Niebezpieczne związki/List LXXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł Niebezpieczne związki
Data wydania 1912
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Les Liaisons dangereuses
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

LIST LXXXV.

Markiza de Merteuil do Wicehrabiego de Valmont.

Nareszcie uspokoisz się, wicehrabio, a przedewszystkiem oddasz mi sprawiedliwość. Słuchaj i nie mięszaj mnie na przyszłość z innemi kobietami. Doprowadziłam do końca moją przygodę z Prévanem! do końca! czy rozumiesz dobrze, co to słowo znaczy? Teraz możesz osądzić, kto z nas, czy on, czy ja, będzie miał prawo się chełpić. Opowiadanie nie będzie tak ucieszne, jak wykonanie, ale też nie byłoby sprawiedliwie, abyś ty, który ograniczyłeś się jedynie do mędrkowania o tej sprawie, miał wycisnąć z niej tyleż przyjemności, co ja, która nie pożałowałam dla niej i czasu i trudów.
Mimo to, jeżeli masz jakie wielkie przedsięwzięcie na myśli, jeżeli miałeś ochotę pokusić się o coś, w czem obecność tego niebezpiecznego rywala stawała ci w drodze, przybywaj teraz. Zostawia ci pole wolne, przynajmniej na jakiś czas; być może nawet, iż nie podniesie się nigdy z pod ciosu, jaki mu zadałam.
Jakiż ty jesteś szczęśliwy, doprawdy, że masz taką przyjaciółkę! Jestem dla ciebie niby dobroczynna wróżka. Więdniesz zdala od piękności, która cię przykuła do siebie: mówię słowo i oto znowu znajdujesz się przy niej. Chcesz się zemścić na kobiecie, która ci szkodzi: czynię ci znak w miejscu, w które powinieneś ugodzić i wydaję ci ją na łaskę i niełaskę. Zwracasz się do mnie wreszcie o pomoc w uprzątnięciu z areny groźnego współzawodnika — i to zostało wysłuchane. W istocie, jeśli nie obrócisz reszty życia na hymny dziękczynne, nie wart jesteś tylu dobrodziejstw! A teraz wracam do mojej przygody i zaczynam od początku.
Spotkanie naznaczone tak głośno przy wyjściu z Opery[1], zostało zrozumiane tak, jak się tego spodziewałam. Prévan zjawił się i kiedy marszałkowa powiedziała mu uprzejmie, że dumną jest, iż widzi go dwa razy z rzędu na swojem przyjęciu, on pospieszył odpowiedzieć, że od wtorku wieczór pozrywał całe mnóstwo ułożonych projektów, aby tylko móc w ten sposób rozporządzić swoim wieczorem. To było pod moim adresem. Ponieważ chciałam mimo to upewnić się jeszcze, czy w istocie ja byłam prawdziwym przedmiotem tej pochlebnej gorliwości, z rozmysłu postawiłam mego świeżego wielbiciela w konieczności wyboru pomiędzy mną a jego główną namiętnością. Oświadczyłam, iż nie będę grała: istotnie i on znalazł na prędce jakąś wymówkę; pierwszy mój tryumf odniosłam tedy nad lancknechtem.
Następnie wdałam się w rozmowę z biskupem de...; wybrałam go z powodu jego zażyłości z naszym bohaterem dnia, któremu chciałam wszelkimi sposobami ułatwić sposobność zbliżenia się do mnie. Byłam zarazem bardzo rada, iż mam czcigodnego świadka, który mógłby, w razie potrzeby, zaświadczyć o mojem zachowaniu i słowach. To wyrachowanie powiodło mi się w zupełności.
Po chwili obojętnej i zdawkowej rozmowy, Prévan, ująwszy rychło w ręce ster konwersacyi, począł próbować kolejno rozmaitych tonów, aby przekonać się, który przypadnie mi do smaku. Odrzuciłam hasło uczuć, jako nie wierząca w nie z zasady; powściągnęłam swojem poważnem zachowaniem jego wesołość, która mi się wydała zbyt lekka, jak na początek: wówczas uderzył w struny powinowactwa dusz i przyjaźni i pod tym to zużytym sztandarem zaczęliśmy naszą utarczkę.
