Nowele, Obrazki i Fantazye/Wstęp

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Artyzm w powieściach Kraszewskiego
Podtytuł Wstęp
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
WSTĘP.
(Artyzm w powieściach Kraszewskiego.)

Nadużyto już nieraz w przytoczeniach i rozumowaniach znanego aforyzmu Buffona: styl to człowiek, ale gdy się zastanawia nad różnicami dzielącemi jednych autorów od drugich, trudno go raz jeszcze nie powtórzyć. Istotnie myśli, uczucia, stosunki mogą być spólne wielu znakomitym pisarzom, lecz co im indywidualną, wybitną cechę nadaje, to sposób wyrażenia owych myśli, uczuć i stosunków, to styl i układ w ich dziełach, wynikające z usposobienia przyrodzonego i charakteru wyrobionego w ciągu życia. Wybitny styl jest znamieniem wybitnéj osobistości pisarskiéj.
Temperament jest podstawą, na któréj rozwijają się wszystkie właściwości i uzdolnienia człowieka, a więc i styl jego, jeżeli posiada talent pisarski. Inaczéj tworzą ludzie z temperamentem gwałtownym i namiętnym, inaczéj — z łagodnym i spokojnym, inaczéj uczuciowi, inaczéj refleksyjni.
Kraszewski miał z natury usposobienie nadzwyczaj wrażliwe i drażliwe, ale nie posiadał przytém namiętności silnych, trwałych, dążących do czynu, do działania na zewnątrz. Wrażliwość jego, skupiając się w duszy, znajdowała ujście prawie wyłącznie tylko w pisaniu, w twórczości literackiéj, gdyż nawet nie czyniła go zbyt mownym. Stąd ów „niepohamowany popęd“ pisarski Kraszewskiego, stąd jego nadzwyczajna, prawdziwie fenomenalna płodność, stąd zarazem istotny charakter jego stylu, polegający nie na krasomówczym zapale, tylko na uczuciowo zabarwionéj ucinkowości, w któréj wielka obfitość spostrzeżeń, po większéj części luźnych, ściśle w pewne skombinowane wiązki idej nie splecionych, najodpowiedniejszy, najwłaściwszy znaléść mogła wyraz.
Styl ten składa się z samych niemal zdań krótkich, czasem prawie urwanych, obok siebie zestawionych za pomocą spójników łącznych, lub rozdzielonych za pomocą — rozłącznych. Tego, co nazywamy stylem peryodycznym, w jakim kochają się krasomówcy, prawie nie znajdujemy u Kraszewskiego, chyba w najprostszéj, nasuwającéj się sama przez się postaci. Jeszcze w samych początkach zawodu literackiego, widocznie pod wpływem stylu klasyków naszych, Kraszewski częściéj używał budowy okresowéj, niż późniéj, zwłaszcza pod koniec życia, kiedy nawet zewnętrznie, w bardzo licznych ustępach, (à capite), skłonność sobie przyrodzoną do wyrażania się w zdaniach krótkich uwydatniał.
Weźmy dla przykładu dwa krótkie kawałki z dwu okresów przedzielonych od siebie pięćdziesięciu laty.
W „Czterech weselach“ (r. 1834) bohaterka Julia tak odpowiada na pytanie Adolfa, czy można żyć z tym, kogo nie kochamy: „Czemu nie!... Ja bardzo lubię czytać romanse, wyobrażać sobie szczęście sielankowe, co się po licznych przeciwnościach zawiązuje u ołtarza i trwa niewzruszone do śmierci. Ale na świecie inaczéj się dzieje. Trzeba często szukać cieniu szczęścia w najdziwniejszych kryjówkach; żeby smakowało, trzeba go umiéć coraz inaczéj przyprawiać, coraz gdzieindziéj mieścić. Kobieta zręczna z każdym żyć potrafi; wié, gdzie pobłażać, a gdzie się oburzyć; mąż rozkazując nawet jéj słucha; żyjem z mężem dla kochanka, bo najlepszy kochanek nie może być dobrym mężem, i nic niepodobniejszego, jak żeby mąż mógł być kochankiem — chyba na bardzo krótko. Mężczyzna jest dziwném stworzeniem; nieraz przysięgając u ołtarza wierność żonie, okiem wodzi po kobietach, myślą biega za sposobami, któremi-by mógł je zwodzić“[1].
I w tym urywku mamy już zasadnicze znamię stylu Kraszewskiego, t. j. luźne zestawianie zdań, ale jeszcze gdzieniegdzie znajdują się ślady okresowéj budowy, które we wcześniejszych utworach np. w „Panu Walerym“ z r. 1831 są daleko częstsze. Tymczasem w nowelach pisanych pod koniec życia spotykamy już same rozkawałkowane zdania graficznie od siebie oddzielone.
W opowiadaniu p. t. „Psiarek” najczęściéj takie czytamy frazesy:
„Wzięto go do dworu przez miłosierdzie.
„Matki nie miał dawno, ojciec się puścił na żebry i jemu się kazał prowadzić, bo chociaż nie oślepł zupełnie, ale mało co widział, a robić nic już nie zdążał.
„Chodził więc boso, głodny, od wsi do wsi, od chaty do chaty, żyjąc suchym chleba kawałkiem i wodą.
„Sypiali latem pod płotem, zimą po szopach, rzadko w ciepłéj izbie.
„Psom się musiał opędzać, a ojciec znędzniały, zbolały, nie oszczędzał dziecka.
„Jednego dnia zaniemógł, idąc na gościńcu, położył się w rowie, przykrył siermięgą, otulił jak do snu, stęknął razy parę i nie wstał więcéj.”[2] i. d. i t. d.
