Niebezpieczne związki/List CXXXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł Niebezpieczne związki
Data wydania 1912
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Les Liaisons dangereuses
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

LIST CXXXIII.

Wicehrabia de Valmont do Markizy de Merteuil.

Jakież są, moja piękna przyjaciółko, te ofiary, którychbym, wedle ciebie, nie uczynił, mimo iż nagrodą ich byłoby przypodobanie się tobie? I jakże ty mnie sądzisz od jakiegoś czasu, skoro, nawet w chwili łaskawego dla mnie usposobienia, powątpiewasz o moich uczuciach, albo o mojej energii? Ofiary, których nie chciałbym, albo nie mógłbym uczynić! Zatem, uważasz może, iż jestem zakochany, ujarzmiony? Posądzasz mnie, iż wartość w moich oczach posiada nie samo zwycięstwo lecz osoba zwyciężonej? Nie! dzięki niebu, nie upadłem jeszcze tak nizko i gotów jestem ci tego dowieść. Tak jest, dowiodę ci, choćby nawet pani de Tourvel miała paść ofiarą: wobec tego, nie powinnaś chyba mieć wątpliwości.
Mogłem, jak sądzę, bez shańbienia się, poświęcić jakiś czas kobiecie, która, w każdym razie, posiada bodaj tę wartość, iż nie należy do przeciętnie spotykanego rodzaju. Kto wie, czy fakt, iż przygoda ta wypadła na czas martwego sezonu, nie był przyczyną, iż poświęciłem się jej nieco więcej; i teraz jeszcze, kiedy życie w Paryżu na dobre jeszcze się nie zaczęło, nic dziwnego, że miłostka ta zajmuje mnie niemal w zupełności. Ale też pomyśl, że to zaledwie tydzień upływa, odkąd cieszę się owocem trzechmiesięcznych zabiegów. Ileż razy dłużej trwałem w czemś, co było o wiele mniej warte i nie kosztowało mnie tyle!... a nigdy dlatego nie sądziłaś tak źle o mnie, markizo.
A przytem, czy chcesz wiedzieć prawdziwą przyczynę mej wytrwałości? Więc ci powiem. Ta kobieta jest z natury nieśmiała, w pierwszych chwilach wątpiła nieustannie o swojem szczęściu, i to wystarczało, aby utrzymywać ją w ciągłym niepokoju; tak iż obecnie dopiero zaczynam przekonywać się, dokąd idzie moja potęga w tym kierunku. Było dla mnie nader ciekawe zdać sobie sprawę z tego; zaś sposobność nie znachodzi się tak łatwo, jakby można mniemać.
Najpierw, dla wielu kobiet, przyjemność to jest poprostu przyjemność, i nic pozatem. Przy tych kobietach, mimo wszelkich pochlebnych tytułów, jakimi się nas zaszczyca, jesteśmy zawsze tylko wyrobnikami, prostymi wyrobnikami, których sprawność decyduje o całej ich wartości.
W drugiej klasie, być może najliczniejszej dzisiaj, rozgłos kochanka, zadowolenie, iż się go odebrało jakiejś rywalce, obawa postradania go z kolei na rzecz innej, pochłaniają kobietę prawie w zupełności. W szczęściu, jakie jest jej udziałem, liczymy się za coś, zapewne; ale naogół, zależy ono więcej od okoliczności, niżeli od osoby. Czerpią je one przez nas, ale nie z nas.
Trzeba więc było znaleść dla moich spostrzeżeń kobietę delikatną i czułą, któraby mieściła całe życie swoje w miłości, zaś w miłości samej widziała jedynie swego kochanka: której wzruszenie, miast kroczyć pospolitą drogą, jedynie z serca dostawałoby się do zmysłów. I tak widziałem ją, naprzykład, (a nie mówię tu o pierwszym dniu) jak opuszczała objęcia rozkoszy cała we łzach, aby znów w chwilę później odnaleść upojenie w jednem słowie, które odpowiedziało drgnieniu jej duszy. Wreszcie, trzeba było, aby posiadała zarazem ową wrodzoną prostotę i szczerość, która jest u niej najzupełniej nieprzezwyciężonym nałogiem, tak nawykła się jej poddawać, i która najmniejszego przejawu serca ukryć jej nie pozwala. Otóż, zgodzisz się na to, markizo, takie kobiety są rzadkie; gdyby nie ta, sądzę, iż nigdybym może nie spotkał tego typu.
Nie byłoby zatem nic dziwnego, gdyby mnie zatrzymała dłużej niżeli inna; zaś, jeżeli studya, jakich chcę na niej dokonać, wymagają, abym uczynił ją szczęśliwą, zupełnie szczęśliwą, czemużbym się od tego wzbraniał, zwłaszcza kiedy mi to nic nie szkodzi, przeciwnie! Ale z tego, że umysł jest czemś zajęty, czyż wynika, że serce jest w niewoli? Nie, z pewnością. Toteż, mimo, iż mam pełne prawo przywiązywać niejaką wartość do tej przygody, nie przeszkodzi mi to wcale gonić za innemi, lub nawet poświęcić ją dla jakiego przyjemniejszego spędzenia czasu.
Czuję się tak wolnym, że nie zaniedbałem nawet małej Volanges, na której przecież zależy mi dość mało. Matka powraca z nią do miasta za trzy dni; otóż już wczoraj zdołałem sobie zapewnić środki komunikacyi: nieco pieniędzy wręczonych odźwiernemu, parę uprzejmości dla jego żony ubiły całą sprawę. Czy możesz pojąć, że Danceny nie umiał wpaść na ten sposób tak prosty? I mówią, że miłość czyni przemyślnym! przeciwnie, ogłupia tych, którymi owładnie. I ja nie miałbym się jej obronić! Ach! bądź spokojna. Już teraz, za niewiele dni, zacznę osłabiać, zapomocą takiego podziału, wrażenie, może zbyt silne, jakiemu uległem; a jeżeli prosty podział nie wystarczy, postaram się jeszcze więcej się rozdrobnić.
Z tem wszystkiem będę gotów zwrócić młodą pensyonarkę jej nieśmiałemu kochankowi, z chwilą gdy ty uznasz to za stosowne. Zdaje mi się, że nie masz już przyczyn wstrzymywać go od tego; ja zaś godzę się oddać tę znamienitą usługę poczciwemu Dancenyemu. Bodaj tyle należy mu się odemnie za wszystko co mu zawdzięczam. Obecnie przechodzi śmiertelne niepokoje, czy będzie przyjęty u pani de Volanges; uspakajam go jak mogę, zapewniając, że tym czy innym sposobem doprowadzę go do wrót raju od pierwszego dnia: tymczasem zaś ofiaruję się pośredniczyć w korespondencyi, którą pragnie na nowo podjąć, za przybyciem swojej Cecylii. Mam już sześć listów od niego i będę miał z pewnością jeszcze jeden lub dwa do tej nieszczęśliwej doby. Musi chłopak strasznie nic nie mieć do roboty!
Ale zostawmy tę parę dzieciaków i wróćmy do nas: niech mi będzie wolno zająć się wyłącznie nadzieją, zawartą w twym ostatnim liście. Tak, z pewnością, ty potrafisz zmienić mnie we wzór stałości; nie przebaczyłbym ci, gdybyś miała o tem wątpić. Czyż ja zresztą kiedykolwiek okazałem się wobec ciebie niestałym? Nasze więzy zostały rozwiązane, ale nie zerwane, rzekome zerwanie było tylko omyłką wyobraźni: nasze uczucia, nasze istoty pozostały mimo wszystko złączone. Podobny podróżnikowi, który wraca pełen rozczarowań, uznam, jak on, że zostawiłem szczęście, aby biegnąć za nadzieją, i powiem jak d’Harcourt:

Im więcej ziem zwiedziłem, tem droższą mi własna[1].

Nie zwalczaj tedy już myśli, a raczej uczucia, które sprowadza cię do mnie; spróbowawszy w naszym pościgu, każde na własną rękę, wszystkich rodzajów rozkoszy, cieszmy się szczęśliwą świadomością, że żadna z nich nie da się przyrównać do tej, którą odnajdziemy znowu, stokroć słodszą jeszcze niż dawniej!
Do widzenia, urocza przyjaciółko. Zgadzam się czekać twojego powrotu: ale przyspiesz go ile możesz i nie zapominaj jak bardzo go pragnę.

Paryż, 8 listopada 17**.


Przypisy

  1. Da Belloi, Tragédie du Siège de Calais.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos.