Odwiedziny u Henryka Sienkiewicza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Jeremiah Curtin
Tytuł Odwiedziny u Henryka Sienkiewicza
Wydawca Nowiny Polskie
Data wydania 1938
Miejsce wyd. Milwaukee
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Spotkanie Curtina
Spo z Sienkiewiczem
SpotkanieJÓZEF BIRKENMAJER


DRUKIEM NOWIN POLSKICH MILWAUKEE, WIS


1938

Dnia 28 sierpnia odbyła się staraniem Milwauckiej Ligi Stowarzyszenia Polaków w Ameryce wspaniała uroczystość ku czci zasłużonego tłumacza dzieł literatury polskiej na język angielski Jeremiego Curtina z okazji setnej rocznicy jego urodzin. Dom Jeremiego Curtina w Hales Corners, który ma być zachowany jako muzeum pamiątek historycznych, był główną widownią tych uroczystości.
Przy sposobności tego obchodu warto szerokiemu ogółowi polskiemu przypomnieć piękną postać tego Amerykanina, który Polsce i jej literaturze tyle okazał serdecznej i gorącej sympatii i takie położył zasługi dla rozniesienia sławy Polski po świecie.
Zanim w niedługim czasie poświęcę osobny artykuł życiu i czynom Jeremiego Curtina, pragnę czytelnikom polskim udostępnić w polskim przekładzie jeden z urywków jego pamiętników, dotyczący pierwszego zetknięcia się osobistego z Henrykiem Sienkiewiczem.
Rękopis tych pamiętników znajduje się obecnie w zbiorach Towarzystwa Historycznego stanu Wisconsin (The State Historical Society of Wisconsin), a jeszcze nie był nigdy w całości ogłoszony drukiem (jedynie fragmenty ukazały się w piśmie “The Christian Family”). Udostępnienie tego arcyciekawego dzieła literackiego zawdzięczam wspomnianemu Towarzystwu (które było łaskawe zaliczyć mnie w poczet swych członków) oraz spadkobierczyni Curtina, dalekiej jego krewnej, pani Seifert.
W pamiętnikach tych znajduje się jeszcze wiele innych miejsc poświęconych Sienkiewiczowi. Jak wiadomo, Curtin przełożył na język angielski wiele dzieł Sienkiewicza (od “Trylogji” począwszy), które dzięki temu przekładowi zyskały rozgłos międzynarodowy. Na niektórych wydaniach tych przekładów widnieje facsimile listu Sienkiewicza do firmy Little & Brown w Bostonie, stwierdzającego, że p. J. Curtin jest jedynym uprawnionym przez autora tłumaczem dzieł Sienkiewicza, a wspomniana firma jedyną uprawnioną instytucją do wydawania tych dzieł w języku angielskim.
Spotkanie z Sienkiewiczem w Ragatz i Zakopanem nie było jedynym w życiu Curtina. W czas jakiś potem odwiedził on Sienkiewicza w jego rezydencji w Oblęgorku pod Kielcami. Z tego czasu zachowały się zrobione przez Curtina fotografie, częściowo w posiadaniu p. Seifertowej, częściowo w dworze oblęgorskim.

Józef Birkenmajer.

JEREMI CURTIN
Odwiedziny u Henryka Sienkiewicza.
Ze “Wspomnień pracowitego żywota”
(Memories of A Busy Life.)

Przełożyłem był już wiele dzieł Sienkiewicza na język angielski wszelakoż jego samego przez długi czas nie danym było mi spotkać. Aż nareszcie w czasie jednej z częstych moich podróży do Rosji natknąłem się na niego w Szwajcarji, w miejscowości Ragatz.
Jakoś w godzinę południowego posiłku przybyłem do hotelu Quellenhof. Zarządca powitał mnie z tą uprzejmą usłużnością, jaka cechuje wielu szwajcarskich hotelarzy, a po pewnych zachodach wynalazł dla mnie akurat taki pokój, jakiego sobie życzyłem (nr. 131), jako że z okien roztaczał się tam widok przepyszny. Na pierwszym planie widniał kościołek z wysmukłą wieżyczką, kilka domów i liczne skrawki zielonych pól, zaś w tyle poza nimi wznosiły się niebotyczne góry.
Gdy wszedłem do jadalni, właściciel hotelu, ku mojemu radosnemu zdumieniu, zawiadomił mnie, że wyznaczył mi za stołem miejsce tuż koło pewnego pana z Polski, który zwie się Sienkiewicza, z zawodu jest pisarzem.