Taki styl nadaje się wybornie do malowania rzeczy i ludzi drobnemi rysami, do kreślenia scen krótkich, urywanych, które sobie czytelnik zbierać w jednę całość musi, ażeby wytworzyć w wyobraźni szereg stosunków, które chciał dać poznać powieściopisarz. Styl taki może być bardzo żywym i obrazowym, jeżeli fantazya pisarza jest zasobna w barwy i trafne spostrzeżenia. Do kreślenia wspaniałych, zdumiewających przepychem zewnętrznym lub wylewem gwałtownych namiętności, scen i sytuacyj mniéj się on nadaje, bo zbyt rozdrabnia, atomizuje, że tak powiem, wrażenia czytelnika, utrudnia mu utworzenie jednolitego obrazu.
Fantazya Kraszewskiego była zdumiewająco obfitą i zasobną, tak, że nigdy nie popadł w to, co nazywamy „zmanierowaniem” pisarskiém, t. j. w powtarzanie siebie samego przy tworzeniu postaci, sytuacyj i motywów ich działania. Potrzebowała ona ciągłego zasilania przez obserwacyę i wtedy tworzyła rzeczy najlepsze; ilekroć zaś poeta, porwany przykładem poetów romantycznych, chciał tworzyć osoby, położenia, krajobrazy niewidziane zgoła, lub dokładnie w dokumentach nie przedstawione, tylekroć ukazywały się dzieła słabsze, widocznie z jakąś niepewnością czy przymusem kreślone. Dowodem tego są wszystkie tak zwane „fantazye” Kraszewskiego: wtedy są one w czytaniu znośne, gdy najbliżéj ziemi się trzymają; gdy zaś unoszą się w sfery nadobłoczne, gdy przedstawiają stosunki bardzo uogólnione i bardzo uidealizowane, jak np. w „Mogiłach,“ tracą plastyczność, jasność, stają się nieuchwytnemi widziadłami. Naodwrót, jakże świetne są te osobistości w jego utworach, których życie poznał w najdrobniejszych szczegółach podczas długoletniego pobytu na wsi; jak wyborni są jego ekonomowie, szlachta pomiernéj zamożności, zarówno w swoich starych jak i młodych przedstawicielach, żydzi arendarze, jarmarkowicze, księża, chłopi, dziewczęta z chaty i dworku, cyganie i cyganki, emeryci, przeciętna wreszcie inteligencya w gronie pisarzy, artystów i urzędników mianowicie starszéj daty!... Prawda, że ta plastyka odnosi się przedewszystkiém do zewnętrznéj osób postaci, ale w tym względzie jest niemal nieporównaną: kilkoma dobitnemi rysami umie Kraszewski lepiéj odmalować człowieka, aniżeli inny powieściopisarz całostronicowym opisem. Dlatego téż i krajobrazy znanych mu dobrze okolic celują prawdą, żywością i barwnością.
Do odtworzenia głębin duszy natur bardziéj złożonych nie brał się zazwyczaj Kraszewski, czując bezwątpienia słabość swoję w téj mierze. Jak prawdziwy plastyk przedstawiał swe postaci zzewnątrz, wraz z tém wszystkiém, co zewnętrznie mogło stan ich uwydatnić, a więc z wyrazem fizyognomii, giestami i charakterystyczną mową. Dla odtworzenia indywiduów prostych i średniéj miary cechy te wystarczały najzupełniéj, bo u nich, jak się mówi, serce jak na dłoni, ale były niedostatecznemi dla odmalowania charakterów wyższych, umiejących taić w sobie nawet najgłębsze uczucia i nie dających poznać ich zewnętrznemi znakami. Stąd to niéma ani jednego gienialnego umysłu w powieściach naszego pisarza, stąd nawet natury artystów, poetów średniego poziomu nie są zadawalniająco w nich nakreślone, pomimo że Kraszewski kilkakrotnie do tego tematu wracał, i tylko raz w „Demonie“ złudzenia wielkiéj twórczości umiejętnie a nawet niekiedy świetnie przedstawił. Ludzie chytrzy i przebiegli zazwyczaj są takiemi w określeniach, od powieściopisarza pochodzących, a nie w saméjże akcyi.
Porównania i przenośnie brane są przez Kraszewskiego najczęściéj, według wzorów najdawniejszych, wprost z natury otaczającéj, jako dla ogółu czytających najzrozumialsze, czasami z dziedziny sztuki, z którą długoletnio obcując, spoufalił się i za drugą naturę uważał, bardzo zaś rzadko z dziedziny nauki i wogóle ze sfery abstrakcyjnéj. Za nadzwyczajnością nie gonił, lubił posługiwać się znamiennemi wyrażeniami mowy potocznéj, a mimo to bardzo często znajdują się u niego zdania sformułowane oryginalnie a malowniczo. Nie obliczywszy dokładnie, niepododobna orzec stanowczo o zasobie jego słownikowym, ale jeżeli polegać zechcemy na wrażeniu osobistém, to nie przyznamy mu wielkiéj obfitości, i to nie dlatego, żeby nie znał języka doskonale, lub żeby nie czuł wagi wyrazów, lecz dlatego, że się ciągle śpieszył, pisząc szybko nie mógł długo nad doborem słów się zastanowić, lecz brał te, które mu się same na myśl nawijały.
Uczuciowość naszego powieściopisarza, tak jak fantazya jego, średniéj tylko dochodziła temperatury; ani apatyi krańcowéj, ani namiętnych wybuchów nie znała; wszystko zresztą, co w pośredniéj pomiędzy temi granicami strefie się znajduje, od nieśmiałego uczucia, czy téż uszczypliwego żartu, do rozgorzenia płomieniem miłości indywidualnéj lub ogólnéj, czy téż do szyderstwa i sarkazmu, wszystko umiał Kraszewski opowiedzieć, przedstawić, odmalować, nie pomijając pospolitszych patologicznych objawów. Wiedział on i wyznawał, że „namiętność, niepohamowany popęd“ jest jednym z „głównych warunków doskonałości dzieł poetycznych“[3] i w początkach zwłaszcza swojego zawodu starał się twórczość swą do téj zasady zastosować, lecz nie posiadając w głębi duszy zapasu wielkich namiętności, musiał poprzestać na malowaniu mniéj wydatnych, ale powszechniejszych zjawisk serca ludzkiego, umiejąc grać na skali uczuć, z wyjątkiem dwu krańców: kamiennego spokoju i tragicznéj podniosłości.
W kompozycyi, przy takich warunkach wyobraźni, uczuciowości i stylu, musiały oczywiście przeważać drobne obrazki, luźnie ze sobą połączone, bez należytego ich ześrodkowania, bez ustosunkowania części do całości. Przez czas tylko krótki pojawiały się w powieściach Kraszewskiego sceny szeroko, rozlegle kreślone, wyczerpujące do dna pewną sytuacyę; a wogóle urywkowe, niezbyt starannie wykonane, chociaż dobrze pomyślane scenki składają się na utwór, żyjący i zajmujący nie tyle artystycznemi zaletami układu, ile pojedyńczemi pięknościami w różnych utworu częściach rozsianemi. Nie robił zaś tego autor z rozmysłu, jak niektórzy powieściopisarze francuscy z „naturalistycznéj“ szkoły, lecz raczéj wskutek przyrodzonéj właściwości swego talentu działania na czytelnika drobnemi efektami. Gdyby nie to, że autor przez zapomnienie, bardzo długo przeciąga jednostajną sytuacyą, różniczkując ją słabo, takie traktowanie rzeczy nie raziłoby wcale, byłoby tylko właściwym artyście, a umiejętnie zużytkowanym środkiem pisarskim.
Cechy te tworzenia artystycznego w długoletnim okresie działalności naszego powieściopisarza rozmaicie się kombinowały, wytwarzając styl i kompozycyą, charakteryzujące pewną chwilę w rozwoju jego talentu. Chwil takich można oznaczyć cztery.
W pierwszéj, najwcześniejszéj, dającéj się chronologicznie określić datą 1830—1842, Kraszewski wyrabia sobie stopniowo, z bardzo wyraźném przerzucaniem się od jednéj formy do drugiéj, najodpowiedniejszy dla swego usposobienia sposób wyrażania myśli. Zacząwszy pisać bardzo młodo, musiał on pod względem artystycznym ulegać wpływowi wzorów swojskich i obcych, lubo w 20-ym roku życia zapewniał butnie o swéj samoistności. „Wypada mi teraz — pisał on wówczas[4] — zrobić wyznanie grzechów i, uderzywszy się w piersi, wymienić, kogo naśladowałem; śmiejcie się, gniewajcie się, róbcie, co chcecie, czytelnicy, ja do naśladowania się nie przyznaję. Źle czy dobrze, sam sobą się kontentuję i piszę. Wolno sądzić, co się podoba.“ Krytyka z téj wolności sądzenia skorzystała i wykazała, że Kraszewski, bezwiednie zapewne, ale ulegał wpływowi przedewszystkiém Fryderyka Skarbka i to dawniejszych jego utworów, w których on był naśladowcą Wawrzyńca Sterne’a [5].
I tak wspólne jest Kraszewskiemu ze Skarbkiem obieranie za bohaterów i ich towarzyszów — ludzi najpospolitszych, najzwyklejszych, nie będących nawet czémś szczególném w swojém nader ograniczoném kółku. Z tém umiłowaniem powszedniości łączył się naturalnie wstręt do deklamacyjnego przedstawiania uczuć, co u Kraszewskiego przemieniło się w początkach w zupełne prawie pomijanie malowania strony uczuciowéj, albo w zbywanie ich rysami nader powierzchownemi i pobieżnemi. Chęć wydrwienia dawnych patetycznych uniesień w romansach poprowadziła Skarbka i Kraszewskiego do przeplatania scen poważnych trywialnie komicznemi, które rzadko kiedy osiągają cel rozśmieszenia czytelnika. Zamiłowanie piękności przyrody zarówno u jednego jak u drugiego pisarza było teoretyczne tylko, wypowiadane w uwagach od autora pochodzących, ale w praktyce uwydatniało się bardzo ogólnikowo, gdyż pisarze zwracali głównie uwagę na powierzchowność mieszkań, ludzi i zwierząt. Kraszewski wprawdzie mówił: „Każdy promyk światła niestale przebijający się przez gałązki lub migający na gładkiéj wód powierzchni, cichy szelest gałązek i to powolne mruczenie leniwego strumyka pomykającego się w głębokim parowie, wszystko to mnie porusza i zachwyca“[6] — ale była to chyba uwaga nawiana zzewnątrz, a nie odczuta głęboko przez powieściopisarza, gdyż w całym tym utworze, z którego ustęp ten wyjęty, nie ma innych śladów przejęcia się wrażeniami od natury odbieranemi. — I w kompozycyi artystycznéj są ważne podobieństwa pomiędzy Skarbkiem a pierwszemi powieściami Kraszewskiego.
Przedewszystkiém brak im perspektywy, wszystkie postaci wchodzące do powieści traktowane są jednakowo, powtóre niéma w nich starania o całość: szereg drobnych wypadków, stawiających osoby powieściowe w różnych pozycyach, ale nie zestrzelonych w jedno ognisko, ani téż nie przyczyniających się do rozwoju charakterów wypełniają opowiadanie. Niejednokrotnie spotykają się zwroty indywidualne do pracy autorskiéj, nie będące w żadnym związku z przedstawianemi faktami.
Pod zaznaczonemi tu względami podobne są pierwsze utwory Kraszewskiego do tak zwanych humorystycznych powieści Skarbka; ale i w nich już znajdują się znamiona odrębne. Kraszewski daleko chętniéj przebywał wtedy wśród mieszczan niż wśród szlachty wiejskiéj, daleko częściéj prowadził do małego miasteczka niż do stolicy. Patrzył on na ten swój światek ironicznie, czuł swoję nad nim wyższość, upatrywał w nim wszędzie śmieszność, i tylko ze strony śmiesznéj go przedstawiał; ale osobistości w nim widziane, zewnętrzne kształty miejsc a mianowicie budynków i placów kreślił z prawdziwém zamiłowaniem, nadzwyczaj szczegółowo, ba, nawet drobiazgowo do zbytku. Było to dowodem bystrego zmysłu spostrzegawczego, który umiejętnie pokierowany i uprawiony miał nadać fantazyi autora jednę z zalet najwybitniejszych — plastyczność, nader rzadko spotykaną u powieściopisarzów poprzedzających Kraszewskiego.
Już w „Panu Karolu“ z r. 1833 widzimy pewne modyfikacye; już tu znajdujemy większą dbałość o pewny ciąg w opowiadaniu; sentencye i wszelkiego rodzaju uwagi, które dawniéj zajmowały dużo miejsca w powieści, znikły prawie zupełnie, tak, że mamy przed sobą postaci przedmiotowo postawione w rozmowie najczęściéj, rzadziéj w działaniu, bez żadnych osobistych autorskich rekomendacyj. Jako najważniejszego środka wywarcia wrażenia użył tu autor kontrastu, którego w poprzednich powieściach zgoła nie było. W wyrazach starał się powieściopisarz o osiągnięcie siły; każdy, choćby najgrubszy i najniesmaczniejszy, był dla niego dobry, jeżeli dobitnie rzecz malował.
Przez lat kilka ten tryb artystyczny obrabiania tematów panował w powieściach i szkicach Kraszewskiego, branych zarówno z owego świata drobnych bohaterów („Cztery wesela“, „Improwizacye dla moich przyjaciół“), jak i z wprost przeciwnego, samemi nadzwyczajnościami i nieprawdopobieństwami zapełnionego („Leon Leontyna“ w „Wędrówkach literackich“). W utworach ówczesnych nie dbał autor ani o moralność, ani o ideę, mając na względzie jedynie cel artystyczny wywołania efektu. W kompozycyi i stylu nie pilnował ładu estetycznego, o umotywowanie wypadków się nie starał: wszystkie braki zastąpić musiała fantazya i siła wyrażenia.
Oddanie się przez lat parę twórczości poetyckiéj w formie wierszowanéj oddziałało na uszlachetnienie pomysłów w zakresie powieściowym i samychże wyrazów; zaczął Kraszewski unikać słów zbyt jaskrawych, obrazów zbyt grubych, a malowidła ludzi i stosunków między niemi rozjaśniać blaskiem poezyi marzycielskiéj. Z początku robił to w sposób niezbyt smaczny, pisząc tak zwaną prozą poetyczną (np. „Było nas dwoje“, „Życie po śmierci, opowiadanie pijaka“), ale późniéj potrafił istotnie wyciągnąć z tego połączenia realizmu z idealizmem rzeczywistą korzyść dla swéj sztuki pisarskiéj, a jedném z najwcześniejszych świadectw w tym względzie jest powieść „Świat i poeta“ z taką pisana werwą jak żadna z późniejszych, a przeniknięta w całości ironią, która tu może najświetniejsze u Kraszewskiego znalazła uzewnętrznienie.
Jak w téj pierwszéj chwili artystycznego rozwoju przeważał w powieściopisarzu naszym nastrój satyryczny, bardzo chętnie posługujący się bronią zjadliwéj krytyki, bezwzględnego potępienia, ironii i sarkazmu, tak w drugiéj chwili od r. 1842—1850 następuje przewaga pierwiastku tęsknego, który dawniéj przelotnie się tylko pojawiał. Zapewne draźliwość autorska, zadraśnięta krytykami pojawiającemi się o jego dziełach, posuwanie się w wieku, które kazało tęskném spojrzeniem obejmować lata upłynione, dużo się przyczyniły do spotęgowania owego nastroju, ale może téż były jakieś zawody bliżéj nam dzisiaj nieznane, które żywo dotknęły naszego autora. Tęsknota pojawia się już we wspomnieniu akademickiém „Adam“ napisaném r. 1842 a drukowaném w „Radegaście“ Kirkora na r. 1843, silniéj się uwydatnia w fantazyi „Pod włoskiém niebem“ i w powieści historycznéj „Zygmuntowskie czasy,“ bujnie już się rozwija w „Pamiętnikach nieznajomego,“ w których skład weszło owo wspomnienie akademickie, a stałą już jest cechą dalszych utworów Kraszewskiego przez bardzo długi lat szereg. Było-to łzawe, tęskne rozrzewnienie, które się rodzi w duszy przy rozpamiętywaniu szczęśliwych chwil przeszłości, kiedy się wie, że one już wrócić nie mogą, był to wyraz owego miłego bólu, co jest łagodnym a trwałym i wywołuje w sercu uczucia miękkie, sympatyczne, łatwo idealizujące pewne przedmioty i pewnych ludzi. Przedmiotem takim staje się dla Kraszewskiego krajobraz wiejski, sztuka, a ludźmi takiemi poeci, artyści, marzyciele, biedni, uciśnieni. Nie stracił wprawdzie autor swego satyrycznego talentu, używał go owszem nieraz w sposób bardzo dotkliwy, ale już go nie stosował bezwzględnie do wszystkiego, co znajdował przed sobą. Nowy ten nastrój tak dalece zapanował w powieściach Kraszewskiego, że w mniemaniu inteligentnego ogółu stał się on wyłącznie charakterystycznym dla naszego autora, zupełnie w cień zasunąwszy poprzednią przeszło 12-letnią jego twórczość odmiennego usposobienia. Oczywiście przyczyniły się do tego i jaśniéj sformułowane myśli przewodnie i wydoskonalenie plastyki i mistrzowstwo w kreśleniu obrazków, chociaż kompozycya, jak i poprzednio, pozostała dość niespójną, z szeregu drobnych scen złożoną.
Cechą znamienną trzeciéj chwili rozwoju artystycznego u naszego powieściopisarza, którą można oznaczyć latami 1851—1862, jest właśnie zmiana w sposobie kreślenia sytuacyj. Było to zapewne wynikiem różnorodnych wpływów obcych i swojskich, ale że i sposób tworzenia Korzeniowskiego, od początku różny od maniery Kraszewskiego, miał w tém swój udział, to zdaje się nie ulegać wątpliwości. Powieściopisarz nasz porzucił naówczas dawniejszy tryb szkicowego malowania ludzi i rzeczy, a rozwinął natomiast szeroko stronę opisową i charakterystykę, z prawdziwém zamiłowaniem malarza rodzajowego, który każdym szczegółem, każdym drobiazgowym nawet rysem, mogącym znamiennie przedmiot jakiś nacechować, interesuje się gorąco i wzbogaca nim swój obraz. I w pierwszéj chwili swego rozwoju, jak to zaznaczyłem, okazywał on ten popęd do zbierania rysów drobnych, ale czynił to jeszcze bardzo nieudolnie, mieszając rysy ciekawe i ważne z nic nieznaczącemi, kreśląc swój opis sucho, i często karykaturalnie[7]. Późniéj lubił uwydatniać tylko strony jaskrawe, poprzestawał na opisie zwięzłym, dobitnym, na charakterystyce krótkiéj, jędrnéj. W trzeciéj chwili rozwoju powrócił do swego pierwotnego sposobu malowania, ale z nadzwyczajnie wzmożonym talentem, umiejąc wybrać rysy prawdziwie ważne i znamienne, nadać kolorytowi ciepło, opisom barwność i świetność niezrównaną, charakterystyce — trafność, dowcip, powab stylu. Jeżeli opisuje karczmę poleską, to robi to na kilkunastu kartach, które jednakże nie nużą, gdyż coraz to nową a zajmującą dla wyobraźni karm’ podają. Kiedy opowiada przyjazd króla Stanisława do możnego domu na Wołyniu, poświęca temu przedmiotowi pół tomu („Dyabeł“). Kiedy kreśli charakterystykę osób, to daje poznać częstokroć nie tylko te osoby, ale także ich ojców i dziadów. Kiedy maluje jakieś zebranie, to je nie tylko kreśli z téj strony, która ma oznaczyć dalszy rozwój akcyi powieściowéj, ale i samo w sobie, a więc wielostronnie, jakiém bywa w rzeczywistości. Opisy ludzi i rzeczy z tego czasu dochodzą niekiedy do mistrzowstwa, a są inne od opisów Korzeniowskiego. Kraszewski ozłaca i ogrzewa je uczuciem, liryzmem, silniejszém tchnieniem poetyckiém; albo obrzuca je szyderstwem, sarkazmem, przez co właśnie czyni je zajmującemi i pociągającemi. Takim podmiotowym pierwiastkiem szkodził wprawdzie ich objektywności, robiąc rzeczy i ludzi trochę lepszemi lub gorszemi, trochę prozaiczniejszemi lub poetyczniejszemi, niż były w rzeczywistości; ale dla przeciętnego ogółu czytelników, a nawet dla przeważnéj części inteligencyi nie stanowiło to wady, lecz powab, gdyż pociągało ich serca za sobą. Powieści utworzone w tym czasie, jakoto: „Komedyanci,“ „Dwa światy,“ „Powieść bez tytułu,“ „Interesa familijne,“ „Jermoła“ należały téż do najpoczytniejszych, i pod względem wyłącznie artystycznym rozważane, wyższe były od wszystkich poprzednich, zastanawiały bogactwem barw, nadzwyczajną plastyką i wyrobieniem stylu.
Czwarta wreszcie chwila rozwoju artystycznego (1863—1887) może być nazwana eklektyczną. Autor w różnych porach wracał do różnych dawniejszych sposobów tworzenia, wplatając w nie nowe pierwiastki, pod wpływem literatury francuskiéj, zwłaszcza naturalistycznéj wyrobione. Są w téj dobie powieści, całkiem szkicowo traktowane, jak np. cykl obrazków „kreślonych z natury“ pod pseudonimem Bolesławity, lub cykl wszystkich prawie opowiadań historycznych od czasów bajecznych aż do trzeciego Sasa włącznie. Są znowu inne, w których szeroko narysowane i w pewnym ciągu rozwijane sytuacye przeważają, zbliżając takie np. utwory jak szereg powieści z czasów Saskich („Hrabina Cosel,“ „Brühl,“ „Z siedmioletniéj wojny“ i t. d.) do najlepszych dzieł pisanych w trzeciéj dobie tworzenia. Są jeszcze i takie, które widocznie urodziły się pod wpływem kryminalnych romansów Gaboriau, jak np. „Emisaryusz,“ „Bezimienna,“ „Sprawa kryminalna,“ „Z życia awanturnika,“ „Czarna perełka,“ „Bratanki,“ „Zemsta Czokołdowa,“ część II „Zagadek“ itp., ale niezbyt udatnie się przedstawiają, ponieważ autor przyzwyczajony do malowania bardzo spokojnie toczącego się życia wiejskiego, nie miał dość giętkiéj wyobraźni, by obmyślać sytuacye z własnego tylko zasobu, ani téż dość cierpliwości, by obmyśliwszy nawet, sprawę zawikłaną, węzły jéj wobec czytelnika rozwiązywać zręcznie i w sposób zajmujący.
Z realizmem i naturalizmem francuskim zapoznał się Kraszewski wcześnie, podziwiał jego technikę, ale potępiał temata wstrętne przezeń ulubione. O studyowaniu najdrobniejszych nawet szczegółów z natury, nie mógł się, w myśl teoryi naturalistycznéj, kusić nawet, bo żył po za krajem i do badań takich nie miał ani sposobności, ani odpowiedniego uzdolnienia; musiał więc w tym względzie poprzestać na dawniejszym sposobie obserwowania zewnętrznych przeważnie stron ziomków, których spotykał w Dreźnie, lub w podróżach. O staranne wykończanie stylu nie tylko pod względem doboru wyrażeń, porównań, przenośni, ale nawet pod względem brzmienia dźwięków obok siebie stojących, nie mógł się również ubiegać pisarz, który tworzył conajmniéj za dziesięciu płodnych autorów. W kompozycyi naturaliści utwierdzili tylko Kraszewskiego, zarzucając sztuczną intrygę i starając się iść wiernie za naturalnym rozwojem charakterów i wypadków; chociaż nie przejęli go swoją w téj mierze zasadą, bo nasz powieściopisarz miał zawsze na widoku pewną zaokrągloną artystycznie osnowę, tylko w jéj rozsnuciu spuszczał się zazwyczaj na podszepty swobodnego kojarzenia się wyobrażeń, które mu nieraz kazały osnowę przerywać, nowe osoby dowolnie wprowadzać itp. Natomiast inną zasadę tworzenia realistycznego tj. przedmiotowość (objektywność) przyswoił sobie łatwiéj, lubo nie uczynił jéj hasłem swojém i prawidłem stałém; po większéj części obrazy jego w tym czasie mają cechę przedmiotowości; ale od czasu do czasu pojawiają się maksymy wprost od autora pochodzące, choć nie osobistego, lecz ogólniejszego charakteru. Równocześnie zniknął nastrój sentymentalnéj nieco tęsknoty, który przez lat 20 w pismach jego przeważał, a na jéj miejsce pojawiała się coraz częściéj, obok dawniejszego żartu i sarkazmu, łagodna ironia, uśmiechająca się pobłażliwie z wyżyn uspokojonego, do pewnéj równowagi przyprowadzonego poglądu na zabiegi i starania ludzkie, uważane przez interesowanych za bardzo ważne, a przez autora za błahe lub dziecinne. Nieraz w téj mierze dochodził do mistrzowstwa, że tylko przytoczę nowele: „Jak się pan Paweł żenił,“ „Z dziennika starego dziada,“ liczne ustępy w „Resurrecturi,“ w „Sekrecie pana Czuryły,“ w „Raptularzu Jasienieckiego,“ „W pocie czoła“ itd.
Ażeby wskazać dobitniéj te nowe cechy sposobu tworzenia, zastanowię się bliżéj nad nowelą „Z dziennika starego dziada,“ wydaną w r. 1879.
Nie jest to powieść w zwykłém znaczeniu tego wyrazu, a jednakże jestto utwór artystyczny zaokrąglony i w sobie skończony. Z wielkim talentem skreślił tu Kraszewski ustęp jeden z życia jednego z najmilszych „dziadów,“ o jakim sobie pomyśléć tylko można, a skreślił go własnemi jego słowami, przeniósłszy się niejako do wnętrza jego duszy. Mamy oto przed sobą wojskowego staréj daty, którego siódmy już krzyżyk przygniata, a przecież nietylko złamać go nie może, lecz nawet dobrego humoru, spokojnego usposobienia i pogodnego na świat poglądu odebrać mu nie potrafił. Nie jest to bynajmniéj zrzęda, któryby nie mógł znieść niczego, co jest dzisiejszém, co nie sięga epoki jego młodości. Młodość ta przeszła mu wprawdzie wesoło i nie bez figlów; to téż lubi ją sobie przypominać; ale to przypominanie nie wiedzie go do zgorzknienia, do obrzydzenia sobie rzeczy i ludzi, co są młodemi teraz, gdy on postarzał. Żyjąc z niewielkiego procentu (półtora tysiąca złotych), korzysta z zapasiku na „ekstraordynaryjne“ wypadki nie dla siebie, lecz dla bliźnich uboższych. Dzień przepędza nadzwyczaj regularnie, bo do tego nawykł od młodu w czasie służby wojskowéj. Przeniósłszy się ze wsi do Warszawy, ażeby nikomu „nie zawadzać,“ mieszka na trzeciém piętrze kamienicy Starego miasta wśród ubóstwa; jada obiady za niespełna dwa złote, chodzi na kawę do „Kazi,“ odbywa przechadzkę od domu do placu Św. Aleksandra.
To są rysy zwykłe, powszednie, któreby dziada naszego od mnóstwa innych dziadów wyróżnić nie zdołały. Ale nasz dziad ma jeszcze swoje specyalne znamiona, swoje szczególne zamiłowania i wstręty: śledzi on życie zwierząt, interesuje się wróblami, myszami, kotami; oburza się na Burego, który podstępem chwyta i zagryza biedne ptaszęta, niecierpliwi się nieregularném życiem jednéj myszki, któréj jeść dawał, lubuje się świergotem wróbelków i czyni spostrzeżenia nad ich obyczajami. Nie dosyć mu przecież tych stworzeń, tak niższych umysłowo od niego; serce pragnie ludzkiego serca. Stróż usługujący mu zachorował; gospodarz domu przysyła naszemu dziadowi Jóźka Czupurnego, prawdziwego warszawskiego łobuza, z włosem rozczochranym, nieumytego, w butach ogromnych a dziurawych, w spodeńkach krótkich a zatłuszczonych, w spencerku, którego koloru niktby dojść nie potrafił. Stary chciał go nauczyć czytać i pisać — szło to oporem, dopóki mu butów nie pokazał; po butach musiał obiecać spodnie, a potém zdawało mu się, że Józiek Czupurny oddawna już czytać umiał, tylko udawał nieznajomość, ażeby za naukę dostać jakie takie ubranie. Czy się starowina rozgniewał po takiém odkryciu? Bynajmniéj — usprawiedliwił chłopaka. Gdy wiosna nadeszła, a ubranie było w porządku lepszym niż dawniéj, Józiek Czupurny zemknął od swego dobrodzieja i, choć mu się różnie wiodło, nie wracał do niego. Nasz dziad nie miał mu i tego za złe, bo, jak zauważył w swoich notatkach, każdy człek potrzebuje swobody, świeżego powietrza.
Nawet nałogowe pijaństwo nie odtrąca starca, gdy widzi, że ktoś pije z nieszczęścia. Wśród jego znajomych był doktór bardzo uczony, wielce rozmowny, ale bez praktyki; brał on od naszego dziada zasiłki w ilości kilku dukatów i nazajutrz po dostaniu pożyczki, zjawiał się trochę napiły. Umarł niedługo — nasz stary sprawia mu pogrzeb i tęskni po nim.
Dobroć jego wystawiana była na ciągłe próby, a on wychodził z nich zawsze zwycięsko. Józkiem Czupurnym, chociaż uciekł od niego, interesuje się bezustannie, wypytuje o jego rodziców, dochodzi, że to jest właściwie syn senatora, dawnego kolegi; spotkawszy tego kolegę, mówi mu o nim, rozumie się nie wprost, ale okolicznie tylko, dostaje 25 rubli dla wisusa i pomaga mu niemi rozważnie. Wszyscy pożyczają od starca na wieczne nie oddanie; on na zawody nie zważa i dobréj o ludziach opinii nietraci. Jeden z jego przyjaciół, mający wioszczynę pod Warszawą, pożycza od niego kilka dukatów, gdyż jadąc do miasta, zapomniał wziąć ze sobą pieniędzy... następnie zaprasza do siebie niby na letnie mieszkanie, więc starzec rad z propozycyi — jedzie w gościnę. Umieszczają go w lamusie, gdzie nie może ani świecy, ani lulki zapalić, a w dodatku od szczurów doznaje ciągłych napaści. Widząc, że gospodyni jest oszczędna, wyrzeka się śniadania, nie dojada; a potém utrzymuje, że taka dyeta wyborna na słabość, kluski zaś z mlekiem wspomina jako specyał największy. Nie tylko nie narzeka na przyjaciela, ale go usprawiedliwia i serdecznie żałuje.
Sam będąc dobrodusznym, nie przypuszcza, ażeby ktoś inny był przebiegłym lub podłym. Chcąc wygodzić gospodarzowi domu, w którym mieszkał, odbiera swój skromny kapitalik z pewnéj lokacyi u Potockich i oddaje go na 8% swemu kupcowi, ciesząc się wyższą prowizyą dlatego, że będzie mógł skuteczniéj biednym pomagać. Niedługo jednak uprzejmi niegdyś gospodarstwo, zapraszający starca na kawę i wino, płacą rzetelnie procent; wkrótce bankrutują nieuczciwie. Staruszek zostaje w nędzy ostatniéj.
W takiém położeniu inni ludzie szaleją, zabijają się lub podlą. Dziad nasz znosi z rezygnacyą cios okropny, tłomaczy sobie, że bieda uczy rozumu, ogranicza jeszcze bardziéj swoje potrzeby, mieszka u przekupki w wilgotnym alkierzyku, wąchając dzień i noc całą zapach kwaszonéj kapusty; sam reparuje sobie odzież, rąbie skałki, przynosi wodę; wyrzeka się przechadzki, ażeby ubóstwem swém nie straszyć dawnych znajomych. Pomocy obcéj nie przyjmuje; gdy Józiek Czupurny, zostawszy chłopcem u kupca, chciał mu trzy talarki ofiarować, obrusza się na seryo. Najmniejszą natomiast oznakę dobrego serca wita z zapałem. Ów zbankrutowany kupiec przysyła mu z za granicy sto talarów za pożyczone niegdyś półtora tysiąca; to wystarcza naszemu poczciwemu dziadowi, ażeby uwierzyć w szlachetność bankruta. Dobroć jego i teraz nie zna granic: pomimo strasznego swego ubóstwa, nie waha się oddać ostatniéj posługi — zmarłéj przekupce.
Chwile jego przedzgonne ozłaca promyk wspomnienia świetlanéj przeszłości, bo dowiaduje się, że Paulinka, ideał jego lat młodych, jeszcze go do téj pory wspomina. Gdy się już wszystkie zapasy wyczerpały, piłuje drzewo, a zarobione w ten sposób kilka złotych większą go przejmują radością, niż dawniéj tysiąc. Ale praca, do któréj nie nawykł, brak ciepłéj strawy, wilgotne mieszkanie powaliły krzepkiego starca na łoże. Wtedy bohaterstwo jego do najwyższego dochodzi stopnia. Siły zupełnie go opuszczają, okrutne bóle go szarpią, a przecież nie chce niepokoić wdowy, u któréj mieszka; boć to rzecz nieprzyjemna miéć chorego pod bokiem... Więc mówi sobie starzec: „ani stęknę, ani drgnę, ani pisnę, ani się ruszę... Zimno w izbie, palce kostnieją, a obok dzieci huczą! Daj im Boże na zdrowie. Jakież to wesołe!... Coś mi jest bardzo, bardzo niedobrze; żebym mógł choć zasnąć!...“
I zasnął nazawsze. Pochowano go z miłosierdzia. Zapis całego majątku zrobiony przez Paulinę przyszedł zapóźno.
