Ogień wykrzesany/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ogień wykrzesany
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ XVI.

Minęło trzy tygodnie od podpisania pokoju.
Do małej wioski koło Compiegne z rykiem syreny wtoczył się samochód i stanął. Z wozu wyszedł niemłody już podporucznik z czarną opaską na prawem oku i szerokiemi bliznami, rozchodzącemi się od skroni aż do ucha i kącików warg. Przybyły z nim młody, pucołowaty żołnierz, pomógł oficerowi zrzucić futrzany płaszcz i, zwracając się do siedzącej w wozie kobiety o ciemnych oczach i rudych włosach, zawołał wesołym głosem:
— Wnet dowiem się o wszystkiem!
Pobiegł szybko, spostrzegłszy kilku wieśniaków, rozmawiających przed nowym domem, połyskującym świeżą blachą dachu.
Przybyli rozglądali się wokół.
— Jakie to dziwne, panno Martin! — rzekł oficer. — Byłem tu dwa razy podczas wojny. Za pierwszym razem widziałem tę bogatą wieś, jeszcze nietkniętą przez wichurę, która nad nami przemknęła. Stały tu domy stare, solidne, zasobne, a dokoła szemrały jeszcze starsze drzewa owocowe, rozłożyste lipy, kasztany... Ponad tem wszystkiem górowała dzwonnica kościółka gotyckiego. Pędzili tu cichy i spokojny żywot pracowici, pozbawieni zawiści i pychy ludzie — rodzina Gilletów, ksiądz Chambrun i mój milczący, zawsze zamyślony przyjaciel, René Gramaud — świetny uczony! A potem widziałem tu gruzy i zgliszcza, w sadzie na plebanji — trup jakiegoś młodego Niemca i — pustkę... Zdawało mi się, że już na zawsze koniec uczyniono z tą wioską i z ludźmi, których wojna rozmiotała po świecie, a tymczasem... Niech pani spojrzy! Stanęły już nowe domki z czerwonej cegły lub z cementu, o, widzę nawet niziutką wieżyczkę kościoła... Życie jest życiem!... Zwycięża ono z łatwością największe szaleństwa zbrodni i wysiłki ludzkie, zasnuwa mgłą czasu smutki, nieszczęścia i klęski tak samo, jak zaciera doszczętnie ślady wojny!
Julja Martin westchnęła i odparła cichym głosem:
— Jeżeli dla życia nasze smutki i troski są niczem, to nie warto nawet myśleć o niem!
— O, nie! — zaprzeczył oficer. — Życie jest wytworem sił wszechświata, a nasze istnienie — jedną niedostrzegalnie małą kreską na drodze jego. Lecz kreska ta — to nasze życie! Możemy pragnąć, nie! — musimy żądać, aby ta przelotna chwila niosła ze sobą tylko szczęście!
Ulicą biegł żołnierz i zdaleka krzyczał zdyszanym, radosnym głosem:
— Wszyscy już powrócili — i rodzice moi, i doktór z nauczycielem, i nawet ksiądz pleban! Już idą tu, dowiedziawszy się, że to pan porucznik przybył!...
Istotnie kilku ludzi szybko szło szosą, zdaleka wymachując kapeluszami i rękami. Wkrótce otoczyli samochód. Do oficera przypadła i zaczęła całować go po rękach niemłoda już, lecz rumiana i czerstwa wieśniaczka.
— Pan uratował nam Karolka!... Bóg zapłać, Bóg zapłać z całego serca! Pisał nam chłopak o tym wypadku i o tem, że pod Verdun wziął go pan sobie za ordynansa... Bóg zapłać!
Lekarz trącał nauczyciela łokciem i mówił półgłosem:
— Patrz-no pan! Ma krzyż walecznych i drugi na czerwonej wstążeczce — to Legja Honorowa... Dowództwo oceniło należycie czyny Nessera, bo głośno, co prawda, było o nim — St. Mihiel, Arras i Verdun — to nie kot napłakał! Mój brat przysłał mi rozkazy dzienne, gdzie dowództwo wyrażało uznanie Nesserowi z powodu jego odwagi...
Barczysty wieśniak w portkach welwetowych i ciepłej kurcie, zdjąwszy czapkę, w milczeniu przyglądał się oficerowi.
— Pan nie poznaje mnie? — spytał wreszcie. — Jestem ojcem Karola Gilleta... Ja też powiem — Bóg zapłać!... Innych nie mam słów... tylko te — Bóg zapłać!...
Oficer uścisnął mu rękę i, podniósłszy głowę, spojrzał przed siebie. Ujrzał w końcu ulicy wysoką, chudą sylwetkę księdza. Biegł szybko, a przykrótka, wyszarzała sutanna i narzucony na ramiona wełniany szal powiewały na mroźnym wietrze.
— Nesser! Henryk Nesser! — dobiegł go zdyszany głos księdza.
Stanął wreszcie przed oficerem. Długo patrzyli na siebie w milczeniu. Oficer ujrzał jasne włosy zwichrzone, zniekształconą odłamkiem pocisku twarz księdza, lewe oko, zawiązane czarną szmatką i prawe — szeroko rozwarte, łez pełne. Postąpili do siebie o krok i wzięli się za ręce. Pleban zapłakał, a na skaleczonej twarzy pojawił mu się ni to uśmiech nieśmiały, łagodny, ni to grymas cierpienia. Nesserowi drgnęły usta i dreszcz nim wstrząsnął. Milczeli obaj, patrząc na siebie. Corazto większy tłum otaczał ich, bo zbiegali się zewsząd wieśniacy, ich żony i dzieci.
Nesser chciał przemówić do księdza, lecz ten wyprzedził go i rzucił smutnym głosem:
— Oto dożyliśmy dni radości i pokoju, a on — mądry, czysty, łagodny, jak jagnię, — odszedł...
Nesser westchnął i dodał:
— Tak, René Gramaud nie żyje... Zbrakło go nam, księże...
Pleban obejrzał się i rzekł do młodego Gilleta:
— Skocz-no, chłopcze, do kościelnego, a powiedz mu, żeby dom Boży otworzył, bo zaraz tam przyjdziemy!
Ujął oficera pod ramię i mówił:
— Nie odbudowaliśmy jeszcze naszej małej świątyni, bo czasy były niespokojne, mamy tu teraz dopiero kaplicę, a kościół odbudujemy niebawem, niebawem!... Chciałbym pójść razem z tobą, bracie, do ołtarza Ojca naszego Niebieskiego, aby westchnąć za świetlaną duszę poległego przyjaciela...
W głosie księdza zabrzmiała prośba. Nesser skinął głową w milczeniu i poszedł za proboszczem. Weszli do kaplicy. Kulawy sługa zapalił dwie świece na ołtarzu i ich płochliwe języki rzucały błyski i cienie na oblicze Chrystusa w wieńcu cierniowym, — kopję obrazu Gwido Reni. Twarz Zbawiciela świata bolesna była i umęczona bezmiernie.
Źrenice Syna Bożego uciekły pod powieki, obrzękłe i ciężkie od natężenia woli, ukrytych łez i cierpienia. Nesser przypomniał sobie, że widział takie oczy na czołówce reduty Vaux, gdy szarpani bólem, paleni gorączką i trawieni pragnieniem umierali obok siebie prości wieśniacy, robotnicy fabryczni, nicponie-łobuzy uliczni, uczeni i inżynierowie. Wydawało mu się zawsze, że jakaś ręka niewidzialna wtłacza im na skronie ten wieniec, najeżony kolcami cierni. Patrząc na znękane oblicze Chrystusa, Nesser poczuł jakieś rozrzewnienie. Coś się w nim odprężało, coś przygasało. Jakiś spokój, dawno nieznany, ukojenie łagodne i słodkie ogarniało duszę jego. Nie spuszczając wzroku z męczeńskich oczu Syna Bożego, jął przemawiać do Niego bezdźwięcznie:
— Tam w rowach Vaux i w setkach innych miejsc spotykałem żołnierzy, co wierzyli, że mają polec, jak Ty, którego zowią Zbawicielem Świata. Dla dobra i zbawienia wszystkich ludów, znużeni śmiertelnie, rozszarpani, zmiażdżeni — polegli. Ty, Chryste, bez skargi na ustach przypieczętowałeś krwią swoją wielką prawdę, daną Ci przez Ojca Twego. Tak też i oni pieczęć swoją — bezmiernie żałosną położyli na świadectwie prawdy naszej, — drobnej, człowieczej, która, kto wie? — może nie jest prawdą, lecz w niej miało być zawarte szczęście nasze, spokój, całe życie miljonów ludzi... braci... przyjaciół...
Klęczący na stopniach ołtarza ksiądz Chambrun obejrzał się nagle, a po twarzy jego przemknął uśmiech szczęśliwy. Trwało to zaledwie mgnienie oka, bo pochylił się do ziemi i czołem prawie dotknął posadzki. Urywanym, gorącym głosem rzucał słowa twarde, brzmiące dziwną siłą:
— Jezu Nazareński, potężny Panie z góry Tabor, słodki Nauczycielu, każący na górze, Baranku umęczony! Oto stoimy przed Tobą osieroceni: ten brat mój — ofiarny, bezwiednie czyniący wolę Twoją świętą, śmiały w sprawiedliwym czynie, i ja — sługa Twój i kapłan nieudolny. Modły zanosimy do Ciebie, błaganie serc naszych, abyś przyjął w krainie światłości duszę przyjaciela naszego René! Bez skazy był człowiek ten i poległ, cichy i pokorny, za bliźniego swego, albowiem pieczę miał nad nim i miłowanie w imię Twoje, Synu Boży — Sędzio i Synu Człowieczy — Obrońco nasz!
Umilkł i modlił się, cicho szepcąc, po chwili ręce podniósł ku ołtarzowi i mówić zaczął głosem błagalnym:
— A nam żyjącym, którzy poznaliśmy otchłań męki i nędzy, którzy wespół z braćmi naszymi czujemy nieprawość świata tego, daj nam moc i odwagę stanąć w obliczu zła i zbrodni i walczyć z niemi, jako Samson ze lwem srogim! Czujni będziemy na przykazanie Twoje — „kochaj bliźnich, jako siebie samego!“ albowiem wierzymy, iż alfą jest ono i omegą księgi prawa przedwiecznego. Amen!
Ksiądz Chambrun podniósł się i zakreślił w powietrzu krzyż ruchem potężnym i szerokim, jakgdyby ogarnąć chciał świat cały od kresu do kresu i wszystkich, których oszczędziła krwawa ręka wojny, by prawdy bronić mogli.
Wyszli razem z kaplicy, trzymając się pod ręce. Ksiądz przystanął nagle i szepnął z łagodnym uśmiechem na zniekształconej twarzy:
— Przyjacielu! Ty widzisz tylko prawem okiem, ja — tylko lewem. Dopiero społem możemy ogarnąć widnokrąg...
Nesser spojrzał na niego badawczo, lecz nic nie odpowiedział.
Zbliżył się do nich wójt i prosił, aby wstąpili do gminy, gdzie się zebrała już cała ludność wioski. Poszli i, na zaproszenie wójta, stanęli na ganku domu — wszyscy troje — Nesser, proboszcz i młody Gillet, uśmiechnięty i dumny. Wystąpił nauczyciel i głosem, drżącym ze wzruszenia, przemówił w imieniu całej gminy.
Nesser stał pogrążony we wspomnieniach i nie słuchał mówcy. Rozmyślał właśnie nad tem, że życie jest niezmierną potęgą. Wszystko zwalcza i wszystkiemu nadaje powab i piękno z oddalenia czasu. A jednak... A jednak wydaje mu się ono innem teraz, pełnem przedziwnych odcieni, nigdy nie spostrzeganych przedtem i nieodczuwanych sprzeczności, zgrzytów, budzących niepokój głęboki i troskę niepojętą.
Przerwał rozmyślenia, bo nauczyciel podniósł gło6 i wykrzyknął:
— Daliście nam przykład bohaterstwa! Obowiązkiem naszym stanie się wychowanie młodego pokolenia, aby poszło w wasze ślady! Niech umieją najeżyć bagnetami granice naszej ojczyzny i śmiało iść wciąż naprzód i naprzód po zwycięstwo, w imię wielkości i sławy Francji! Niech żyją szlachetni bohaterowie Verdun!
Ustawiona w szeregach dziatwa szkolna na dany znak zaśpiewała marsyljankę. Pochwycili ją wieśniacy i wieśniaczki, śpiewał wójt, lekarz, nauczyciel, listonosz i kulawy sługa kościelny. Po odśpiewaniu hymnu narodowego, tłum otoczył bohaterów i długo wznosił na ich cześć owacyjne okrzyki. Wreszcie uciszyło się wokół.
— Wstąp do mnie na chwilę chociaż! — szepnął proboszcz, dotykając ręki przyjaciela.
Nesser skinął głową. Już dochodzili do nowej plebanji, stojącej pomiędzy nagiemi pniami potrzaskanych pociskami śliw i jabłoni, gdy Nesser przystanął i surowym głosem spytał księdza:
— Modliłeś się do Chrystusa — Zbawiciela, księże?... I ja myśl swoją skierowałem ku Niemu... Przysięgam na imię Jego, że jeżeli ludzkość, zwabiona hasłami obłudy, popełniła zbrodnię wojny poto, aby dążyć starą drogą, zamykać oczy na prawdę, stojącą na progu życia naszego, zatykać uszy na rwące się zewsząd skargi i żądania, depcąc słabych i bezbronnych i marząc o ciszy martwej, to oto ja — kaleka skrzyknę wszystkich, co widzą i słyszą, rzucę hasło buntu, jakiego świat od stworzenia swego nie przeżywał nigdy!
— Ja będę wtedy z tobą! — jak echo, odpowiedział ksiądz.
— I ja! — rozległ się namiętny, silny głos.
Obejrzeli się zdumieni.
Za nimi stała Julja Martin. Podniosła wgórę rękę, jakgdyby składając przysięgę przed Niebem.
Rude jej włosy, podobne do języków płomienia, smaganych wiatrem, miotały się nad czołem, a ciemne oczy ciskały iskry zapału i groźby.
Tłum sunął ulicą, śpiewając ostatnią strofkę marsyljanki:

„Nous trouverons leur poussière
Et la trace de leurs vertus.
Bien moins jaloux de leur survivre
Que de partager leur cercueil,
Nous aurons le sublime orgueil,
De les venger ou de les suivre“.

Nesser zacisnął zęby i syknął:
— Krety!... Niewolnicy!...

KONIEC





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.