Dowiedziawszy się, kim jestem, Sienkiewicz okazał wielką radość i niemałe też zdziwienie, bom zaiste nieoczekiwanie zjawił się przy jego boku. Przytem trzeba było trafu, że on w sam raz wtedy wertował amerykańskie wydanie “Quo vadis”, “Trylogję” i inne książki już był czytał w mym przekładzie dawniejszymi czasy.
Nigdy nie zapomnę pierwszego wrażenia, jakie na mnie uczynił Sienkiewicz. Było ono jasne i wyraźne. Wyczułem w nim człowieka o usposobieniu nader wrażliwym i sympatycznym.
Po chwili twarz jego przybrała inny wyraz — wyraz wielkiej powagi, a nawet surowości. Ale ten niebawem znów ustąpił miejsca wrażliwemu i sympatycznemu wejrzeniu.
W czasie krótkiej naszej rozmowy przy “lunchu” już zarysował mi się w myślach wizerunek duchowy tego człowieka. A wizerunek ten pogłębiał się coraz bardziej w miarę dalszej znajomości.
Sienkiewicz jest jednostką o niezwykle silnym podkładzie uczuciowym. Gdyby był człowiekiem o słabszym charakterze uczuciowość ta zniszczyłaby go doszczętnie. Jest on tą rządzącą siłą, co już odniosła zwycięstwo, ale przecie musi w nim wciąż walczyć o panowanie.
Pod względem fizycznym Sienkiewicz wygląda zgoła inaczej, niżem go sobie wyobrażał: jest niższy i drobniejszy. Włosy ma przyprószone siwizną i przegląda się w nich łysina. Oczy ma szare, głos niski.
Po angielsku mówi z trudnością, a dawane przezeń odpowiedzi świadczą, że często nie rozumie, o czym mowa. Po rosyjsku mówi równie kiepsko — widocznie nie posiada zdolności do języków.
Prowadząc rozmowę, ma zwyczaj nachylać się ku swemu rozmówcy i patrzeć mu prosto w oczy. Jest zawsze spokojny i opanowany i nigdy się nie unosi w rozmowie.
Pracował właśnie nad “Krzyżakami”, ja zaś miałem w robocie parę książek. Obaj byliśmy zajęci, to też spotykaliśmy się jedynie przy obiedzie i po kolacji.
W Quellenhofie było wielu gości: Amerykanów, Anglików, Francuzów, Niemców, Żydów i garstka Polaków. Wśród tych znajdował się hrabia Tyszkiewicz, towarzysz podróży Sienkiewicza do Afryki, oraz hrabina Potocka, prawnuczka carycy rosyjskiej Katarzyny II. Był tam i jeden z Hohenzollernów, ten który sprawą korony hiszpańskiej wywołał nieporozumienia między Francją i Niemcami, powodujące w ostatecznym rezultacie (dzięki pieczołowitym zabiegom Bismarka) wojnę francusko­‑niemiecką w r. 1870. Jest on bratem króla rumuńskiego.
W tej wielkiej gromadzie ludzi Sienkiewicz poruszał się, pracował i żył zupełnie, jak na pustyni, trzymając się zdala od towarzystwa, ale obserwując je pilnie. Jest pewien urok (przynajmniej na czas jakiś) w swobodzie i samotności ludnego hotelu, gdzie ma się pod ręką wszelkie udogodnienia cywilizacyjne. Sienkiewicz lubuje się tym urokiem — i niejedno też jego dzieło powstało w zaciszach hotelów: od hotelu w Los Angeles, w Kalifornii, gdzie napisał “Szkice węglem”, aż do hotelu w Nicei, gdzie ukończył “Quo vadis”.
Sienkiewicz ma swoistą, jedyną w swoim rodzaju metodę pisania książek. Najpierw opracowuje plan szczegółowy i spisuje go starannie. Ten plan utrwala sobie w głowie i pozwala mu, jak się wyraża, “kipieć i fermentować”. Jest to wprost uderzający dowód jego siły umysłowej i pamięci.
Gdy już jest gotów do pracy, wówczas dzieli sobie czas nie na dnie, ale tygodnie. W ciągu pierwszego tygodnia wykonywa pewną ilość roboty; podobną “porcję” daje w ciągu drugiego tygodnia, i tak posuwa się z tygodnia na tydzień. W razie drukowania w dzienniku owe “porcje” tygodniowe ulegają podziałowi. Było ich aż sto trzydzieści dwie w “Quo vadis”, gdy ta powieść ukazywała się w “Czasie” krakowskim. Jakkolwiek plan bywa dokładnie opracowany z góry, jednakże autor nigdy nie podąża za nim ściśle. Wynikiem “kipienia i fermentu” są różne i wielorakie zmiany. Opracowawszy swą “porcję” tygodniową, Sienkiewicz posyła ją drukarzowi, nie mając nigdy dalszego ciągu w zapasie; nigdy też nie robi odpisu. Jedynym rękopisem, jaki sporządza, jest ten, który wysyła do drukarni, rzadko też ogląda czy robi korektę. Nie ma ani sekretarza ani pomocnika, pracuje sam i samowystarczalnie.
