O krasnoludkach i o sierotce Marysi/V/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł O krasnoludkach
i o sierotce Marysi
Data wydania 1909
Wydawnictwo M. Arct
Drukarz M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PL Maria Konopnicka - O krasnoludkach i o sierotce Marysi 306a.png

C


II.

Cicho skrzypnęły nizkie drzwi lipowe, cicho weszły Krasnoludki do chaty ubogiego Skrobka razem z perłowym dnia brzaskiem.
Jedna tu tylko była izba, z której każdego kąta wyglądała bieda. Największą część tej izby zajmował duży komin z ogromnym zapieckiem; przed kominem leżał zwinięty kot bury i pęk suchego chróstu, postronkiem z kulką związany.
Nieco dalej stał cebrzyk z wodą i blaszanym półkwartkiem, parę garnków, do góry dnem przewróconych, zajmowało ławę, przy ławie stół sosnowy, dwa zydle i trochę kartofli w kobiałce.
Pocieszny był widok Krasnoludków, którzy przypatrując się ubóstwu temu, załamywali ręce i nie śmiejąc głośno wyrzekać w obecności króla, trącali się łokciami i ukazywali sobie wzrokiem to pusty komin, to ławę krzywą, to ową nieszczęsną kobiałkę, która widocznie była jedyną śpiżarnią ubogiego Skrobka. Długie ich nosy poprzedłużały się jeszcze bardziej, wąsy jeszcze bardziej opadły, sfałdowały się czoła, wydęły wzgardliwie wargi, a stłumione szemranie dobywało się z nich przez ostre, zaciśnięte zęby.
Jeden tylko Pietrzyk, zawsze rad i wesół, skakał po izbie i myszkował, śmiejąc się niefrasobliwie i zacierając ręce.
— Ot, pałac! Ot, pańskie pokoje! — wołał. — A czy nam tu źle będzie? Jako żywo! Królewskie mieszkanie. Patrzcie! przez dach zorza świta! Patrzcie, patrzcie, ile róż sypie na izbę! Ile róż rumianych i złotych! Patrzcie! pod belką gniazdo jaskółczyne! Zbudziło się w świetle gniazdo i świergoce! Słuchajcie! Cały pułap śpiewa! Cały pułap się trzepoce od pióreczek ptasich! Patrzcie! patrzcie! Przez rozbite okienko krzak bzu do izby wchodzi! Co za woń! Co za świeżość! Jakie grona kwiecia liliowego! A w krzaku brylantów pełno! na każdym listku brylant! w każdym brylancie tęcza! Nie mówcie mi, że to rosa! Nie, nie! To nie rosa, to drogie kamienie! Słuchajcie! Słowiczek w krzaku siedzi, ranny hejnał śpiewa!
Ale w kącie izby, na garści słomy, dwoje chłopiąt spało. Jasne ich główki tonęły w złotej słomie, zgrzebne koszuliny, na piersiach rozwarte, ukazywały ciałka chude i śniade. Wiosenna noc chłodem widać dmuchała na nie, gdyż chłopcy przytulili się do siebie i ramionkami nawzajem objęli.
— Dla Boga! — krzyknie Pietrzyk. — A ot królewicze!
Podeszli insi, patrzą, a jakieś rozrzewnienie, jakaś miękkość zaczęła rozmarszczać czoła i wygładzać twarze. Zaczem ozwały się zrazu ciche, potem coraz głośniejsze szepty.
— Biedactwa!
— Ubożęta!
— Ot, dola!
— Sierotki!...
Lecz Król Błystek skłonił ku główkom śpiących chłopiąt swoje berło, i błogosławiąc im, rzekł:
— Rośnijcie zdrowo w ubóstwie chaty waszej! Rośnijcie pod cieniem bzów, i pod cieniem lipy, pod jaskółczym szczebiotem, i pod dnia zorzą. Rośnijcie, iżbyście moc mieli chatę podeprzeć, ściany jej pracą wypełnić. Rośnijcie zdrowo!
I dotknął złotem berłem jasnych główek dzieci.
Wtem wszedł Skrobek, obrządziwszy szkapę swą w stajence.
Wszedł, w nizkich drzwiach grzbietu nagiął, i rzekłszy „Pochwalony” u progu, czapkę na stół cisnął.
Obstąpiły go natychmiast Krasnoludki, pytając ciekawie:
— Czyje to te dzieci?
— A czyjeż mają być? — chłop na to. — Najpierw Boskie są, a potem moje! Byłoć tego więcej drobiazgu, ale Bóg zabrał, kiedy ich odumarła matka. Tylko się tych dwójka w chałupie ostała.
— Niechże się chowają zdrowo! — rzecze na to Król Błystek.
I wnet na drużynę swą skinął, żeby skarby z woza pod zapiecek niosła.
Ruszyły się Krasnoludki z pośpiechem i zaczęły dźwigać swoje skrzynki i szkatuły pod piec, a w mysie nory je chować, przyczem sprawiały się tak cicho, że się nawet kot bury, przed kominem leżący, nie zbudził.
Skrobek patrzył na to wzrokiem już obojętnym. Po dniu dopiero zobaczył na wozie, co to były za skarby: ot, małe skrzynki śmieci i kamyczków, nic więcej. Ten cały blask, ta światłość, te ognie i kolory, które go tak oślepiły w nocy, to był tylko proch i żwiry, a te sztaby złota i srebra — trzciny i badyle.
Ale gdy Krasnoludki, poznosiwszy co było, w mysich norach zniknęły, przejść sobie i ganków szukając, biczyskiem w ubitą ziemię stukać zaczął i na dzieci krzyknął:
— Hej, Kuba, Wojtek, wstawajta, nicponie, a duchem! Nie widzita, że się ociec wrócił?
Zaroiły się chłopcy w słomie i oczy przecierać zaczęły, szepcąc sennym głosem:
— Tatuńciu! A coście nam przywieźli z jarmarku?
Ale chłop był zły i nie do rozmów mu było.
— Kijam przywiózł! — rzekł tedy ostro.
A wtem Kubuś na słomie siadł i rzecze:
— Tatuńciu, widziałem króla.
A Skrobek:
— Królaś widział? A jakiż to król był?
Na to chłopiec:
— A Trzejkrólowy!
— No, to ci się tylko tak śniło! — rzecze Skrobek, który nie chciał, żeby dzieci o Krasnoludkach wiedziały i sąsiadom powiadały.
Ale chłopiec nie dał się z tropu zbić.
— Ale! — zawołał. — Nie śniło mi się, tatuńciu, tylko, żem sprawiedliwie króla widział! Koronę złotą miał, królewskie obleczenie, brodę w pas i taką berlicę w ręku złocistą, że to aż blask od niej szedł, jak od samego słońca. Sprawiedliwiem, tatuńciu, króla widział! Szedł i po drodze złoto siał.
Tu zaczął się bić w piersi chłopiec i przysięgać, jako mu się to nie śniło; ale Skrobek ofuknął go, tupnąwszy z gniewem nogą:
— Dam ja ci króla, próżniaku jeden, aż ci się kij przyśni! Wstawajcie mi duchem, a po chróst do boru biegajcie, bo go już mało! Rozumiecie?!
— Rozumiemy — odrzekli Wojtuś i Kubuś, a wygrzebawszy się ze słomy, w wiaderku się umyli, koszuliny krajką przepasali, uklękli, pacierze odmówili, poczem rękę ojca ucałowali i wziąwszy za pazuchę kilka wczorajszych kartofli, ku progowi szli.
A Skrobek rzemień z siebie odpasał, do góry go podniósł i pyta:
— Widzita, co trzymam w garści?
— Jużci widzim; — chłopcy na to z nieśmiałością wielką.
— Cóż to jest?
— Ano... rzemień.
— Do czego?
— Ano... do bicia.
— A bicie boli?
— Oj, boli, tatuńciu, boli!
I nuż piąstkami oczy trzeć, za kolana obejmować ojca, do płaczu się krzywić.
Ale Skrobek rękę z rzemieniem opuścił i rzecze:
— Pamiętajcie to sobie, jeden z drugim, co wam teraz powiem: jak mi który parę z gęby puści o tym królu, to mu takie cięgi tym rzemieniem sprawię, że w niebie będzie słychać! Rozumiecie?
— Oj, rozumiemy, rozumiemy, tatuńciu! — szlochali obaj chłopcy, coraz silniej obejmując ojcowskie kolana. — Oj, nie piśniem i słówka! Ano, nie bijcie nas też, nie bijcie, tatuńciu złocisty!
— No, dobrze już! — rzecze chłop i rzemień na ławę ciśnie. — A teraz marsz po chróst!
Wtulili chłopcy głowiny w ramiona i ciszkiem wysunęli się z izby.
A kiedy już byli za płotem, obejrzał się Kubuś na chałupę przezornie, poczem trąciwszy w bok brata, rzecze:
— A ja, com króla widział, tom widział!


PL Maria Konopnicka - O krasnoludkach i o sierotce Marysi 316.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.