Daremne żądze

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alfred de Musset
Tytuł Poezye
Data wydania 1890
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego S-ki,
"Biblioteka Romansów i Powieści"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bolesław Londyński
Tytuł orygin. Les Vœux stériles
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
DAREMNE ŻĄDZE.


Skoro jest twém rzemiosłem, nieszczęsny poeto,
Nawet w tych czasach burzy, gdzie czyn jest podnietą,
Gdy usta milczeć muszą, a mówią ramiona,
I gdy w hasłach trzeźwości fikcya jak sen kona;
Skoro jest twém rzemiosłem robić własną duszę
Nierządnicą, i kiedy radość i katusze —
Wszystko z serca twojego do lotu się zrywa:
Niech choć błazen, co w masce spodlenie ukrywa,
Nie zepchnie twojéj myśli wraz z tobą tak nizko,
By w hecarni zdobyła hańby pośmiewisko.
Żaden wykręt, wzgląd żaden, niechaj jéj nie dręczą,
Starcom zostaw bezsilnym tę pracę pajęczą
I tę dziatwę wstydliwą, którą w trwodze swojéj
Przytula drżąca pycha, co wzroku się boi.
Precz z ołtarzem, z trójnogiem! drwij z profanów śmiało,
Niech twa muza, strzaskawszy lutnię zniewieściałą,
Wyda hasło wolności bez żadnéj obawy,
I niech, jak prawda, boso szuka sobie sławy.

Dotychczas, Machiavelu, słychać w San-Casciano
Na ścieżkach opuszczonych twe kroki co rano.
Tam, pod skwarnego nieba niszczącą ułudą,
Musiałeś obrać ziemię bezwodną i chudą,
Tam co wieczór dłoń twoja, zmęczona ze znoju,
Tarła twe blade czoło wśród nocy spokoju. —
Bez nadziei, bez druhów żyłeś na téj roli;
Niecna gnuśność, ta córa nędzy, szła powoli
Za twoim śladem, zawsze skora do usługi,
I piła z twego serca twéj czystéj krwi strugi.
„Ktobądź jestem — pisałeś — niech mi trudom gwoli

Dadzą toczyć opokę; ja od ciszy stronię,
Odpoczynek mnie nuży, wyciągam więc dłonie.”

Za tobą, Machiavelu, powtarzam z ukrycia:
O mierności, kto ciebie miéć pragnie artystką,
Byś mu mogła osłodzić wstrętną gorycz życia,
Tchórzem będzie, nie głosząc hasła: „nic, lub wszystko!”

Jestem młody, więc pędzę, lecz w połowie mety,
Już znużony tym biegiem, cofam się, niestety!
Zapewne, sztuką ludzką jest pojęcie wzgardy,
Lecz to starców przywiléj — dla mnie orzech twardy.

Pocóż myśleć mam o tém? Jedno tylko życie
Znać mogę bez zarzutu, jedno dla mnie jasne,
Które przynajmniéj sąd mój pojmie należycie,
Jedno tylko! Niém gardzę, bo to moje własne!

Cóżem zrobił, co umiem? Czas płynie, jak fala,
Dziecko stąpa wesoło, nie bacząc na drogę,
Śpieszy wiecznie do celu, a cel się oddala.
Nagle spostrzega źródło i bije na trwogę:
Spojrzało, widzi starca w zwierciadlanéj toni!
Cóż sobie powiem wtedy, gdy w trosk mych pogoni
Wypadnie mi wygłosić: zapóźno, niestety!
Gdy krew, która mym żyłom dodaje podniety,
Która gardzi spoczynkiem w gderliwym okrzyku,
Stanie raptem, zmarznięta aż do kości szpiku?
O starcze! i co tobie po twém doświadczeniu?
I na co się tak garbisz przed czasem, czczy cieniu,
Ku téj wspólnéj mogile, skoro śmierć w niéj gaśnie,
Milknąc wtedy, gdy życie wybiega z niéj właśnie?...
I że téż w téj loteryi niéma wcale graczy,
Z których bodajby jeden, w przystępie rozpaczy,
Na samym progu życia, widząc, że wejść chciałem,
Ostrzegł mnie na odchodném: — „nie wchodź, ja przegrałem!”

Grecyo! o matko sztuki, bożków ziemio żyzna,
Moich żądz bezrozumnych tyś wieczna ojczyzna.
Jam zrodzon dla tych czasów, gdy twoje ogrody
Wonnem kwieciem wieńczyły Helespontu wody;
Jam jest dziecięciem twoich zamierzchłych stuleci,
A duch mój, jako pszczoła, pod portyki leci.
Mowa twojego ludu, Grecyo, może skona,
I może zapomnimy gór twoich imiona;
Lecz, kopiąc twoją ziemię w głębi wioski płowéj,
Wzrok nasz spostrzega nagle posąg marmurowy:
To Venus, lub bóg jaki twych puszcz w poniewierce!...
Język, którym mówiło Fidyasza serce,
Musi znaleźć do życia zawsze dosyć siły,
Skoro się nim kamienie mówić nauczyły.
A ty, stara Italio! gdzież te lube chwile,
Gdy Rzym arcydzieł sztuki nagromadził tyle?
Gdzież są te wolne duchy, gdzie przyjazne bogi?
Gdzież czas, w którym malarze, idąc przez ulice,
By ozdabiać pałace, pomniki, świątynie,
Szli — mistrze wśród śmiertelnych — w tryumfie bez trwogi,
A wszystko na ich słowo w cuda się zmieniało?
Wenecyę i Lombardyę Rzym zaćmił swą chwałą!
Dzisiaj niema dla sztuki tak szczęśliwych czasów.
Tam to i Michał Anioł, słaby z niewywczasów,
Blady, w gronie umarłych, ze skaplerzem w dłoni,
Wśród téj ludzkiéj nicości iskrę życia goni,
I podnosi niekiedy swą znużoną głowę,
Aby rzucić zawiści wejrzenia surowe
Na te pałace Rzymu, gdzie u stóp ołtarza
Rafael swych rywali szyderstwem uraża.
Tam Corregio, ta postać skromna i uboga;
On pracuje dla serca, reszta w rękach Boga!
Tam Giorgione czaruje Tycyana młodego
Widokiem z toni morskiéj nieba weneckiego.
Bartolomeusz smutny, do ziemi przybity,