Pisać takie książki, jakie wyszły spod jego pióra, bez kopii i korekty, tworzyć dzieła takie, jak “Trylogia” i “Quo vadis” szeregiem wysiłków, z których każdy jest całkowicie wykończoną częścią, zaś część każda łączy się bez najmniejszej skazy z poprzednią, aż wreszcie ostatnia zamknie się ze wszystkimi innymi w jedną, doskonałą i nieprzerwaną całość: — jest to, być może, najbardziej zdumiewający tour de force w przeżyciach literata.
Sienkiewicz sam osobiście przeprowadza wszelkie studia literackie, zwiedza i bada miejscowości, jakie wzmiankuje w swych dziełach; gdy zaś pisze w Szwajcarii, Francji, Włoszech lub w innych krajach, zabiera z sobą wszelkie potrzebne książki i zamyka się z nimi na czas swych “godzin roboczych”, od ósmej lub dziewiątej rano do pierwszej czyli do obiadu, a następnie pracuje jeszcze ze dwie godziny.
Opowiadał mi, z pewnym jakby żalem, że w rodzinie swojej on pierwszy nie był żołnierzem i nie zakosztował życia wojennego. Jego dziadek służył pod Napoleonem, jego ojciec brał udział w powstaniach r. 1830 i 1863.
Dla swych dzieci Sienkiewicz jest bardzo tkliwym ojcem. Gdyśmy raz siedzieli razem przy obiedzie, rzekł mi, że właśnie otrzymał z Warszawy telegram z wieścią, że jego syn Henryk dostał z całej klasy najlepsze świadectwo roczne. Sienkiewicz bardzo był tym uradowany. Gdym mu winszował, dodałem:
— Myślę, że pan tak szczęśliwy, jak bywał szczęśliwy pański ojciec, gdy pan zdawał egzaminy?
— O nie! — odrzekł mi na to. — Ja ojcu nigdy nie dawałem tak wielkiego powodu do radości. W gimnazjum czyli jak wy zwiecie, w high school, nigdy nie miałem nazbyt świetnej cenzury. Czytałem za wiele powieści. Bardzo często, udając, że się uczę, zatapiałem się w lekturze tomu Waltera Scotta lub Dumasa. Książka, którą niby to studiowałem, leżała na pulpicie przede mną, zaś książka, którą czytałem, spoczywała na moich kolanach.
To mówiąc, roześmiał się.
— Jeżeli o pana chodzi, nie przyniosło to panu szkody — zauważyłem.
— Prawda, że nie, — odrzekł Sienkiewicz — owszem, przydało mi się to trochę. Ale już moje skłonności szły w tym kierunku. Z moim synem inna sprawa. On ma skłonności do nauk ścisłych: zwłaszcza pociąga go elektrotechnika. Prawdziwą wartość widzi w systematyczności i porządku: prawda, że potrzebne są to zalety. Moja córka, jak na swoje trzynaście lat, okazuje wielki talent narratorski; napisała już nawet jedną nowelkę.
Sienkiewicz bardzo się cieszył powodzeniem swych książek w Ameryce. Mówił mi, że większość stworzonych przezeń postaci wzięta jest z rzeczywistych wzorów, a chociaż taka postać, jak Roch Kowalski (z “Potopu”) może się komuś wydać przejaskrawioną, to jednak taki człowiek żył naprawdę w owym czasie. Co się tyczy Zagłoby, to i taki typ nie był rzadki w Polsce. Na dowód tego mógłby zapoznać mnie w Warszawie z dwiema osobami, które żywo przypomną mi Zagłobę. Ze wszystkich swych bohaterek najbardziej lubił Marynię Połaniecką oraz Basię z “Potopu.”
W Quellenhofie bawili wówczas pan Trzywdar Rakowski z żoną, dobrzy znajomi Sienkiewicza. Pan Rakowski był człowiekiem gadatliwym i wyobrażał sobie, że mówi biegle po angielsku; mówił nim istotnie, lecz była to angielszczyzna, którą nadzwyczaj trudno było zrozumieć.
