Ojciec Kondelik i Narzeczony Wejwara/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignát Herrmann
Tytuł Ojciec Kondelik i Narzeczony Wejwara
Rozdział Badanie
Data wydania 1902
Wydawnictwo Franciszek Juliusz Granowski
Druk Drukarnia A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Paweł Hulka-Laskowski
Tytuł orygin. Otec Kondelík a ženich Vejvara
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XX.
Badanie.

O siódmej godzinie powrócił mistrz Kondelik. Zacny ten mąż nie miał, co prawda, delikatnych uczuć, ażeby w oka mgnieniu zrozumieć usposobienie swego otoczenia, aby przeczuć, czem napełniona jest atmosfera; w sobotę zaś po wypłaceniu robotników, nerwy jego dla subtelniejszej obserwacyi były przytępione.
Ale dziś, gdy w sypialni zrzucił wierzchnie ubranie i wdział wydeptane pantofle, wkroczywszy znowu do jadalni, poczuł jakieś napięcie w spokoju panującym wokoło. W tych dniach małżonka jego bywała ogromnie szczerą, pokazywała mu, co zrobiono, osładzała mu wszelkiemi sposobami te niekończące się wydatki na wyprawę córki, a także Pepcia z dziecinną radością skakała około tatki, aby mu okazać wdzięczność za wszystko, co na jej młody, nowy dom wyłożył.
Dziś inaczej.
Pani Kondelikowa dreptała smutna i chmurna chwytając się zupełnie bezcelowo różnych drobnostek i znów je kładąc na miejsce. Dziwnem to było dla mistrza, że cały dom niezwykle był uprzątnięty. Nigdzie żadnej rozpoczętej roboty, nigdzie śladu obcinków płótna, maszyny do szycia były przykryte, martwo i cicho było w pokoju, jak po pogrzebie.
Pepcia przechodziła dwa razy, jak spłoszona, po pokoju i zniknęła za każdym razem w kuchni. Widocznie unikała spojrzenia ojca. Ale im usilniej się o to starała, tem dziwniejszem było to dla ojca, który ją nareszcie zatrzymał:
— No, Pepi!
— Co chcesz, tatusiu? — odezwała się Pepcia drżącym głosem, ale nie zwróciła się do niego twarzą.
— No, słuchaj, dziewczyno! — zawołał mistrz jeszcze raźniej i przymusił córkę, że musiała się ku niemu obrócić.
Wtedy zobaczył pan Kondelik, że ma oczy czerwone od łez, że nozdrza jej dotąd drżą, i tylko z największym wysiłkiem tłumi nowy płacz.
— Cóż to znaczy, co ci się stało? — podszedł ojciec bliżej.
Wtedy pani Kondelikowa przemówiła po raz pierwszy. Spojrzeniem nakazała córce, aby zniknęła w kuchni, jednocześnie zaś pochwyciła małżonka za ramię i rzekła smutnie:
— Daj jej spokój, Kondeliku, wszystko ci powiem...
Mistrz już, już chciał wybuchnąć na swój sposób, ale spojrzawszy uważniej na małżonkę, znalazł i w jej oczach ślady płaczu, zamilkł na chwilę i zawołał:
— Co się tu dzieje, Betty?
— Czekaj, Kondeliku, poczekaj aż przyjdzie Wejwara, a wtedy będziemy o tem mówili, ażeby się dwa razy o jednem nie rozwodzić. Mój Boże, gdy człowiek myśli, że już wszystko pokonał, wtedy nadchodzi...
Pan Kondelik patrzył na małżonkę z ogromnem zaciekawieniem w oczach, ale pani znowu była w którymś kącie i zajmowała się równaniem czegoś, co była już zrównała dziesięć razy. Jasnem było, że teraz mówić nie chce.
Mistrz Kondelik patrzył za nią chwilę, wzruszył ramionami i nie pytał więcej. Bomba pęknie, wiedział o tem z doświadczenia. Napewno jakaś kwestya kobieca!
Dziś nie czekano nawet z kolacyą aż przyjdzie Wejwara. Kasia miała nakaz, aby się pośpieszyła z przygrzewaniem klusek z jajkami i gdy tylko były gotowe, przymuszała małżonka do jedzenia.
Wejwara nie powinien być dziś świadkiem żadnej rodzinnej szczerości, do jakich należy kolacya, Wejwara powinien był zastać tu teren jaknajpoważniej uscenizowany, słowem, miał się znaleźć jak na ławie oskarżonych.
Ten pośpiech z kolacyą był również dla p. Kondelika zagadką, ale nie mówił nic. Pochłaniał szybko kluski, schrupał potem zwykłe dwa pęczki rzodkiewek, a już mu pani z pod rąk brała talerze i nakrycie, ledwie mógł dojeść.
— Co tu się dzieje? — srożył się mistrz, którego cała ta tajemniczość powoli drażnić zaczynała. — A gdzie jest piwo?
Piwo się spóźniło. Kasia, mając kolacyę na głowie, nie mogła pójść prędzej do Pokornych, ale teraz przybiegła i jednocześnie z dzbankiem podała pani Kondelikowej białą kopertę!
— Ten liścik miała stróżka oddać zaraz nad wieczorem, przyniósł to posłaniec, ale zapomniała o tem. Teraz mi na dole dała i prosi, ażeby się państwo nie gniewali.
Pani rozerwała kopertę, była to karta wizytowa Wejwary z kilku słowami na odwrotnej stronie. Zawiadamiał jaknajdelikatniej, że ma jakąś obowiązkową komisyę, która go może zatrzyma do późnej godziny. Przeprasza, jeśli nie będzie mógł przybyć.
Tego tylko jeszcze było potrzeba! Pani Kondelikowa była przekonaną, że ta wymówka jest w związku z kwestyą pani Muknsznablowej, że Wejwara wie, co się stało, że ma nieczyste sumienie i chce uniknąć odpowiedzialności. Dziś się jeszcze wytłómaczył, jutro może nie przyjdzie wcale...
Wymówka Wejwary zupełnie wyprowadziła panią Kondelikową z równowagi. Kobieta, która od początku tak ufała Wejwarze, która go poprostu nosiła na rękach, drogę mu wygładzała i wszystkie małe nieprzyjemności wytrwale usuwała, teraz nagle zachwianą została w swojem zaufaniu. Przyczyna była ogromnie poważna. Postać pani Muknsznablowej, oskarżenie, z jakiem wystąpiła, pewność, z jaką to uczyniła — wszystko to działało na umysł pani Kondelikowej. Zraniono ją w miejsce najczulsze, jej serce i żądza czci były dotknięte tak nagle. Wszystkiego byłaby oczekiwała, ale tego, że Wejwara mógł uwieść niewinne dziewczę, że mógłby grozić skandal jej Pepci — nie, myśl o tem odbierała jej wszelką rozwagę. Ktoby to był mógł przeczuwać!
Przeczytawszy bilet, nie czekała dłużej. Podała go małżonkowi i odprawiwszy Pepcię spojrzeniem do kuchni, mówiła poważnie, surowo:
— Przeczytaj to sobie, a potem powiem ci coś ciekawego.
Kondelik przeczytał i oparł pytający wzrok na małżonce:
— No, i co?
Pani siadła, patrzyła przez chwilę na męża, aby go przysposobić i powoli, dobitnie opisała mu przyjście pani Muknsznablowej i opowiedziała wiernie treść rozmowy.
Na pochwałę jej trzeba wszakże powiedzieć, że od prawdy nie zboczyła w najmniejszym szczególe. Nie powiększała, nie nadrabiała, ale głos jej brzmiał gorzko.
Pan Kondelik słuchał cierpliwie paląc cygaro, pozwolił małżonce dokończyć.
Wtedy rzekł nagle:
— Czemuś baby nie wyrzuciła za drzwi?
Takiego obrotu rzeczy nie oczekiwała.
— Tylko tyle odpowiadasz na tę sprawę? — rzekła z wyrzutem. — Jakże mogłam wyrzucać, kiedy nie wiedziałam, czego chce odemnie. Nie lepiejże to, iż powiedziała wszystko, zanim już będzie zapóźno? Czy byłoby ci przyjemniej, gdyby nam zrobiła wstyd przed ołtarzem?...
— Tobyśmy ją kazali zabrać — wtrącił stanowczo Kondelik.
— Tu nie wystarczyłaby nawet policya! Zabrać, zabrać! Ale skandalby już był, a nasze dziecię byłoby może do śmierci nieszczęśliwe. I ty to mówisz, jako ojciec? Nie jest-że twoim obowiązkiem wybadać Wejwarę? Niech się wytłómaczy, jeśli się może usprawiedliwić.
— Jakże go wybadać, kiedy go tu niema! — srożył się pan Kondelik.
— Widzisz, nie przyszedł! — zawołała pani z goryczą. — Nie przyszedł, czuje coś, może była także u niego. Ktoby to był pomyślał! Chryste Panie, nawet temu wierzyć się nie chce, a ta biedna dziewczyna, jej serce pęknąć może.
— Sama sobie winna! A czy Pepcia słyszała waszą rozmowę?
— Nie! — odpowiedziała powoli pani. — Ale jej to powiedziałam.
— To palnęłaś wielkie głupstwo! — rzekł mistrz z wyrzutem. — Takich rzeczy nie mówi się narzeczonym! Czy nie mogłaś poczekać dopóki nie przyjdę?
— Masz racyę, mężu — potakiwała zafrasowana pani — zastanowiłam się później i gniewałam się sama na siebie. Ale co teraz będzie? Wejwara nie przyszedł i to jest dziwne, to go prawie oskarża. Jutro pójdziesz do niego, pomówisz z nim, a jeśli tak jest, to niech do nas nie chodzi... Powiedz mu to, Kondeliku, to mu powiedz... i wybadaj go...
Pani nie dokończyła.
W kuchni brzęknął dzwonek, skrzypnęły drzwi — i odezwało się znajome, nieśmiałe pozdrowienie Wejwary.
— Oto jest! — zawołał mistrz. — Wybadaj go sobie sama!
— Nie, Kondeliku — broniła się pani, na której twarzy zakwitł silny rumieniec. — Tyś ojciec, ty zacznij!
Była tak przekonaną, że Wejwara nie przyjdzie, iż przyjście jego pomieszało wszystkie szyki.
— Chodź pan bliżej, bliżej, panie Wejwaro drżał w kuchni głos Pepci — przyjdę zaraz do pokoju.
Zapukano w drzwi, Wejwara wszedł.
Pani Kondelikowa całe popołudnie postanawiała sobie, że gdy przyjdzie Wejwara i będzie brał ją za rękę, to mu ją usunie i powie chłodno: proszę, racz pan spocząć, panie Wejwaro! — ale gdy się teraz ukazała jego spokojna twarz i gdy się miękko dotknął jej prawicy i skłonił, aby ją pocałować, nie mogła mu jej wyrwać i mówiła zakłopotana:
— Witam pana, nawet nie czekaliśmy już na pana, siadaj pan, proszę...
— Mam dziś z panem na pieńku, Wejwaro! — zawołał Kondelik bez wstępu.
Wejwara spojrzał na niego zdziwiony, a mistrz ciągnął dalej:
— Siądź, młodzieńcze i powiedz jakie stosunki masz z tą Muknsznablicą i jej córką?...
Wejwara się stropił i patrzył to na panią Kondelikową, to na pana Kondelika, a bezwiednie spojrzał ku drzwiom do kuchni, zdawało mu się, że teraz dopiero pojmuje zimne powitanie swej narzeczonej.
— Kondeliku! — zawołała półgłosem pani, która inaczej wyobrażała sobie zagajenie tej sprawy.
— Poco tu długie przedmowy, żono! — oponował mistrz. — Nie jestem stworzony do wielkiej polityki. — Była tu jakaś baba, która powiada, że pan podobno utrzymywałeś stosunek z jej córką. Przyszła, ażeby nas przestrzedz. Coś pan tam spsocił?
Wejwara, jak rak się zaczerwienił po uszy.
— Stosunek, szanowny panie, powiedziała? — wykrztusił.
— Mój panie, nagadała tu ona dużo. Szkoda, że pana nie było! Matka jest cała przybita, a Pepcia chodzi, jak Gryzelda. Co to znaczy, do wszystkich dyabłów?
— Szanowny panie, stosunek? — powtórzył Wejwara, jak we śnie.
— Ona powiedziała więcej jeszcze — wmieszała się teraz do rozmowy pani Kondelikowa — twierdziła, że jesteś pan z panną Loti tak daleko, że nawet pan nie może iść z innem dziewczęciem do ołtarza...
Wejwara zdrętwiał z przerażenia. Oczy jego spoczęły na pani Kondelikowej, z której spojrzenia zrozumiał, że jest już skazany. I wykrzyknął nagle:
— A szanowna pani wierzyła temu?
W pytaniu tem drgał niezmierny lęk i żal. Oczy jego spoczęły prawie z wyrzutem na pani, aż ją zabolało serce.
— Gdybyś pan był matką, Franciszku — mówiła ogromnie zakłopotana — i przyszłaby taka pani i to rzekła, tobyś pan się także pytał, Franciszku, tobyś pan się także pytał...
Nie mogła dalej mówić. Spojrzenie Wejwary mieszało ją okropnie. Te oczy nie kłamały, ten człowiek jej nie zawiódł? Ciężkie oskarżenie pani Muknsznablowej i podejrzenie pani Kondelikowej zaczęło się rozwiewać.
Wejwara zaczął mówić. Z początku głosem tłumionym, ale im dalej, tem więcej się zapalał. Inny byłby się może obraził, że o nim na chwilę mogli wątpić, on to tylko starał się wytłómaczyć i szukał słów, aby dokładnie rzecz przedstawić.
— Szanowny panie, pani, sprawa jest taka. Ta pani jest osobą, zasługującą na litość, co jej jednak nie upoważnia, aby czyniła takie bezpodstawne i straszne w swych skutkach intrygi. Wiecie już, państwo, że u niej mieszkałem. Trwało to trzy lata, a potem się wyprowadziłem, zauważywszy, że ta pani ulega chorobie imaginacyi. Każdy człowiek, który u niej mieszka (był to pokój z osobnem wejściem!) wydaje się jej przez los zesłanym, ażeby pojął córkę jej za żonę. Gdym się o tem przekonał, podziękowałem za mieszkanie. Od pierwszej chwili dla każdego lokatora bywa ogromnie uprzejma i korzysta z każdej sposobności, ażeby go do siebie przywiązać. Nie pojmowałem, dlaczego mi zawsze na moje imieniny gotuje czekoladę na śniadanie i czyni różne inne drobnostki. Nie jestem pierwszym, który się staje ofiarą jej imaginacyi, jeszcze nikt nie rozszedł się z nią dobrze. Ale do niczego się nie zobowiązywałem, przez cały czas zachowywałem się biernie, każdą jej grzeczność odpłacałem małemi podarkami. Niestety, to może właśnie upewniało ją w złudnej nadziei. Przecież się nawet żenić nie mogłem, mając sześćset reńskich! Wyprowadziłem się z czystem sumieniem i miałem przez cały czas spokój, zaraz po mnie wprowadził się inny lokator, który widocznie przejął wyimaginowaną rolę konkurenta o rękę jej córki.
Wejwara przestał; nie mógł jednak dalej mówić z gniewu.
Pani Kondelikowa połykała jego słowa i cała tragedya rozpływała się przed nią w mgłę. Nagle przypomniała jednak sobie.
— Ale, Franciszku, ona twierdzi, że ma od pana piśmienne dowody, że przyniosłaby je do kościoła, co to znaczy?
Wejwara się stropił.
— Piśmienne dowody, szanowna pani? O tem nie wiem nic. Nigdy nie pisałem do panny Loti, nawet jednego słowa, ani też do matki. Oprócz spisu bielizny, o którą także miała staranie, nie było między nami żadnej korespondencyi.
— Dziwna rzecz, dziwna rzecz — kiwała pani głową.
— Pryncmetalowa baba! — wpadł pan Kondelik.
— Spełnię swój obowiązek, szanowna pani — postanowił Wejwara bohatersko — i jutro do niej pójdę...
— Nie, Wejwaro! — zadecydował nagle mistrz Kondelik, który miał chęć rozciąć ten węzeł gordyjski — ja tam pójdę, ja, jako przyszły teść pański. To mój obowiązek, ja tę sprawę wygładzę.
— Tylko nie zrób awantury, staruszku — obawiała się pani Kondelikowa.
— Nie bój się, nie zjem jej, Wejwara nie ma tu ojca w Pradze, ja mu go zastąpię.
Wejwara obtarł sobie spocone czoło. Był to znojny wieczór, ale wreszcie dobrze, że się tak stało. Oczyści się, zupełnie się oczyści. Daremnie łamał sobie jednak głowę Wejwara, nie rozumiejąc, co znaczą owe dowody piśmienne.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Po jego odejściu późnym wieczorem (za wszystkie umartwienia otrzymał Wejwara w ciemnej sieni gorący pocałunek od Pepci) rzekł Kondelik w sypialni do małżonki:
— Trzech lat potrzeba było Wejwarze, ażeby dostrzedz zasadzkę tej baby. No, jutro z nią pomówię!
I nad rodziną Kondelików zawisła znowu spokojna, cicha noc po dniu burzliwym.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ignát Herrmann i tłumacza: Paweł Hulka-Laskowski.