Przejdź do zawartości

Strona:PL Maria Konopnicka - O krasnoludkach i o sierotce Marysi.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 Skrobek patrzył na to wzrokiem już obojętnym. Po dniu dopiero zobaczył na wozie, co to były za skarby: ot, małe skrzynki śmieci i kamyczków, nic więcej. Ten cały blask, ta światłość, te ognie i kolory, które go tak oślepiły w nocy, to był tylko proch i żwiry, a te sztaby złota i srebra — trzciny i badyle.
 Ale gdy Krasnoludki, poznosiwszy co było, w mysich norach zniknęły, przejść sobie i ganków szukając, biczyskiem w ubitą ziemię stukać zaczął i na dzieci krzyknął:
 — Hej, Kuba, Wojtek, wstawajta, nicponie, a duchem! Nie widzita, że się ociec wrócił?
 Zaroiły się chłopcy w słomie i oczy przecierać zaczęły, szepcąc sennym głosem:
 — Tatuńciu! A coście nam przywieźli z jarmarku?
 Ale chłop był zły i nie do rozmów mu było.
 — Kijam przywiózł! — rzekł tedy ostro.
 A wtem Kubuś na słomie siadł i rzecze:
 — Tatuńciu, widziałem króla.
 A Skrobek:
 — Królaś widział? A jakiż to król był?
 Na to chłopiec:
 — A Trzejkrólowy!
 — No, to ci się tylko tak śniło! — rzecze Skrobek, który nie chciał, żeby dzieci o Krasnoludkach wiedziały i sąsiadom powiadały.
 Ale chłopiec nie dał się z tropu zbić.

 — Ale! — zawołał. — Nie śniło mi się, tatuńciu, tylko, żem sprawiedliwie króla widział! Koronę złotą miał, królewskie obleczenie, brodę w pas i taką berlicę w ręku złocistą, że to aż blask od niej szedł, jak od samego słońca. Sprawiedliwiem, tatuńciu, króla widział! Szedł i po drodze złoto siał.