Niebezpieczne związki/List CXXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł Niebezpieczne związki
Data wydania 1912
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Les Liaisons dangereuses
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LIST CXXXIV.

Markiza de Merteuil do Wicehrabiego de Valmont.

Doprawdy, wicehrabio, że jesteś jak dzieci, którym nie można nic powiedzieć, i nic pokazać, żeby nie chciały zaraz za to chwytać! Ależ to była ot, taka sobie myśl, która mi przeszła przez głowę! Zatrzymywać się nawet przy niej nie chcę, bo skoro ci tylko wspomnę o niej, ty zaraz tego nadużywasz, aby prowadzić mnie w tym kierunku, aby utrwalać mnie w tej myśli, podczas gdy ja chciałabym się raczej z niej wyzwolić. Czy to szlachetnie z twej strony kazać mi dźwigać samej cały ciężar rozsądku? Powtarzam ci znowu, i sobie powtarzam jeszcze częściej, że układ jaki mi proponujesz jest istotnie niemożliwy. Gdybyś ty nawet włożył weń całą dobrą wolę, jaką okazujesz w tej chwili, czy myślisz, że i ja nie mam także mojej dumy i że chciałabym przyjąć poświęcenia, którebyś zrobił dla mnie kosztem własnego szczęścia?
Czyżbyś ty, wicehrabio, w istocie miał jakieś złudzenia co do uczuć, jakie cię wiążą do pani de Tourvel? Ależ to miłość, albo też miłość wogóle nie istniała nigdy: zaprzeczasz temu na sto sposobów, ale udowadniasz to na tysiąc. Cóż to znaczy, naprzykład, to obejście, do jakiego uciekasz się względem samego siebie (ponieważ wobec mnie, przypuszczam, że jesteś szczery), a które każe ci rzekomą chęcią czynienia obserwacyi tłómaczyć niepowściągnioną ochotę zatrzymania tej kobiety? Powiedziałby kto, że jeszcze nigdy nie uczyniłeś żadnej „szczęśliwą, zupełnie szczęśliwą?” Ach, jeżeli wątpisz o tem, bardzo masz słabą pamięć! Ale nie, to nie to. Poprostu serce twoje sprowadza na manowce twój umysł i każe mu się zadawalniać bylejakiemi racyami: ale ja, która mam tak wielki interes w tem, aby nie paść ofiarą omyłki, nie jestem tak łatwa do zaspokojenia.
Tak więc, stwierdzając twą uprzejmość objawiającą się starannem usunięciem wszystkich słów, o których wyobrażałeś sobie, iż mi się nie podobały, spostrzegam jednak, że, może bezwiednie, niemniej jednak zachowałeś te same pojęcia. Istotnie, nie ma już mowy o czarującej, niebiańskiej pani de Tourvel; ale jest kobieta zdumiewająca, kobieta delikatna i czuła, i to z odsądzeniem od tego wszystkich innych; kobieta rzadka wreszcie, i taka że nie możnaby spotkać takiej drugiej. Tak samo jest z tym czarem „nieznanym“, który nie jest najbardzej silnym. Niech i tak będzie: ale, skoro nie znalazłeś go nigdzie aż dotąd, trzeba mocno wierzyć, iż nie znajdziesz go również w przyszłości: strata którąbyś poniósł byłaby tedy nie do nagrodzenia. Albo to są wicehrabio, oczywiste oznaki miłości, albo się trzeba wyrzec nadziei spotkania ich wogóle na świecie.
Bądź pewien, że, tym razem, mówię bez żadnego podrażnienia. Przyrzekłam sobie, że już mu się nie dam unieść; zbyt dobrze poznałam, że mogłoby się stać dla mnie niebezpieczną zasadzką. Wierzaj mi, bądźmy tylko przyjaciółmi i poprzestańmy na tem. Oceń moją siłę woli, wicehrabio; niekiedy trzeba jej nawet do tego, aby nie powziąć postanowienia, które uważa się za zgubne.