Forma opowiadania jest autobiograficzna. Wrażenia i myśli swoje spisuje sam bohater. Wypowiada je w niewielkich ustępach, bo do pióra nie nawykł; spostrzeżenia jego obracają się w kole powszedniém; wyrażenia odznaczają się niekiedy energią, nieraz rubasznością; uczuć nie wyjawia z emfazą, ale tém właśnie nas sobie zyskuje. Pobłażliwość jego, pogodny pogląd na świat powstały w nim wskutek miękkiego a szlachetnego serca, wskutek rozumu nie badającego głęboko przyczyn wypadków i motywów postępowania ludzkiego, i wskutek niezachwianéj wiary w Opatrzność.
Kraszewski obrawszy tę formę, umiał się utrzymać w jednakowym tonie, ani na chwilę nie rażąc dysonansem; a prostota, harmonia szczegółów, umiejętność grupowania drobnych wypadków życia dla wywołania uczuć bardzo rozmaitych, najcześciéj jednak rzewnych, czynią ten drobny rozmiarami utwór jedném z najcelniejszych dzieł naszego powieściopisarza.
Gdyby Kraszewski w większych swoich powieściach równie szczęśliwie jak w niektórych drobnych, do których zaliczyć należy np. prześliczny poemat żałobny „W oknie“ z ostatniéj doby życia i działalności pochodzący, umiał zachować harmonijny układ całości; gdyby je był starannie obrabiał; mielibyśmy do zaznaczenia wśród zdumiewającéj ilości jego tworów wiele także jakościowo pod względem formy celujących. Ale nadzwyczajna szybkość tworzenia stanęła mu tutaj na przeszkodzie; ledwie mógł dokończyć rozpoczętéj powieści, bo miał już plany gotowe do innych; dlatego téż początek[8] bywa pospolicie daleko lepszy aniżeli koniec. Był on jasnym i zrozumiałym zawsze, obrazowym zazwyczaj, ale o świetność i doskonałą poprawność wyrażeń i kompozycyi nie starał się, bo nie miał na to czasu.

∗             ∗

Zebrane w tym tomie nowele, obrazki i fantazye mogą uważnemu czytelnikowi dać sposobność śledzenia kolejnych zmian w metodzie artystycznéj Kraszewskiego od najpierwszych aż do ostatnich przedzgonnych niemal chwil, jestto bowiem Kraszewski w miniaturze. Pierwsza doba twórczości najobficiéj tu została uwzględniona, ażeby wykazać różnostronność kształcenia się młodego talentu; dwie dalsze, jako już odnoszące się do dziejów wyrobionego ducha, reprezentowane są przez najbardziéj znamienne utwory małych rozmiarów; czwarta wreszcie, eklektyczna, musiała, choć nie w tym stopniu co pierwsza, więcéj zająć miejsca. Znaczna część tu wydrukowanych rzeczy wyjęta została z pism peryodycznych, dziś już zapomnianych i z handlu księgarskiego wycofanych; starałem się bowiem jaknajwięcéj zamieścić tu takich utworów, które w zbiorach ogólnych się nie znajdują. A i te powiastki, które w zbiorach istnieją, dawałem w pierwotném ich brzmieniu, jak były po raz pierwszy ogłoszone w czasopismach. Wyjątek stanowi tylko szkic „Pińsk i Pińszczyzna“ podany w takiéj formie, w jakiéj się ukazały we „Wspomnieniach Wołynia“, a nie jak były wydrukowane w króciutkim zarysie w „Tygodniku Petersburskim.“ Wreszcie objaśnić winienem, że trzy ustępy wyjąłem z większych całości, mianowicie: „Maryą“ z „Kościoła Ś-to Michalskiego,“ „Leonią“ z „Mogił,“ a „Parocha“ z „Metamorfoz;“ wydały mi się one koniecznemi ze względów częścią artystycznych, częścią społecznych.

Piotr Chmielowski.



Przypisy

  1. „Cztery wesela“ II, 115—116. Cytuję według I-go wydania z r. 1834
  2. „Psiarek“ w „Biesiadzie literackiéj“ r. 1888 N. 1. W obecnym zbiorze Nowel str. 637.
  3. „Studya literackie“ Wilno 1842 str. 272.
  4. W przedmowie do powieści „Dwa a dwa cztery“, datowanéj w Wilnie 1 kwietnia 1832 roku.
  5. Zob. książkę moję: „J. I. Kraszewski, zarys biograficzno-literacki“, Kraków 1888, str. 32—37.
  6. „Wielki świat małego miasteczka“ tom I, str. 43.
  7. „Miała żółtą suknię z ponsowemi sznurkami, zielone wstążki na głowie, niebieskie trzewiki, fioletową chustkę i pomarańczowy kapelusz.“ („Dwa a dwa cztery,“ str. 130.)
  8. Może nie będzie bez interesu uwaga, iż kilka powieści rozpoczął Kraszewski wprost od dyalogu. Do ich liczby należą: „Milion posagu,“ „Ostrożnie z ogniem,“ „Ramułtowie,“ „Sto dyabłów,“ „Na tułactwie.“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.