Strona:Jeremi Curtin - Odwiedziny u Henryka Sienkiewicza.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dobroduszny a do Sienkiewicza i jego dzieci przywiązany całą duszą.
Żona Sienkiewicza zmarła jeszcze wówczas, gdy jego córka (dziś trzynastoletnia) miała zaledwie kilka miesięcy. Dziadkowie zajęli się wychowaniem dzieci, a dom Sienkiewicza był ich domem.
Babunia była to prawdziwa polska dama staroświeckiego typu. O ile nie przemawiała do służby, używała wyłącznie francuzczyzny. Jej główną rozrywką, w zupełnej samotności, było układanie pasjansa. Niemal o każdej godzinie dnia można ją było znaleść siedzącą przy stoliku z rozłożonymi przed nią kartami.
W Zakopanem też zawarłem znajomość z p. Giełgudem. Nie mógł on powrócić do swych rodzinnych stron, w Polsce pod zaborem rosyjskim, gdyż jego ojciec brał udział w powstaniu r. 1830, a on sam i jego brat byli przez rząd rosyjski uważani za zmarłych. Jak Giełgud, tak i Sienkiewicz pochodził z rodziny litewskiej. Pradziad Sienkiewicza przeniósł się z Litwy do Królestwa Polskiego w następstwie walk z Rosją, znanych w historii pod nazwą konfederacji barskiej.
25 sierpnia pożegnałem Sienkiewicza i jego rodzinę. Przezacnego staruszka­‑dziadunia widziałem wtedy już po raz ostatni, bo przeniósł się na tamten świat, zanim mi danym było spotkać się powtórnie z Sienkiewiczem.
Gdy nadjechał wehikuł, wynajęty przezemnie celem przejazdu do stacji kolejowej, woźnicą okazał się chłopczyna niespełna dwunastoletni, a uprząż jednego z koni była za słaba nawet na równą drogę. Odesłałem natychmiast ten ekwipaż i czekałem, póki nie przysłano mi innego.
Na owych dryndach człowiek nigdy nie jest pewny życia. Wszystko tam się trzęsie i trzeszczy, a często i trzaska wszystko, co tylko może się potrzaskać. Dzierżyłem więc silnie w dłoniach skrzynkę z negatywami fotograficznymi, a moja żona swój sak wojaż z całym zapasem lekarstw. Gdyśmy byli na jaką milę od stacji nagle utknęliśmy na dobre. Jakiś chłop zatarasował nam drogę potwornie długim pniem drzewa. Na zakręcie kłoda ta przybrała takie położenie, iż konie ani rusz nie mogły jej uciągnąć. Nasz woźnica zaczął mu pomagać, wykręcać kłodę, i niebawem mogliśmy znów puścić się w drogę. Pociąg spóźnił się o dwie godziny.
Zarówno ja, jak i moja żona wynieśliśmy jedynie najmilsze wspomnienia z naszej bytności z Zakopanem.

Przełożył Józef Birkenmajer,
Madison, Wisconsin.