No man’s land

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł No man’s land
Pochodzenie Ziemia, siostra daleka
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1936
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tomik
Pobierz jako: Pobierz Cały tomik jako ePub Pobierz Cały tomik jako PDF Pobierz Cały tomik jako MOBI
Indeks stron
NO MAN’S LAND

Wpatrzony tępo w przestrzeń, jak wybucha
Lawiną ciszy, w przestwór, wybielony
Cierpieniem, widzisz pod ołowiem mglistym
I nieruchomym, jak źrenice zwierząt:
Naukos mury chropawe, dom gładki,
Zwyczajny kwadrat więzienia ludzkiego.
Któż tam zamieszkał prócz twych myśli? Wiatr,
Huczący głucho po nocach, stukotem
Dudniący w ramy okienne, w szczeliny,
Jak łobuz, który dwa palce do ust
Kładzie, by gwizdnąć przeciągłe, — uchylił
Szarpnięciem drzwi balkonu... Nikt nie wyszedł.
Na balustradę spójrz; berła zniewagi
Ku niebu sterczą stromo, przedrzeźniając
Owisłe smreków konary; sztachety
Nad poziom szyby wyłaniają pyski,
Płynnem futerkiem otulone sino,
Jak pieszczotliwe paznokcie Narcyzów:
Grożą melodji ziemi nienazwanej.
W tej alegorji snu rozpięte struny
— Gałązki gołe krzewu, gdy, bezbronny,
Dygoce za dnia, świtów włosy cienkie,

Wargi południa rozcięte na mrozie,
Tafla lodowa, trzeszcząca pod stopą
I wpółpęknięta, jak piersi posągu,
I wreszcie zmierzchy na kopułę siwą
Opadające, jak powieka ślepca, —
Z pustki skostniałej przywołują widma
I poją stwory szumami potoków,
Szuwarom każą drżeć nierzeczywistym,
I nawet śledzą psa ślady na śniegu,
By udowodnić sobie, że istnieją.
Jak bezcielesne jest szczęście! jak drętwe!
Ku rudym gontom kiedy wzrok odwrócisz,
Usłyszysz z rynny stukot bezustanny,
Jak czas, kapiący z wydrążonej dłoni;
Nie płatki róż, rozwiane wiatru wargą,
Siwawy popiół opada na czoło.
Ujmij tę strzałę, wyplątaną z pyłów,
I kruchą połóż na westchnienie, niechaj
Oddech ją chwieje lekko, — i tak płasko
Zrównasz się rzeczom, co przetrwały mękę.
Na oszronionych ustach, spójrz, kiełkuje
Wyraz, ciosany bezcielesnem dłutkiem,
Jak kwiat na lśnieniu szklistem i jak zarys,
Rzezany ostrym diamentem w powietrzu:
Nad lądem, który zatracił człowieka,
Nad krajem, kędy pióra są jak kroki,
Na prześcieradle usypiasz przestrzeni
Ku samotności ponad wszystkiem. — Zbudź się.




LAWINA HARMONJI

W szumie tak łatwo usnąć, — dziwne krople
z igieł podłużnych gdy spływają z trudem,
wahając się, jak z rzęs o zmierzchu skąpe
łzy; doganiają się i potoczyście
ciekną, jak z oczu, co wreszcie przystają
na wzbierający szloch. Lira napięta
pomiędzy chmurnem bezmiernem sklepieniem
a ziemią, którą czujesz pod stopami,
grząską i czarną, jak otwarta rana:
i w nią zapadasz się, jak w rozchylone
wargi wilgotny śpiew. Podłużne, śliskie,
jak skryte żmije, wytrwałe korzenie
pod głazy ryją się, jak pnącze piekieł,
jak wężowisko Meduzy, — a tarczą
płaską i gładką i znieruchomiałą:
gleby pierś, czujna i trwożna, jak serce —
podważą! Słyszysz: kamienie gruchocą,
jak wyłamane z cyklopowej gęby
zęby! A tam się płaczki wciąż kołyszą,
czerniejąc: świerki, nad brzegiem, co tonie
w zbełtanem morzu ciemności, tumanów
siwych, w pojęku głosów, w księżycowym


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.