Z tym panem Rakowskim wybrałem się na wycieczkę do Rapperswilu.
Rapperswil, mała malownicza mieścina nad jeziorem zuryskim, o półtorej godziny jazdy koleją od Ragatz, został założony pod koniec dwunastego stulecia. W dziedzińcu starego zamczyska emigranci polscy wznieśli tam pomnik na pamiątkę swych bojów o zdobycie niepodległości. Zaś w komnatach zamku utworzyli w r. 1870 Polskie Muzeum Narodowe, mieszczące w sobie różne przedmioty związane z historią Polski. Znajdują się tam nie tylko polskie stroje z różnych stron kraju, ale również portrety wybitnych osobistości z czasów potęgi Polski, oraz wielka biblioteka zawierająca z górą 70,000 tomów, prócz wielkiej ilości cennych rękopisów. W tymże muzeum umieszczono serce Kościuszki. Przeto zamek rapperswilski jest jakby świętym miejscem, do którego pielgrzymują Polacy.
Wróciliśmy do Ragatz w sam raz na wieczerzę. Sienkiewicza zastaliśmy przy stole. Był nieco zmartwiony. Oto redaktor polskiego czasopisma reprodukował coś w rodzaju imaginacyjnego portretu Eunice z “Quo vadis?”
Ależ to szkaradzieństwo! — oburzał się Sienkiewicz. — Zupełnie niepodobna do tej Eunice, jaką sobie wyobrażałem.
W Quellenhofie nie było hałasu ni ruchu. Panowało tam jakby jedno wielkie święto. Było to idealne miejsce na pracę literacką. Pewnego dnia wspięliśmy się górami do Plafers i upajaliśmy się wonią świeżego siana. Wieśniacy kosili trawę na zboczu górskim. Wieczorami przysłuchiwaliśmy się pieśniom pasterzy tyrolskich. Ja tłumaczyłem “Hanię.” Sienkiewicz mówił mi, że to była “mniej więcej” jego własna historia. Pewnego dnia w jednym z pism angielskich znaleźliśmy długi artykuł o powieściach Sienkiewicza, napisany przez T. P. O’Connera, M.P. Autor artykułu wyrażał się nader pochlebnie o mnie jako tłumaczu.
Mówiąc o ówczesnej sytuacji w Polsce, Sienkiewicz wyraził się:
— Gdyby stary Jeremi Wiśniowiecki żył dłużej, zostałby wybrany królem i skruszyłby przewagę magnatów. Ale on umarł, a królem wybrano jego syna. Jakże to dziwne, że z takiego ojca i takiej matki zrodził się syn, który nie miał nic prócz wielkiego brzucha i sflaczałej twarzy! Nie było zeń wielkiego pożytku... Największym królem polskim był Stefan Batory.
Ostatnie dni spędzone przezemnie w Ragatz były nieznośnie upalne. Sienkiewicz mówił mi, że najlepszy klimat, jaki znalazł gdziekolwiek w świecie, był nie w Szwajcarii ani we Włoszech, ale w południowej Kalifornii.
Prowadziliśmy nieraz miłe pogawędki przy kolacji. Rakowski śmiał się z nas i mówił, że my tylko gadamy i gadamy, a nie pamiętamy o jedzeniu, tak iż kończymy zupę dopiero wtedy, gdy już wnoszą ostatnie danie.
Byliśmy z Sienkiewiczem zgodnego mniemania, że najwyższą sztuką jest język, który w poezji znajduje wyraz najwyższy: ale nie w tej poezji, która jest jedynie harmonią słów, tylko w tej, która rzuca przed oczy żywy obraz. Ja zawsze żywiłem ten sam pogląd. Sztukę mowy uważałem zawsze za największy dar udzielony człowiekowi.
Gdym miał już odjechać z Ragatz, bo czekały mnie nowe podróże i zajęcia, Sienkiewicz wymógł na mnie przyrzeczenie, że odwiedzę go niebawem w Zakopanem u stóp gór tatrzańskich, niedaleko od Krakowa. Dawszy to przyrzeczenie, ulotniłem się z Quellenhofu.
Po kilku tygodniach spędzonych w Rapperswilu i Lucernie, miejscowościach tak dobrze znanych amerykańskim turystom, udałem się do Krakowa po drodze do letniska Sienkiewicza w Zakopanem.
Podróż przez Bawarię zawsze mnie interesowała. Jest to kraj, gdzie ludzie budują przeważnie domy i stodoły jakoby pod jednym dachem, przy czym domy malują na biało, a stodoły pozostawiają niepomalowane. Kraina jest urodzajna, a ludziom dobrze się powodzi. Obiad jedliśmy podczas przejazdu przez piękne jezioro konstancjeńskie.