Zatem, już tylko po to, aby cię drogą przekonywania doprowadzić do zgody na moje poglądy, odpowiem na pytanie jakie mi stawiasz odnośnie do ofiar, którychbym wymagała, a którychbyś ty nie mógł uczynić. Posługuję się z rozmysłem tem słowem wymagała, ponieważ jestem aż nadto pewna, że, za chwilę, znajdziesz mnie w istocie zbyt wymagającą: ale tem lepiej! Nietylko nie pogniewam się za odmowę, ale podziękuję ci za nią. Ot, powiem ci wprost (z tobą nie będę przecież grała w ślepą babkę), że potrzebowałabym tego.
Wymagałabym tedy, patrz, co za okrucieństwo! aby ta rzadka, ta zdumiewająca pani de Tourvel stała się jedynie kobietą zwyczajną, kobietą taką, jaką jest poprostu: bowiem, nie trzeba się łudzić: ten czar, jakiemu ulega się niekiedy, istnieje tylko w nas samych: miłość to jedynie upiększa tyle przedmiot ukochania. Mimo całej niemożliwości mego żądania, uczyniłbyś może ten wysiłek nad sobą, aby mi to przyrzec, przysiąc nawet, ale, wyznaję, nie umiałabym wierzyć pustym słowom. Mogłabym być przekonaną jedynie całokształtem twojego postępowania.
To nie wszystko jeszcze: ja mam i swoje kaprysy. To wyrzeczenie się dla mnie małej Cesi, którą ofiarujesz mi z taką gotowością, wcale mi nie dogadza. Prosiłabym cię przeciwnie, abyś ciągnął dalej tę uciążliwą służbę, aż do nowych rozkazów z mej strony. Tłómacz to sobie jak chcesz: czy to, że lubię w ten sposób nadużywać mej władzy, czy też, że w mojej wspaniałomyślności zadawalniam się poświęceniem mi twoich uczuć, nie pragnąc odzierać cię z twoich przyjemności. Tak czy tak, żądałabym z twej strony absolutnego posłuszeństwa.
W zamian za to, poczułabym się może wówczas do obowiązku podziękowania ci; kto wie? może nawet pomyślałabym o nagrodzie. To pewna, naprzykład, że skróciłabym czas mej nieobecności, która stałaby mi się nie do zniesienia. Ujrzałabym cię nareszcie, wicehrabio, i ujrzałabym... jak?... Ale ty może pamiętasz, że to już jedynie prosta gawędka, fantazyowanie na temat niemożliwego projektu; a nie lubiłabym zapominać o tem sama jedna...
Czy wiesz, że mój proces niepokoi mnie trochę? Chciałam nareszcie poznać do gruntu jakie są moje szanse: panowie adwokaci cytują mi wprawdzie rozmaite prawa, a zwłaszcza rozmaite autorytety, jak oni to nazywają: ale nie mogę się dopatrzyć, aby tak bardzo słuszność była po mojej stronie. Zaczynam niemal żałować, iż odrzuciłam polubowne załatwienie sprawy. Nabieram otuchy, przypominając sobie, że pełnomocnik mój jest zręczny, adwokat wymowny, a klientka ładna. Jeżeli te trzy środki miałyby już nic nie znaczyć, trzebaby zmienić cały tok załatwiania spraw, a cóżby się stało wówczas z poważaniem dla tradycyi!
Ten proces jest obecnie jedyną przeszkodą, która mnie tu zatrzymuje. Co do procesu Belleroche’a, ten już ukończony sprawa przegrana z zasądzeniem na zwrot kosztów. Oddam mu całkowitą wolność za powrotem do miasta. Czynię to bolesne poświęcenie i pocieszam się nadzieją jego wdzięczności za ten szlachetny uczynek.
Do widzenia, wicehrabio, pisuj do mnie często: szczegóły twoich uciech wynagrodzą mi przynajmniej w części nudę, jakiej tu jestem pastwą.

Z Zamku  * * * , 11 listopada 17**.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos.