Na scenie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Na scenie
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Gwiazda kalendarz petersburski 1884
Wydawca Gliński Henryk
Data wydania 1884
Miejsce wyd. St. Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


NA SCENIE.
OBRAZEK
przez
J. I. Kraszewskiego.

Każdemu w świecie, nawet najspokojniejszemu z ludzi, miłującemu ciszę i swobodę — trafić się może raz w życiu, że przypadkiem jakimś zostanie... dyrektorem teatru.
Pożądanem nie jest to dla nikogo i boleć należy nad losem tak srodze dotkniętego człowieka; przecież rzadko się z tego umiera, a po przebytej łaźni i złożonych dowodach cierpliwości, krwi zimnej, pokory i t. d. zyskuje się bardzo przyjemne wspomnienie, iż się z piekła tego wyrwało.
Genus irritabile niekoniecznie do samych stosuje się poetów; w najwyższym stopniu do tej kwalifikacyi prawo mają artyści dramatyczni. Proszęż sobie wyobrazić dwudziestu podraźnionych wiecznie, płci obojej, których nawet w rękawiczkach dotknąć trudno, dwadzieścia miłości własnych w stanie nabrzmienia ciągłego i dyrektora, zmuszonego z tych żywiołów budować harmonijną całość. Dodajmy różne ukształcenia stopnie, pojęcia z najróżnorodniejszych źródeł czerpane, losy niezawsze szczęśliwe i nieusposabiające łagodnie.
Lecz o temby całą książkę napisać można, a na nią czasu nam brak i siły, dosyć że powiemy iż i my byliśmy raz w życiu takim dyrektorem...
Jest to dosyć powszechnie wiadomem, iż do teatru ludzie idą najczęściej niekoniecznie z powołania, często w tem przekonaniu, że gdy niczemu podołać nie mogą — na deskach będą do wszystkiego zdatni.
— Wielka mi sztuka! mruczy kandydat do ról kochanków. Później najczęściej przekonywa się sam oparzony, że jest w tem wistocie sztuka wielka — ale tego dopiero doświadczenie uczy i niepowodzenie.
Jednego poranku do tak zwanej kancellaryi pana dyrektora zapukano i weszła stara biednie ubrana kobiecina, z twarzą bladą, zmęczoną, osowiałą, okazującą umysł niebardzo rozwinięty, a przytępiony ubóztwem — za nią zaś młode dziewczątko równie skromnie odziane, lecz z wejrzeniem śmiałem i roztropnem. Wzrok ten, ruchy, wszystko dowodziło na pierwszy rzut oka, że pomiędzy starą jejmością, a młodziuchną jejmościanką ogromna była różnica wykształcenia.
Starsza coś niewyraźnie zabełkotawszy, wskazała na córkę i jakby jej ogromny ciężar spadł z ramion, cofnęła się, powierzając jej dalszą ze mną rozmowę.
Dziewczę miało fizyognomją osobliwą, nie było właściwie mówiąc pięknem, ale w oczach błyskała inteligencja, twarz miała wyraz energiczny. Naprzemiany śmiała i bojaźliwa, zdradzała wielkie nieobycie się z ludźmi, a przytem roztropność i rozwinięcie niepospolite. Mówiąc nie wysadzała się na wyrazy wyszukane i górnolotne, ale język był czysty i poprawny. Czuć było w tem wychowanie może samouczka pilnego, jak się należało domyślać, ale posunięte dalej i szczęśliwiej niż zwykle bywa u ubogich ośmnasto lub dziewiętnastoletnich panienek. Tyle bowiem lat mieć się zdawała.
Odgadywałem w tem przedwczesną może dojrzałość, jaką daje walka z losem, z niedostatkiem.
Matka, przysiadłszy na krzesełku zboku, zobojętniała jakoś, przybita, niemal drzemiąca; zdawszy na córkę sprawę całą, zdawała się nie interesować nawet tem, co zajść mogło.
Była to istota już całkowicie unicestwiona cierpieniem, zdrętwiała i na umyśle osłabła.
Panna Teresa oświadczyła mi, że chciałaby wstąpić do teatru i kształcić się na artystkę. Zdawało się jej, że miała powołanie. Sumiennego dyrektora obowiązkiem w takim razie jest nie zachęcać do obrania dosyć niewdzięcznego, niebezpiecznego i na tysiączne próby wystawionego zawodu, ale przestrzedz co czeka w tym nowicjacie, jak wielkie są zadania sztuki z jednej, a życia na deskach i za kulisami z drugiej strony.
Z przyzwoitą powagą starałem się to wyłożyć pannie Teresie, dodając i to, że teatr rozporządzał szczupłemi stosunkowo funduszami i do przyzwoitej gaży w nim dobić się nie było łatwo.
Słuchała tego tak jakoś, jakby to sobie sama wprzódy już powiedziała i spodziewała się podobnego przyjęcia.
— Do tego byłam i jestem przygotowaną, odpowiedziała mi z tą dziwną mieszaniną śmiałości chwilowej i obawy, która jej to odejmowała wymowę, to wielką energją ją cechowała.
— Do wszystkiego w świecie dobijać się potrzeba — mówiła, na teraz jeszcze mam środki, choć szczupłe, dla utrzymania biednej mateczki i siebie. Idzie mi o przyszłość, a gdyby mi się udało...
Spojrzała śmiało oczyma jasnemi i zamilkła.
Z tego wszystkiego choć o rozbudzonej inteligencyi mogłem już wnosić, ale ona jeszcze nie stanowi jedynego warunku; obok niej trzeba pewnego talentu, głosu, daru, intuicyi, naturalności. Spytałem, czy nie mogłaby mi coś zadeklamować i czy pamięć ma dobrą, która artystce jest niezbędną; naostatek czy do ról tragicznych, czy do komedyi czuje większy pociąg..
Na te pytania odpowiedziała mi bez wahania, z prostotą, bez zarozumiałości, a z odpowiedzi przekonałem się ze zdumieniem wielkiem, że umiała dobrze po niemiecku i po francuzku, że czytała wiele o sztuce dramatycznej. Wszystko to wyjątkową ją u nas czyniło istotą.
Uczyniłem jej tę uwagę, że z umiejętnością języków miałaby nauczycielski zawód otwarty przed sobą, nieskończenie łatwiejszy i nienarażający na nowicjat długi i ryzykowny.
— Wiem o tem, powiedziała mi, ale mi się zdaje — mylę się może iż mam powołanie, a razem przekonaną jestem, że człowiek na świecie tylko sobie i drugim pożytecznym być może, gdy idzie za głosem wewnętrznym, za natchnieniem...
Nie mogłem tej prawdy zbijać, ale biednego, śmiałego dziewczęcia żal mi było... W teatrze naówczas mieliśmy kobiece role obsadzone artystkami niepospolicie rutynowanemi, które publiczność za trochę jaskrawą grę okrywała oklaskami namiętnemi — jedna z nich była piękną...
Trudno było pannę Teresę pomieścić — ale ofiarowała się w pierwszych miesiącach grać bez gaży, tylko dla obeznania się z teatrem i deskami.
Nalegała mocno...
— Jeżeli spostrzegę, dodała wkońcu, żem się łudziła, no, to porzucę teatr, wezmę się do czego innego, ale chcę spróbować... Potem będę spokojną.
W taki sposób panna Teresa pod przybranem nazwiskiem jakiemś weszła do składu teatru. Rozumie się że nawet pomimo mojej protekcyi, a może dla tego że ja się nią zajmowałem, nie bardzo jej tu było przyjemnie i dobrze. Artystki poniewierały tego kopciuszka, którego młodość i wdzięk, jaki ona daje, przywiędłe ich wdzięki gasiła. Co gorzej, panna Teresa dowodziła w każdem słowie wykształcenia, jakiego one nie miały, a w obejściu się taktu, skromności, cierpliwości niesłychanej..
Tych tylko doznane życia boleści uczą.
Patrzano na nią z niepokojem i zazdrością, wyśmiewano, spychano aż do statystek — lecz wszystko wesoło znosiła.
Naostatek zachorowała nam amantka główna, — nie było jej kim zastąpić. Rola była odcieniów pełna, trudna, wymagająca i talentu i doświadczenia. Grę trzeba było stopniować, siły oszczędzać — słowem mieć wprawę pewną i siłę, którą się nabywa długiem doświadczeniem. Anim myślał powierzyć jej pannie Teresie, gdy jeden z artystów złośliwie i szydersko zaproponował przy niej, czyby się nie podjęła?
Był to w jego rozumieniu żart tylko nieprzyzwoity co miał ukłuć biedne dziewczę, które dla wszystkich było uprzejmem i cierpliwie znosiło żółć, jaką ją pojono.
Na twarz panny Teresy wystąpił rumieniec, drgnęła ale głosem spokojnym odparła:
— Gdyby mi grać kazano, musiałabym być posłuszną, ale sama nie porwałabym się na rzecz tak trudną...
— Umiesz pani tę rolę? spytałem.
— Prawie — rzekła ciszej — alem o niej myślała zamało, a pojmuję ją inaczej, niż pani F...
Artysta, który uczynił propozycją szydersko, chciał się teraz poprawić i serjo począł dowodzić, że należało pannie Teresie dać pole do popisu...
Jak się to stało, że i reżyser i wszyscy spiknęli się na to, aby trudną rolę amantki narzucić biednemu dziewczęciu, zmusić ją niejako do grania, przełamać wkońcu mój opór — dziś już nie pamiętam. Na próbach panna Teresa występowała inteligentnie, ale zimno. Zdawała się oszczędzać, była zadumaną i smutną.
Mówiłem już, że nasza młoda artystka piękną nie była — a pomimo to w chwilach ożywienia, opromienione uczuciem, oczy nabierały nadzwyczajnego blasku, twarzyczka stawała się idealnie śliczną, szlachetną, — i nie można było patrzeć na nią bez wzruszenia. Pod tą powłoką powszednią, umyślnie prawie przybraną, była w niej istota wyjątkowa...
Nadszedł dzień przedstawienia. Byłem za kulisami. Panna Teresa ubrana, przygotowana do wystąpienia — zadumana stała, oczekując znaku...
— Czujesz pani trwogę? spytałem.
— Trwogę? podchwyciła. Tak jest.. bo ten dzień może rozstrzygnąć o moim losie.
Zaprotestowałem, przypominając jej jak ogół spektatorów często ulegał wrażeniom i wpływom, które sądy jego czyniły niesprawiedliwemi.
— Pan dyrektor się myli — odparła zimno — nie idzie mi o ogół i o oklaski, ale o własne przekonanie, żem roli podołała. Studjowałam ją, przejęłam się, myślałam, a jednak..
Dzwonek się dał słyszeć — kortyna podnosiła.
Ani treści sztuki, ani obrazu tego przedstawienia szczegółowego kreślić nie myślę. Panna Teresa grała z uczuciem ogromnem, z przejęciem wielkiem, ale z brakiem wprawy i rutyny uderzającym. Pomimo to wdzięk jej twarzyczki — sympatyczny głos, coś nadzwyczaj uroczego w tej istocie należącej do wybranych, uczyniły na ogóle wrażenie jaknajlepsze. Od pierwszego aktu nieustające rosły oklaski, po każdym akcie ją wywoływano... Tryumf był wielki, niewątpliwy, nadzwyczajny...
Gdym go jej po dwu pierwszych aktach winszował, podniosła na mnie oczy, skrzywiła usta, skłoniła się, nie odpowiedziała nic. Między artystami zazdrość była widoczną... Przypisywano powodzenie wczęści intrygom młodzieży, a po części ślicznej twarzyczce.
— Co tam talent i t. d. wołał amant — byle laleczka była ładna — głupia publika bukietami zarzuci...
Ściśle wziąwszy całą grę panny Teresy, pomimo małych usterek, była w niej naprzód logiczna intuicja charakteru niepospolita, naturalność wielka, kunszt nawet stopniowania widocznie wystudjowany... Można było po tym pierwszym występie wielkie na niej pokładać nadzieje.
Po ostatnim akcie — jeszcze hałaśliwsze wywoływania, bukiety, oklaski bez końca.. Starzy artyści oburzeni, obrażeni się czuli, ledwie mogli poskromić nieukontentowanie...
Panna Teresa jak tylko mogła najprędzej — znikła.
Nie widziałem już jej dnia tego, a następnego nie przyszła do teatru. Żartowano sobie z niej, że musiała wypocząć po apoteozie. Wieczorem oddano mi list grzeczny, zawierający podziękowanie za uprzejme przyjęcie do teatru i — prośbę o uwolnienie.
Nie wątpiłem, że jakaś niegrzeczność, okazana niechęć lub coś podobnego musiała list ten spowodować; spodziewając się iż potrafię odradzić ten krok i wlać trochę otuchy w biedne dziewczę, dowiedziałem się o jej mieszkaniu i nazajutrz około południa zapukałem do niego.
W starym dworku przy ulicy Berdyczowskiej, na pięterku nad wystawką, po wschodkach ciemnych szukać mi było potrzeba mojej artystki na ciemnem poddaszu.
Do drzwibym nie trafił może, gdyby nie szczelnie się zamykające, dołem nie przepuszczały trochę światła, które się ich domyślać kazało. Grzebanie się moje omackiem po strychu zwykle cichym zaniepokoiło mieszkańców. Stara matka w koszuli tylko i w spódnicy, z głową obwiązaną kolorową chustą, otworzyła mrucząc i gderząc...
Nie była przygotowaną na przyjęcie odwiedzin.
Nie śmiąc wejść obcesowo, oznajmiłem się jako dyrektor teatru do panny Teresy. Staruszka nie domykając drzwi pobiegła... Czas jakiś czekać musiałem, nim mnie wpuszczono.
W pierwszej izdebce porządek był jakoś widocznie uczyniony tylko naprędce. Pozakrywano i poosłaniano, czego się pokazywać wstydzono. Panna Teresa, w sukience płócienkowej, prowadziła mnie do drugiej izdebki...
Było to jej mieszkanie. Stały w niem krosienka, ale na pólkach, stoliku, komódce wszędzie było pełno książek i seksternów. Przygotowane sznurki i niektóre już powiązane paczki jakby wybór do podróży zapowiadały.
Spojrzałem na jej twarzyczkę, jasną była i spokojną, nie znalazłem w niej śladu jakiegoś żalu niechęci, zmartwienia...
— Cóż mogło być powodem tak nagłego i dziwnego opuszczenia teatru? zapytałem, siadając.
Myślała chwilkę.
— Wyda się dziwną panu też odpowiedź moja. Powodem opuszczenia sceny był — mój tryumf!
— Wistocie jest to dla mnie niezrozumiałem.
— Tryumf był niezasłużonym, grałam źle, więcej było intencyi, niż skutku... Gra nie zasługiwała wcale na taki entuzjazm, upokorzyła mnie i dowiodła że... publika nie ma poczucia piękna, lub ma je fałszywe... Zatem cóż pomoże pracować, poświęcać życie, gdy praca i poświęcenie ocenionemi nie będą? Niestety, klaskano mojej twarzyczce i młodości, ale nie talentowi... Wyrzec się muszę sceny...
Ostatnie słowa wymówiła z taką stanowczością, iż nie śmiałem się jej sprzeciwiać.
— Cóż pani myślisz z sobą? spytałem.
— Mam patent na nauczycielkę, znalazłam miejsce, w którem mnie i biedną moję znękaną matkę przyjmują... Jest to powołanie także... jest to biedny, gorzki chleba kawałek... I tu można być niezrozumianą i nieocenioną, lub osądzoną fałszywie, ale zimna nauka zastępuje tu sztukę boską, wielką, której się już nie profanuje i nie widzi profanowaną. Trzeba zstąpić z wyżyn i spokojnie noga za nogą iść po ziemi. Nie wszystkim są dostępne te światy, w których gwiazdami świecą Rachel i Ristori..
Westchnęła.
— Teatr nie dla mnie — dodała. — Bolałabym nadto nimbym się dobiła takiego ogółu słuchaczów, o jakich marzyłam. Sztuka dla mnie jest świętą... artysta nie starczy sam, aby ją stworzyć... a my publiki nie mamy jeszcze...
Dwie łzy jej się w oczach zakręciły, lecz uśmiech rezygnacyi wybiegł na usta.
— Dziękuję panu za współczucie — dodała.
— Więc to jest nieodwołalne postanowienie?
— Widzisz pan! Pakujemy się już.. Życie prozy i trudu potrzeba przyjąć i nieść je, a może powoli w duszy wyschną wyższe pragnienia, zatrą się ideały... i ono stanie się znośnem...
W kilka dni potem, przechodząc ulicą Berdyczowską, postrzegłem na piąterku nad wystawką pootwierane okna, u bramy wisiał kartelusz: „Trzy pokoje do wynajęcia...“
I więcej nie widziałem już panny Teresy...

Pau, Maj 1883 r.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.