Nadeszła pora kolacyi: biskup nie siadał do stołu, Prévan podał mi zatem rękę i zajął miejsce koło mnie. Trzeba mu oddać sprawiedliwość, że podtrzymywał z wielką zręcznością naszą osobistą rozmowę, mimo iż napozór pochłonięty był cały rozmową ogólną. Przy deserze mówiono o nowej sztuce, zapowiedzianej na następny poniedziałek w komedyi francuskiej. Wyraziłam ubolewanie, że nie mam loży; Prévan ofiarował mi swoją, której odmówiłam zrazu, jak wypadało. Na to odpowiedział mi dość sprytnie, że źle go zrozumiałam, że z pewnością nie ośmieliłby się uczynić tej ofiary mając zaszczyt znać mnie tak niewiele, ale że zawiadamia mnie jedynie, że marszałkowa będzie rozporządzała jego lożą. Marszałkowa dała się wciągnąć do tego żartu, ja zaś przyjęłam.
Gdyśmy przeszli do salonu, Prévan poprosił, jak możesz sobie wyobrażać, o miejsce w tej loży. Marszałkowa, która traktuje go bardzo łaskawie, przyrzekła mu, pod warunkiem, że będzie grzeczny; wówczas on, ukląkłszy przed nią jak posłuszne dziecko i niby to prosząc ją o wskazówki i odwołując się do jej pobłażliwości, znalazł sposobność powiedzenia wielu rzeczy nader pochlebnych i czułych, które z łatwością mogłam zastosować do siebie.
Wkrótce rozstaliśmy się, oboje wielce zadowoleni ze spędzonego wieczoru.
W najbliższy poniedziałek stawiłam się w komedyi, tak jak to było umówione. Mimo iż znam twoje zamiłowania literackie, nie umiem ci nic powiedzieć o przedstawieniu, jak tylko, że Prévan jest rozkoszny i że sztuka upadła. Oto wszystko co stamtąd wyniosłam. Żal mi było, iż wieczór dobiega już do końca, gdyż istotnie upłynął mi bardzo miło; aby go przedłużyć, zaprosiłam marszałkową, aby zaszła do mnie na kolacyę: to dostarczyło mi zarazem pozoru ofiarowania tego samego memu miłemu kawalerowi. Poprosił mnie jedynie o czas przebiegnięcia do hrabin de P***, aby się wymówić od przyjętego zaproszenia. To nazwisko[2] odświeżyło we mnie cały gniew. Zrozumiałam jasno, że rozpoczną się już zwierzenia; przypomniałam sobie twoje światłe rady i postanowiłam święcie... prowadzić dalej przygodę, pewna, że uda mi się go wyleczyć z niebezpiecznego plotkarstwa.
Będąc pierwszy raz u mnie w domu, gdzie tego wieczora miałam osób bardzo niewiele, Prévan musiał wypełnić względem mnie obowiązki przepisane zwyczajem; zatem, kiedy siedliśmy do kolacyi, on pospieszył podać mi rękę. Dopuściłam się tej złośliwości, iż przyjmując jego rękę, wprawiłam moje ramię w nieznaczne drżenie; również idąc do stołu, miałam oczy spuszczone i oddech wyraźnie przyspieszony. Zachowanie moje znamionowało osobę, która przeczuwa porażkę i drży przed swoim zwycięzcą. Zauważył to doskonale, toteż zdrajca natychmiast zmienił ton i obejście. Przedtem był dworny, teraz stał się natarczywy. Nie w słowach, gdyż rozmowa obracała się z konieczności w tych samych ramach: ale spojrzenie jego stało się bardziej przyćmione i pieszczotliwe, brzmienie głosu nabrało słodyczy, uśmiech, przedtem tak sprytny, teraz wyrażał upojenie. Ilekroć zwracał się do mnie, dowcip jego, tak błyskotliwy w ogólnej rozmowie, ustępował miejsca tkliwej serdeczności. Pytam się ciebie i cóż ty mógłbyś był zrobić tutaj więcej?
Z mojej strony znowu ja stałam się zamyślona, marząca, do tego stopnia, iż musiało to zwrócić powszechną uwagę; gdy zaś zaczęto mnie tem prześladować, miałam tę zręczność, aby się bronić bardzo niezręcznie, rzucając zarazem na Prévana spojrzenia krótkie, lecz trwożliwe i pełne zakłopotania.
Po kolacyi, skorzystawszy z czasu gdy poczciwa marszałkowa opowiadała jedną ze swoich nieuniknionych historyj, umieściłam się na otomanie w pozie pełnej tkliwego rozmarzenia. Pojmujesz dobrze, że moje trwożliwe spojrzenia nie śmiały szukać ócz mego zwycięzcy, ale parę zerknięć rzuconych nań ukradkiem przekonało mnie wkrótce, że osiągnęłam wrażenie, o które mi chodziło. Trzeba było jeszcze upewnić go, że i ja je podzielam: toteż, gdy marszałkowa oznajmiła, iż wraca do domu, wykrzyknęłam głosem miękkim i tkliwym: „Ach Boże! tak mi dobrze było!“ Podniosłam się mimo to z miejsca, ale zanim rozstałam się z marszałkową, zapytałam się o zamiary na najbliższe dni, aby, pod tym pozorem, oznajmić o moich i wtrącić, iż pojutrze wieczór będę w domu. Poczem towarzystwo się rozeszło.
Wówczas zaczęłam się zastanawiać. Nie wątpiłam, że Prévan zechce skorzystać z tej schadzki, jaką mu niejako naznaczyłam; że przyjdzie dość wcześnie, aby mnie zastać samą i przypuści żywy atak: ale byłam również zupełnie pewna, na podstawie mojej reputacyi, że nie będzie odnosił się do mnie w sposób zupełnie lekki, jaki człowiek mający nieco obycia stosuje jedynie wobec awanturnicy lub też zupełnej gąski. Widziałam tedy przed sobą pewne zwycięstwo, jeśli padnie z jego strony słowo miłość, a zwłaszcza, jeśli pokusi się o to, aby to słowo uzyskać odemnie.
Jak to jest wygodnie mieć do czynienia z wami, ludźmi zasad! Czasem zdarzy się, że jakiś nieobliczalny wielbiciel popląta nam szyki swoją nieśmiałością, albo też zaskoczy z nienacka namiętnym wybuchem; jestto rodzaj febry, która, jak każda inna, ma swoje dreszcze i swoje gorączki i niekiedy zmienia się w objawach. Ale u was, wasza z góry uplanowana taktyka tak łatwa jest do odczytania! Na dzień naprzód wiadomo jak wszystko się odbędzie: wejście, wygląd, głos, sposób rozmowy, wszystko to przewidziałam najdokładniej. Nie będę ci zatem opisywała naszej konwersacyi; odtworzysz ją sobie z łatwością. Uważ tylko, że ja, broniąc się napozór, pomagałam mu z całej mojej mocy. Wszystko tam było: zakłopotanie, aby mu dać czas mówić; błahe argumenta, aby mógł je zwalczać; obawa i nieufność, aby wywołać zaklęcia i ten nieustannie wracający refren z jego strony: pragnę od pani tylko jednego słowa. Dodaj do tego moje milczenie, jak gdyby wytrzymujące go dłużej jedynie poto, aby spotęgować pragnienie: wśród tego wszystkiego ręka ujmowana sto razy, która sto razy się umyka, a nigdy się nie wzbrania. Możnaby w ten sposób spędzić cały dzień; my spędziliśmy całą śmiertelną godzinę: bylibyśmy jeszcze teraz może tak trwali, gdyby nie turkot karocy wjeżdżającej na dziedziniec. Ta nieszczęśliwa przeszkoda podsyciła oczywiście jeszcze jego nalegania; ja zaś, widząc, że nadeszła chwila, w której jestem bezpieczna od wszelkiego zamachu, przygotowawszy się do tego długiem westchnieniem, wyrzekłam wreszcie owo cenne słowo. Oznajmiono kogoś i wkrótce salon mój napełnił się gośćmi.
Prévan poprosił mnie, aby mógł przyjść nazajutrz rano. Zgodziłam się na to, ale chcąc zabezpieczyć sobie obronę, kazałam mojej pokojówce pozostać przez cały czas tej wizyty w sypialnym pokoju, skąd wiesz, że widać wszystko co się dzieje w gotowalni, gdzie właśnie go przyjęłam. Mogąc rozmawiać poufnie, ożywieni oboje jednakiem pragnieniem, porozumieliśmy się rychło, ale trzeba się było uwolnić od niepożądanego świadka. Tutaj właśnie czekałam mojego Prévana.