Druzgoce młode serce o kamienne płyty;
A gdy Rafael z cicha o sztuce go bada,
On mu niebo wskazuje, lecz nie odpowiada.
O szczęśliwe, o lube czasy, pełne chwały!
Ręce moje by dla was chętnie pracowały!
Lecz dziś! Pytam: dla kogo? Wszak ideę wzniosłą
Dziś na handel zmieniono, na zwykłe rzemiosło.
Bladém widmem, czy lichą kopią zwać się godzi
To, co pod włoskiem niebem dziś na świat przychodzi.
Nasze prace rok trwają, sława w dzień przeminie, —
Wszystko dziś w Europie, nawet miłość, ginie!

Ktokolwiek jesteś, siłą przeznaczenia party
Na poezyi nieszczęsne a ponętne warty,
Odrzuć het poza siebie, odpędź jaknajdaléj
Wszelką szczerość i niech się twe serce nie żali
Krwi kroplami, co z niego wyleje się strugą,
Bo wnet poznasz, że radość, choć trwała niedługo,
Zbyt kosztuje; chcesz ciszy, w rozwadze żyj zatém, —
Wszak człowiek obojętny najlepszym jest katem.

O! po trzykroć szczęśliwy ten, kto własne myśli
Na byle ostrzu miecza lub szabli nakréśli.
Jak on musi pogardzać marzycieli pychą,
Którzy, z marnego błota lepiąc marę lichą,
Sen jakiś, lub fantazyi zimne panoramy,
Zatrzymują się dumnie, mówiąc: dosyć mamy!
Czemże jest myśl, niestety, gdy czyn działać zacznie?
On umiera bez trwogi, a ona rozpacznie
Cofa się; on wymierza w straszną rzeczywistość,
I gotów jest do walki w pancerzu ze stali,
A ona, ta nieboga, którą nic powali,
Odwraca się i niknie, zapadnięta w mglistość.

Niechaj Weber umiera, niech harfę ukryje!
Mozart go czeka. Ty zaś, o poezyi synu,

Ktobądź jesteś — mąż, dziecko, gdy ci serce bije,
Działaj! Porzuć swą lirę; do boju, do czynu!
Cieniu czasów minionych, ten wiek ci nie służy;
Czyż słychać, by przewoźnik śpiewał w czasie burzy?
Do czynu więc, do złego, dobre obcem będzie.
Dla nieszczęść bez ratunku gdzie jest równowaga?
Wszak niedoli szukamy w tym wiecznym obłędzie.
Złe goni złe. Kto cierpi, ten nam dopomaga.
Można bliźnim pogardzać, a jednak, wbrew woli,
Ból jego lgnie ku temu, co drugiego boli.
Oto wszystko. Nad litość, którą nas tak wabią,
Ponad te sprośne zdania, co się rzuca temu
Z wesołością, którego łzy na wskroś osłabią,
Czegóż możemy żądać? Czyż w swém sercu zmieści
Człowiek zwykły współczucie dla swojéj boleści,
Skoro tych mąk i cierpień Bóg oszczędził jemu?
Idźcie na plac publiczny i złóżcie na ziemi
Ciało, co ma ran więcéj, niż grzbiet męczennika,
Bezkształtne, obrzydliwe, z jękami strasznemi,
I z duchem, co daremnie z śmiercią się boryka.
Tłum podąży za wami; gdy boleść prawdziwa,
On ją lubi. Cierpienia wstrętna pospolitość
We wszystkich budzi zgrozę, a w niektórych litość.
Lecz gdy dusza stroskana ratunku przyzywa,
I gdy rozpacz bez szychu żale starców budzi
W młodém sercu, — nie szukaj współczucia u ludzi.
Powiedz im, żeś bez matki, bez siostry, bez żony,
Że nie wiesz, gdzie przed śmiercią wylać tych łez morze,
Któremi tak bez miary ból twój przepełniony,
Że do zachodu słońca już nie dotrwasz może;
Cóż kogo te cierpienia, te żale obchodzą?
Wiarę budzi krew żywa, łzy wątpliwość rodzą,
Przyjaciel cię ominie, lecz nie dopomoże.

— Nabrzmiewasz, serce moje? Więc sądzisz zapewne,
Że gdym pisał, po twarzy łzy płynęły rzewne.

Czyliż brak mi żelaza? Czyż dłoń bez odwagi
Ślizgała się, mdlejąca, po méj piersi nagiéj?
— O nie! Lecz w któréjkolwiek będzie bruździć stronie
Fatalność przeznaczenia, ja za nią pogonię;
Dość znajdę serca na to, by żyła tak marnie
I upadła tak nizko, aż wstyd ją ogarnie!
1831 r.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alfred de Musset i tłumacza: Bolesław Londyński.