maryo! Tyś okrutną była.
Przebaczam ci, bo dla mnie dusza twoja kona.
Zegnaj! Petruccia Balbi jestem narzeczona;
On się zabił dla ciebie, a tyś mnie pomściła!”
1831 r.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alfred de Musset i tłumacza: Bolesław Londyński.