Od Wiednia do Krakowa większa część kraju była zalana powodzią. Zatrzymałem się w Krakowie w Hotelu Saskim, który był naówczas źle utrzymaną dziurą, choć uchodził za najlepszy w mieście.
Kraków jest związany ściśle z wieloma ważnymi wypadkami dziejów Polski. Ale jakże upadła jego potęga! Dziś jego śródmieście jest dzielnicą żydowską, a ci Żydzi są po większej części wprost obrzydliwi i wstrętni. Dzięki swej niezmiernej i wścibsko­‑pochlebnej przebiegłości umieją wydrzeć polskiemu chłopu każdy jego zarobek. Noszą pejsy i długie do kostek chałaty, a ochędóstwo i czystość są u nich rzeczą nieznaną.
Zresztą mieszka w Krakowie także i garstka najprzedniejszych rodzin polskich — boć przecie królowie polscy są pochowani tutaj w starej katedrze na wawelskim wzgórzu, a te wspomnienia przywiązują serca Polaków do tego niegdyś polskiego miasta stołecznego; poza tym wydaje się im, że pod panowaniem austriackim zażywają większej swobody niż pod rosyjskim.
Podróż koleją z Krakowa w stronę Karpat była uciążliwa, a krajobraz monotonny. Od czasu do czasu mijaliśmy pola, na których pracowały kobiety żnąc sierpami zboże. Polskie wieśniaczki noszą niedopasowane staniki, spódnice sięgające nieco poniżej kolan, ciężkie buty z cholewami, a na głowach jasne chusteczki, bądź związane pod szyją, bądź ułożone nakształt czepka. Niektóre mają na ramionach przyodziewek przypominający wąską spódniczkę. Mężczyźni noszą szerokie spodnie i wyrzucone nazewnątrz kolorowe koszule przewiązane krajką. Większość żniwiarzy pracowała boso.
Na stacji kolejowej Kalwaria Zebrzydowska tłum ludzi, zarówno mężczyzn jak kobiet, wyszedł z wagonów trzeciej klasy. Każdy z tych ludzi dźwigał paczkę, a raczej węzełek. Byli to pielgrzymi zdążający w stronę Kalwarii, wielkiego kościoła i klasztoru widocznego na niezbyt odległym wzgórzu. Położenie tej miejscowości jest piękne: poniżej lasy, a za nimi góry. Gdy pociąg ruszył dalej, ujrzałem wielu ślepców, z których każdy gramolił się drogą ku Kalwarii prowadzony przez mężczyznę lub kobietę.
W Chabówce, wyszedłszy z pociągu, zostaliśmy natychmiast otoczeni, wręcz oblężeni przez tłum woźniców­‑wieśniaków. Wszczął się wprost oszołamiający harmider! Na pięciu czy sześciu podróżnych znalazło się dwadzieścia czy nawet dwadzieścia pięć wózków, a każdy woźnica uwziął się, że zdobędzie sobie pasażera. Polska bryczka jest to poprostu zwykły drabiniasty wóz do zwożenia siana, z półkoszkami po bokach i budą płócienną. Wewnątrz tej budy jest siedzenie na dwie osoby, a zewnątrz jedno dla woźnicy, słowem, istny “prairie schooner” (statek stepowy, nazwa wozu używanego przez wędrowców po preriach amerykańskich). Krzyki tych woźniców o mało nie przyprawiły mnie o utratę zmysłów. W końcu odpędziłem ich wszystkich oprócz jednego, który, jak mnie inni zapewniali, był najgorszy w całej tej gromadzie, miał najgorsze konie i najgorszy wóz.
Siadłem na ten wóz i już wkrótce poczęliśmy wjeżdżać pod górę. Cóż to była za okropna szarpanina! Jakże mnie wytrzęsło i wytłukło! Całkiem jak gdybym jechał w starym dyliżansie kalifornijskim! W Suchej, małym miasteczku zbudowanym dokoła kwadratowego rynku, zatrzymaliśmy się, by dać wytchnąć koniom i zjeść obiad. W Zakopanem stanęliśmy o piątej popołudniu. Zastaliśmy już wielu gości w tym letnisku.
Wieś Zakopane nie ma żadnych przynęt oprócz czystej wody górskiej i świeżego powietrza. Jest do połowy otoczona lasami świerkowymi, a nowe jej odgałęzienie kryje się zupełnie pośród świerków. Na odsłoniętej połaci widać zielone pola ciągnące się wzdłuż zboczy. Przez całą wieś biegnie potok górski. Z głównej ulicy roztacza się wspaniały widok na Tatry.
Zakopane jest bardzo uczęszczane przez Polaków. Letnisko jest ożywione, ale ponieważ jest dopiero świeżej daty, więc brak mu jeszcze tych wygód, jakich ludzie szukają w czasie letniego wypoczynku. Podczas mojego pobytu niebo było przeważnie mgliste, zachmurzone i posępne. Mówiono mi, że to lato było wyjątkowo brzydkie. Wierzyłem temu, bo istotnie w całym świecie panowała wówczas wyjątkowo brzydka pogoda.
Ale w końcu nadszedł dzień piękny, niby słoneczna wyspa śród morza mgły. Sienkiewicz czekał na taki właśnie dzień, żeby nas zabrać nad Czarny Staw. Tak się nazywa małe jezioro w samym ośrodku gór.
W naszej “paczce” wycieczkowiczów znajdowali się: syn i córka Sienkiewicza, Henryk i Jadwiga, wraz z guwernantką; profesor Sobierajski ze Lwowa; siostrzeniec Sienkiewicza, miły chłopak lat może dwunastu; wreszcie p. Giełgud, Litwin z Brytańskiego Ministerium Wojny, mówiący po angielsku tak biegle, jak gdyby urodził się i wychował w Londynie.
Jak wspomniałem, Sienkiewicz zwierzał mi się, że od pięciu pokoleń był w swej rodzinie pierwszym, który nie wybrał sobie zawodu wojskowego. Obecnie, widząc ład i przezorność, z jaką wszystko było przygotowane do naszej wycieczki, oraz łatwość, z jaką wszystko się posuwało bez pośpiechu i zatrzymywania się w drodze, miałem sposobność przekonać się, że kierownik naszej wyprawy miał w sobie krew i rozwagę prawdziwego żołnierza.
O wczesnej godzinie porannej już czekały na nas góralskie bryczki, by nas zawieść do Kuźnic u podnóża gór, gdzie, jak wyrażał się Sienkiewicz, “kończył się świat cywilizowany.” W tym miejscu stały już w pogotowiu osiodłane konie, które miały nas ponieść dalej; przy koniach stali górale, którzy mieli nam towarzyszyć i zabawiać nas w podróży. Kilku z nich miało instrumenty muzyczne, a większość była doskonałymi śpiewakami i umiała tańczyć z wielką zręcznością. Byli to chłopcy żywi, poczciwi i tęgo zbudowani.
Szlak nasz był urozmaicony malowniczymi wąwozami i spinaczką po stromych urwiskach śród gęstych lasów świerkowych. Gdyśmy jechali zwolna pod górę, górale szli na przełaj krótszymi ścieżkami i urządzali nam muzykę na miejscach położonych przed nami lub ponad nami. Gdyśmy nakoniec się zatrzymali na wysokiej zielonej hali, widzieliśmy pod sobą szeroki obszar kraju. Hen w dali widać było uprawną, pagórkowatą wyżynę; bliżej, ale pod nami, były lasy świerkowe, przecięte szerokimi pasami łąk, oraz małe osady zamieszkane tylko w lecie. Po drugiej stronie sterczało środkowe gniazdo Tatr, nagie i olbrzymie. Pomiędzy nami i tym gniazdem była wąska skalna przepaść, dalej zaś pola zawalone wielkimi głazami, a wreszcie zarośla kosodrzewiny, gęste i splątane. Między tymi zaroślami i krawędzią czyli “grzbietem” Karpat znajduje się Czarny Staw, leżący w zakącie gór, jakby objęty ich ramieniem, cichy i ciemny; jakże musi wyglądać wśród przymrozków, burz i pomroków jesiennych! Pragnąłbym zobaczyć ten staw w taką porę.
Ponieważ Czarny staw leży o jakie osiem mil od Zakopanego, a powietrze było rzeźwe i krzepiące, więc dostawszy się nad brzeg wody mieliśmy wyborny apetyt. Przewodnicy rozniecili ogniska, i niebawem mieliśmy istną ucztę pod gołym niebem, wspaniałą i obfitą: znalazł się na niej nawet mrożony szampiter, tak iż pełen dobrego humoru autor “Quo vadis” mógł wypić zdrowie swych gości.
Górale wśród pląsów i muzyki zajęli miejsca przed nami na skraju wody. Teren ten okazał się za szczupły, więc Sienkiewicz polecił im zebrać się na trawiastej hali, gdzie zatrzymaliśmy się poprzednio podczas wdrapywania się w górę. Zrobiliśmy fotografie nad jeziorem: jedną całej naszej wycieczki w raz z góralami, drugą zaś Sienkiewicza z dziećmi. Ta ostatnia udała się doskonale; jej reprodukcję znaleźć można na czele wydania “Hani.”
Zadzwoniono do powrotu — i ruszyliśmy ku Zakopanemu.
Gdy dotarliśmy do hali, zastaliśmy tam ruch wielki. Henryk i Jadwiga naparli się, by zbierać drzewo na rozpalenie ogniska, i jęli znosić chróst i gałęzie. Jednakże spowodu silnego wiatru nie można było przez dłuższy czas rozniecić ogniska.
Ognisko to potrzebne było do odtańczenia “zbójnickiego”, w którym całe grono uczestników gromadziło się dokoła “watry”, a pojedyńczy tanecznicy jeden po drugim skakali w krótkich odstępach ponad płomieniem. Po dwóch czy trzech innych tańcach doczekaliśmy się w końcu i zbójnickiego.
Pięćdziesiąt lat temu Zakopane było siedliskiem opryszków. Ludność tamtejsza nie była nawet formalnie chrześcijańską. Drogi między Polską a Węgrami były naówczas bardzo niebezpieczne. Dziś się wszystko zmieniło i zbójnictwo na otwartych gościńcach istnieje tylko w opowieściach, których wiele i to bardzo ciekawych, jak informował mnie Sienkiewicz, krąży po okolicach Zakopanego.
Górale tańczący “zbójnickiego” najpierw przepili do siebie dla animuszu, poczym zgromadzili się dokoła stosu chróstu i gałęzi. Każdy z tańczących miał w ręce siekierkę wielkości indiańskiego “tomahawka”, o rękojeści długiej jak zwyczajna laska. Krąg taneczników poruszał się ze wschodu na zachód. Każdy wyrzucał w górę siekierką. Ożywienie przeszło w dzikie podniecenie. Górale skakali ponad stosem chróstu, aż wszystko skończyło się finałem entuzjazmu i wyczerpania. Cała ta akcja przypominała mi w sposób uderzający taniec wojenny Indian z Seneca w stanie Nowojorskim. “Taniec zbójnicki” ma coś wspólnego z oboma tymi tańcami i (jak wszystkie tańce pierwotne) odgrywał wielką rolę w życiu ludu, który go stworzył.
Z owej wysokości ruszyliśmy w dół, posuwając się “gęsiego” wąską percią nad krawędzią przepaści. Szliśmy pieszo, bo nie było tam miejsca na jazdę konną. Nasze wierzchowce poprowadzono inną drogą. Mały chłopak służący za przewodnika naszej drużynie wyglądał jak Tomcio Paluch ze swymi braćmi na rycinie Gustawa Dore’go.
Znalazłszy się w częściowo zalesionym wąwozie, dosiedliśmy koni i jechaliśmy dalej. Szlak ten różnił się od tego jakim posuwaliśmy się rano. Z jednej strony były ciemne smreki, z drugiej wysokie cyple skalne. A tu i ówdzie sterczał olbrzymi złom kamienny niby potrzaskana figura lub kolumna. Jadąc w pomroku (bo w dolinach było już po zachodzie słońca), w pewnym punkcie okrążyliśmy jakiś załom i po jednej stronie ujrzeliśmy wspaniałą turnię, wyglądającą jak zwaliska zamku. Leżał jeszcze na niej ostatni poblask słońca, i widać było, jak posuwał się zwolna ku wierzchołkowi. W tej samej chwili ozwała się gromko muzyka i śpiewy górali. W miarę jak posuwaliśmy się dalej, blask wspinający się po zboczu urwiska doszedł do samego wierzchołka a gdyśmy się zrównali z ową skałą, już ani jeden cypel ani głaz nie jaśniał światłem słonecznem.
O zmierzchu byliśmy już w Kuźnicy gdzie oczekiwały nas bryczki góralskie mające nas zawieść do siedziby Sienkiewicza. Nie oszczędzano koni a ta prędka jazda w dół przez las, wzdłuż huczącego strumienia górskiego, była przedziwnie miła i stanowiła uderzające przeciwieństwo naszej przeprawy od rana.
Gdyśmy tak pędzili na złamanie karku, nagle bryczki zatrzymały się.
— Co się stało? — zakrzyknął któryś z nas.
— Może ktoś uległ wypadkowi? — dowiadywał się drugi.
— Nie! Jesteśmy już w domu — oznajmił Sienkiewicz.
Dom, choć skryty śród świerków, był oświecony rzęsiście. Stół już był zastawiony do kolacji. Wyszliśmy z ciemności i byliśmy porządnie pomęczeni, a przytem i zgłodniali, więc w smak nam poszła ta kolacja, dobre jadło, jasne oświetlenie i miłe towarzystwo.
Ta wycieczka długo pozostanie mi w pamięci. Wyprawa do Czarnego Stawu była istnym “kunsztykiem”, dziełem sztuki, jak poemat, piękna opowieść lub malowidło....
Gdyśmy się żegnali na dobranoc, Sienkiewicz wręczył mi zapieczętowaną kopertę, którą wolno mi było otworzyć dopiero po wejściu do mojego pokoju. W kopercie znajdowały się daty autobiograficzne oraz odręczna notatka, którą na prośbę Sienkiewicza miałem ogłosić w Ameryce. Wyraził on tam życzenie, bym ja właśnie, nie kto inny, przekładał jego powieści na język angielski; stwierdzał, że zdaje sobie sprawę z tego, ile dla niego uczyniłem, i zapewniał, iż odtworzyłem i dałem odczuć Anglosasom zarówno ducha jak i literę jego książek.
W Zakopanem poznałem wielu ciekawych ludzi, między innymi teścia Sienkiewicza. Człowiek ten odrazu przypomniał mi Zagłobę. Był to zawołany gawędziarz. W dniach swej młodości ukończył uniwersytet rosyjski, stąd mówił po rosyjsku równie biegle jak po polsku. Był to człowiek nadzwyczaj dobroduszny a do Sienkiewicza i jego dzieci przywiązany całą duszą.
Żona Sienkiewicza zmarła jeszcze wówczas, gdy jego córka (dziś trzynastoletnia) miała zaledwie kilka miesięcy. Dziadkowie zajęli się wychowaniem dzieci, a dom Sienkiewicza był ich domem.
Babunia była to prawdziwa polska dama staroświeckiego typu. O ile nie przemawiała do służby, używała wyłącznie francuzczyzny. Jej główną rozrywką, w zupełnej samotności, było układanie pasjansa. Niemal o każdej godzinie dnia można ją było znaleść siedzącą przy stoliku z rozłożonymi przed nią kartami.
W Zakopanem też zawarłem znajomość z p. Giełgudem. Nie mógł on powrócić do swych rodzinnych stron, w Polsce pod zaborem rosyjskim, gdyż jego ojciec brał udział w powstaniu r. 1830, a on sam i jego brat byli przez rząd rosyjski uważani za zmarłych. Jak Giełgud, tak i Sienkiewicz pochodził z rodziny litewskiej. Pradziad Sienkiewicza przeniósł się z Litwy do Królestwa Polskiego w następstwie walk z Rosją, znanych w historii pod nazwą konfederacji barskiej.
25 sierpnia pożegnałem Sienkiewicza i jego rodzinę. Przezacnego staruszka­‑dziadunia widziałem wtedy już po raz ostatni, bo przeniósł się na tamten świat, zanim mi danym było spotkać się powtórnie z Sienkiewiczem.
Gdy nadjechał wehikuł, wynajęty przezemnie celem przejazdu do stacji kolejowej, woźnicą okazał się chłopczyna niespełna dwunastoletni, a uprząż jednego z koni była za słaba nawet na równą drogę. Odesłałem natychmiast ten ekwipaż i czekałem, póki nie przysłano mi innego.
Na owych dryndach człowiek nigdy nie jest pewny życia. Wszystko tam się trzęsie i trzeszczy, a często i trzaska wszystko, co tylko może się potrzaskać. Dzierżyłem więc silnie w dłoniach skrzynkę z negatywami fotograficznymi, a moja żona swój sak wojaż z całym zapasem lekarstw. Gdyśmy byli na jaką milę od stacji nagle utknęliśmy na dobre. Jakiś chłop zatarasował nam drogę potwornie długim pniem drzewa. Na zakręcie kłoda ta przybrała takie położenie, iż konie ani rusz nie mogły jej uciągnąć. Nasz woźnica zaczął mu pomagać, wykręcać kłodę, i niebawem mogliśmy znów puścić się w drogę. Pociąg spóźnił się o dwie godziny.
Zarówno ja, jak i moja żona wynieśliśmy jedynie najmilsze wspomnienia z naszej bytności z Zakopanem.

Przełożył Józef Birkenmajer,
Madison, Wisconsin.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jeremiah Curtin i tłumacza: Józef Birkenmajer.