Wówczas, kreśląc mu, wedle własnej fantazyi i potrzeby obraz mego życia domowego, wytłómaczyłam mu z łatwością, że niepodobieństwem nam będzie znaleźć w tych warunkach chwilę swobody; że mamy przeciwko sobie cały szereg zwyczajów przyjętych w mym domu i które się utarły, ponieważ aż do tego dnia w niczem nie odczuwałam ich niedogodności. Zarazem kładłam nacisk na niepodobieństwo zmieniania czegokolwiek w mym trybie, bez obawy zdradzenia się w oczach służby. Próbował przybrać smutną minę, dąsać się, mówić że nie kocham; domyślasz się, jak mnie to bardzo wzruszało! chcąc zadać cios ostateczny, przywołałam na pomoc łzy. To był dosłownie efekt „Zairo, ty płaczesz!“ z tragedy Woltera. To uczucie tryumfu nademną, a co za tem idzie błysk pewności, iż będzie mnie mógł zgubić wedle swego upodobania, stanęły memu kochankowi za całą miłość Oromana.
Skoro przeszło wrażenie tego teatralnego efektu, zaczęliśmy się naradzać. W braku wolnej chwili w dniu, zastanawialiśmy się nad nocą: ale tutaj wysunął się mój Szwajcar jako niezwyciężona przeszkoda; nie godziłam się zaś na to, aby go próbować przekupić. Prévan zwrócił uwagę na małe drzwiczki od ogrodu: ale i to przewidziałam i stworzyłam na poczekaniu psa, który, spokojny i rozkoszny w dzień, stawał się w nocy prawdziwym demonem. Łatwość z jaką wchodziłam w te wszystkie szczegóły dodawała śmiałości uwodzicielowi; toteż zaproponował mi sposób ze wszystkich najbardziej śmieszny i bezczelny, i na ten właśnie się zgodziłam.
Przedewszystkiem oznajmił mi, iż służący jego jest równie pewny jak on sam: i co do tego, to mnie nie zwodził, ponieważ istotnie obaj byli jednakowo pewni. Następnie podał plan taki. Mam wydać dużą proszoną kolacyę; on będzie na niej i postara się o to, aby wyjść sam. Zręczny powiernik zawoła jego powóz, otworzy drzwiczki, zaś on, zamiast wsiąść do powozu, ukryje się zręcznie. Woźnica nie spostrzeże się na tem w żaden żywy sposób; tak tedy Prévan, wyszedłszy w oczach całego zebrania, mimo to zostanie u mnie. Chodzi tylko o to, czy będzie się mógł dostać do moich pokoi. Wyznaję, że prawdziwym kłopotem dla mnie było znaleść przeciwko temu projektowi dosyć zarzutów tak lichych, aby Prévan mógł je odeprzeć zwycięsko; odpowiedział na to przykładami. Wedle jego twierdzenia był to sposób najzwyklejszy w świecie; on sam posługiwał się nim bardzo często; mówił nawet, iż to jest nawet jego ulubiona metoda, jako przedstawiająca najmniej niebezpieczeństw.
Zniewolona tymi nieodpartymi argumentami, przyznałam w prostocie ducha, że istnieją w domu ukryte schodki, wychodzące opodal mego buduaru: tam mógłby się zamknąć i zaczekać bez wielkich szans odkrycia aż służba zostawi mnie samą. Aby nadać więcej prawdopodobieństwa memu przyzwoleniu, za chwilę znowu zaczęłam się bronić od tego projektu, to znów godziłam się jedynie pod warunkiem, iż przysięgnie mi zupełną uległość, przyrzeknie że będzie rozsądny... ale to co się zowie rozsądny!... słowem, godziłam się dowieść mu mojej miłości, ale nie zadowolnić jego chęci.
Zapomniałam ci dodać, że odwrót mego galanta miał się odbyć przez małe drzwiczki w ogrodzie: chodziło o to tylko, aby doczekać brzasku dnia: Cerber już ani nie warknie; żywa dusza nie przechodzi ulicą o tej porze, a służba tonie w najgłębszym śnie. Dziwi cię może ten stek niedorzeczności? to chyba zapominasz o naszem wzajemnem położeniu. O cóż chodziło więcej? Jemu to było najzupełniej na rękę, aby wszystko wyszło na jaw, ja zaś posiadałam dostateczną pewność, że nie wyjdzie. Schadzka miała się odbyć za dwa dni.
Zauważ, proszę, że sprawa już była tak jak ubita, a jeszcze nikt Prévana nie widział przebywającego w mojem towarzystwie. Spotykam go na kolacyi u znajomych; on ofiarowuje gospodyni domu lożę na nową sztukę, ja zaś przyjmuję miejsce w tej loży. Zapraszam marszałkową na kolacyę, podczas przedstawienia i wobec Prévana; nie zaprosić i jego zarazem jest prawie niepodobieństwem. On przyjmuje i składa mi, w dwa dni później, obowiązkową wizytę. Zjawia się, to prawda, z odwiedzinami nazajutrz rano: ale, pomijając to, że ranne wizyty przechodzą dość niepostrzeżenie, odemnie jedynie zależy aby znaleźć to postąpienie zbyt swobodnem; i, w istocie, daję mu uczuć, iż zaliczam go do rzędu moich dalszych znajomości, zapraszając go listownie na ceremonialną kolacyę. Mogę powiedzieć zupełnie dobrze jak Anusia: Ależ to było wszystko!
Za nadejściem nieszczęsnego dnia, owego dnia, który miał być grobem mojej cnoty i reputacyi, wydałam rozporządzenia wiernej Wiktoryi. Wykonała je tak, jak to niebawem zobaczysz.
Nadszedł wieczór. Salon był już prawie pełny, kiedy oznajmiono Prévana. Przyjęłam go z wyszukaną grzecznością, podkreślającą dostatecznie nasz ceremonialny stosunek i posadziłam do gry przy stole marszałkowej, jako osoby, która wprowadziła go niejako do mnie. Wieczór nie przyniósł nic godnego uwagi oprócz maleńkiego bileciku, który dyskretny kochanek zdołał mi wręczyć, i który spaliłam, wedle mojego zwyczaju. Oznajmiał mi, iż mogę na niego liczyć; to słowo zasadnicze było przybrane różnemi słowami zbytecznemi a nieuniknionemi w podobnych okolicznościach, jak miłość, szczęście itd.
O północy, skoro partye już się pokończyły, zaproponowałam jeszcze krótkiego faraona. Miałam w tem podwójny cel: jeden, aby ułatwić wymknięcie się Prévana, drugi zaś, aby zwrócić na nie uwagę, co było nieuniknione, zważywszy jego opinię zapamiętałego gracza. Rada byłam również, że, w potrzebie, każdy będzie sobie mógł przypomnieć, że nie było mi pilno pozostać samej.
Gra przeciągnęła się dłużej, niż przypuszczałam. Djabeł mnie kusił i uległam chętce, aby pójść pocieszyć mego niecierpliwego więźnia. Już się zbliżałam ku mojej zgubie, kiedy przyszło mi na myśl, że skoro raz ulegnę w zupełności, nie będę miała już nad nim tej mocy, aby go utrzymać w nieposzlakowanym stroju, niezbędnym dla ziszczenia moich zamiarów. Miałam siłę oprzeć się pokusie. Zawróciłam z drogi i, nie bez żalu, zajęłam na nowo miejsce przy grze, ciągnącej się beznadziejnie długo. Skończyła się nareszcie i wszyscy się rozeszli. Zadzwoniłam na sługi, rozebrałam się bardzo szybko i wyprawiłam je również na spoczynek.
Czy widzisz mnie, wicehrabio, jak w leciutkim stroju, krokiem ostrożnym i lękliwym, idę niepewną ręką otworzyć drzwi mojemu zwycięzcy? Ujrzał mnie... błyskawica nie jest równie szybka... Cóż ci powiem? zostałam pokonana, pokonana zupełnie, zanim byłabym zdolna wymówić słowo, aby go powstrzymać lub usiłować się bronić. Po tem zwycięstwie, Prévan chciał przenieść się w sytuacyę bardziej dogodną i bardziej zastosowaną do okoliczności. Przeklinał swój strój, który, jak mówił, oddalał go odemnie: chciał walczyć ze mną równą bronią. Ale moja nadzwyczajna trwożliwość sprzeciwiła się temu zamiarowi, zaś tkliwe pieszczoty, jakiemi go obsypałam, nie zostawiły czasu na próby wykonania. Niebawem Prévan zajął się innemi sprawami.
Jego prawa do mego serca zdwoiły się i jego pretensye odżyły na nowo: ale wówczas ja ozwałam się w te słowa: „Nieprawdaż, aż dotąd miałbyś pan wcale zabawną anegdotkę do opowiedzenia hrabinom de P*** i reszcie publiczności; ale ciekawa jestem, w jaki sposób opowiesz pan koniec całej przygody“. To mówiąc, pociągnęłam ze wszystkich sił za dzwonek. Teraz przyszła na mnie kolej działania, a czyn mój szybszy był od słów. Zaledwie Prévan zdołał coś wybąkać, kiedy już usłyszałam kroki Wiktoryi, zwołującej równocześnie moich ludzi, których zatrzymała u siebie tak jak to jej nakazałam. Wówczas rzekłam głośno, przybierając ton obrażonej królowej: „Wyjdź Pan, i nie pokazuj mi się nigdy na oczy“. Równocześnie wpadła do pokoju cała zgraja służby.
Biedny Prévan postradał głowę. Dopatrując się jakiejś zasadzki w tem, co było w gruncie rzeczy jedynie żartem, porwał się do szpady. Nie wyszło mu to na dobre: bowiem pokojowy, chłopak silny i odważny, chwycił go wpół i powalił na ziemię. Wyznaję, że miałam chwilę śmiertelnego przestrachu. Krzyknęłam, aby go wstrzymano i rozkazałam, aby zostawiono śmiałkowi wolne przejście, pilnując jedynie, aby opuścił dom. Ludzie moi usłuchali; ale nie bez szemrania; nie posiadali się z oburzenia, że ktoś śmiał uchybić ich świętej Pani. Hurmem odprowadzili do bramy nieszczęsnego kawalera, z krzykami i hałasem, tak jak to było mojem życzeniem. Jedna Wiktorya została; zajęłyśmy się przez ten czas doprowadzeniem do porządku łóżka.
Moi ludzie wrócili gromadnie: ja, cała jeszcze wzruszona, zapytałam ich, jakim szczęśliwym przypadkiem nie spali jeszcze: na co Wiktorya opowiedziała mi, że zaprosiła na kolacyę dwie przyjaciółki, zabawa przeciągnęła się nieco dłużej, słowem, bajeczkę, jaką ułożyłyśmy z góry między sobą. Podziękowałam wszystkim i kazałam im oddalić się. Równocześnie poleciłam jednemu z nich, aby natychmiast poprosił do mnie mego lekarza. Zdawało mi się, że byłam w prawie obawiać się następstw mojego śmiertelnego przestrachu; zarazem, był to pewny sposób nadania szybkiego i szerokiego rozgłosu nowinie.
Przybiegł w istocie, ubolewał wielce nademną i zalecił mi jedynie spokój. Ja, z mojej strony, kazałam jeszcze Wiktoryi, aby od wczesnego ranka paplała o tem zajściu po całem sąsiedztwie.
Wszystko powiodło się tak dobrze, że, przed południem jeszcze, zaledwie stałam się widzialna, moja nabożna sąsiadka była już u wezgłowia mego łóżka, aby dowiedzieć się o całej prawdzie i o szczegółach tej strasznej przygody. Byłam zmuszona biadać razem przez dobrą godzinę nad zepsuciem naszych czasów. W chwilę później otrzymałam od marszałkowej bilecik, który ci dołączam. Wreszcie przed godziną piątą, ujrzałam u siebie, ku memu wielkiemu zdumieniu, pana de ***[3]. Przybywał, jak mi oznajmił, aby przeprosić mnie za to, iż oficer z jego pułku mógł uchybić mi w tak niesłychany sposób. Dowiedział się o tem dopiero na obiedzie u marszałkowej i natychmiast posłał Prévanowi rozkaz udania się do więzienia. Zaniosłam do niego moje wstawiennictwo, ale mi odmówił. Wówczas pomyślałam, że, jako współwinowajczyni, powinnam i ja nałożyć sobie jakąś karę, a przynajmniej zachować ścisły areszt. Nakazałam służbie nie przyjmować nikogo i oznajmiać, że jestem cierpiąca.
Temu mojemu osamotnieniu zawdzięczasz ten długi list. Równocześnie mam zamiar przesłać pani de Volanges wiadomość, której pewno nie omieszka odczytać publicznie. Poznasz zatem tę historyę w świetle, w jakiem należy ją rozgłaszać.
Zapomniałam ci dodać, że Belleroche jest rozwścieczony i chce koniecznie bić się z Prévanem. Poczciwy chłopak! na szczęście mam poddostatkiem czasu, aby ochłodzić mu głowę. Tymczasem spróbuję skłonić moją własną, znużoną nieludzko tem długiem pisaniem. Do widzenia, wicehrabio.

25 września 17**.


Przypisy

  1. Patrz List LXXIV.
  2. Patrz list LXX.
  3. Komendant korpusu, w którym służył Prévan.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos.