Naddunajska elegja

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł  Naddunajska elegja
Pochodzenie Obrazy z podróży
Wydawca Dom Książki Polskiej
Data wydania 1933
Drukarz Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały cykl
Pobierz jako: Pobierz Cały cykl jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały cykl jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały cykl jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
NADDUNAJSKA ELEGJA
Wśród margerytek i kwiatków żółtych, jak wilgotne pisklę, ledwo wypierzone,
znów czarne trznadle, poświęcone Erosowi, biegają ruchliwie, kruszynę unosząc w dziobie,
a pomylony turysta przywabia je świegotliwem gwizdaniem.
O, szeroko rozsiadłe miasto nad szaro rozlanym Dunajem,
gdzie nadzy chłopcy, od słońca spaleni na ochrę,
w łagodnym powiewie leżą, szczęśliwi i rozwaleni, jak turcy, pobici przez Sobieskiego!
Grodzie pokorny, wspaniale zubożała stolico,
gdzie od lat dwudziestu w sieniach mrocznych na zniszczonych marmurach
nie zmieniono wyrytego napisu (złote są zgłoski i litość budzące!):
„k. und k. Post“.
Tutaj naprzeciw parków mrocznych z osiemnastego stulecia, najad odłupanych, kryjących
okaleczenie pośród lauru lśniącego, i gazonów, dzisiaj strzyżonych ku uciesze
gawiedzi przez krótko triumfującą demokrację:
dostojnie kute portale opustoszałych pałaców niechętnie i ciężko obracają się w pordzewiałych zawiasach,
budząc przeciągłe echo pustki w noce księżycowe, przymuszające do szczęścia.
Miasto, gdzie ty — czyż ty, mój ojcze? — żyjący już tylko w tych słowach pogrobowych,
a przecie zieleniejących lękliwie, jak wiosenna darń na mogile,
student z prowincjonalnego miasteczka, z zapadłej polskiej prowincji,
piękny, z uśmiechem onieśmielenia,
spotykałeś na rogu dziewczęta, skromne spłoszone dziewczęta,
by im ofiarować bukiecik fiołków, ty, z czasem najpierwszy z dandysów!
O, grodzie, po latach trzydziestu mej najdziwniejszej i płochej — jak ty, o, Robercie! — miłości,
wstrząsającej i nagłej, jak zmartwychwstanie
(zapomnieć jej, zapomnieć nie mogę);
tu, włóczący się między balkonem w Schönbrunn, gdzie, pół-leżąc, zapatrzony w lwy obłaskawione w klatce,
konał syn cesarza, zżarty gruźlicą, mizerny, śmiesznie wielkich czynów spragniony,
drobny, szczupły, czarujący w siwym, obcisłym mundurze lejtnanta,
z pod fiołkowych paluszków Fanny Elster, chłodnych na oczach piekących od bezsenności i bezsilnego płaczu,
zerkający zalotnie ku sławie potomnej, ku Francji i śmierci, —
a ubogim pokojem na prostej uliczce z rozrzuconemi na pianinie pismami angielskiemi, gdzie wspłonęła i zgasła ma gwałtowna gwiazda;
tu, błądzący — o, wstydzie! — wśród ruin drobnych pamiątek,
przewracający wstecz tę księgę trzydziestoletnią
(a na każdej stronicy zgłoskami z płomienia, który na popiół mnie spala,
że kruszę się w dłoniach, jak proch z urny pompejańskiej,
widniał napis: „miłość lub klęska“);
tutaj pod płytami siedzący, przeżartemi mchem niestrudzonego czasu, spłukiwanemi deszczami stuleci,
płytami, wmurowanemi w spękane ściany domostw zmurszałych, o krętych ganeczkach,
które pod bluszcze wybladłe i ślady domyślnych jaśminów
kryją jedyną pamiątkę młodości burzliwej i wielkiej,
co powołanych zabija, by wiekuiście niezmiennych, pogrzebać w strasznym triumfie w piersi potomnych;
tu — o, jaskółki przelotne, o, czekane zawsze rozczarowujące słowiki! —
nad cienkiem winem siedzący, co, spienione, uderza do głowy,
jak nieśmiertelność do czerepu posągów;
czoło w dłoniach ukrywszy, gorycz przeżuwający śpiewną, która nas jedna z gwiazdami,
ze smakiem nicości na wargach ściętych i zziębłych,
otulony w płaszcz samozwańczy poety wieku XX,
w samo serce raz jeszcze dźgnięty żądłem nieuleczalnej czułości,
pod krzewem rozkwitłej magnolji i deszczem złotym, roniącym wyblakłe łzy,
tak niepochwytne, jak zamęt uczuć,
shańbiony o zmierzchu,
cień twój ujrzałem, jak wyrok nieodwołalny, Schubercie!
à Robert de Banneuville,
ami jamais oublié.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.