Strona:PL JI Kraszewski Na scenie.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wczęści intrygom młodzieży, a po części ślicznej twarzyczce.
— Co tam talent i t. d. wołał amant — byle laleczka była ładna — głupia publika bukietami zarzuci...
Ściśle wziąwszy całą grę panny Teresy, pomimo małych usterek, była w niej naprzód logiczna intuicja charakteru niepospolita, naturalność wielka, kunszt nawet stopniowania widocznie wystudjowany... Można było po tym pierwszym występie wielkie na niej pokładać nadzieje.
Po ostatnim akcie — jeszcze hałaśliwsze wywoływania, bukiety, oklaski bez końca.. Starzy artyści oburzeni, obrażeni się czuli, ledwie mogli poskromić nieukontentowanie...
Panna Teresa jak tylko mogła najprędzej — znikła.
Nie widziałem już jej dnia tego, a następnego nie przyszła do teatru. Żartowano sobie z niej, że musiała wypocząć po apoteozie. Wieczorem oddano mi list grzeczny, zawierający podziękowanie za uprzejme przyjęcie do teatru i — prośbę o uwolnienie.
Nie wątpiłem, że jakaś niegrzeczność, okazana niechęć lub coś podobnego musiała list ten spowodować; spodziewając się iż potrafię odradzić ten krok i wlać trochę otuchy w biedne dziewczę, dowiedziałem się o jej mieszkaniu i nazajutrz około południa zapukałem do niego.
W starym dworku przy ulicy Berdyczowskiej, na pięterku nad wystawką, po wschodkach ciemnych szukać mi było potrzeba mojej artystki na ciemnem poddaszu.
Do drzwibym nie trafił może, gdyby nie szczelnie się zamykające, dołem nie przepuszczały trochę światła, które się ich domyślać kazało. Grzebanie się moje omackiem po strychu zwykle cichym zaniepokoiło mieszkańców. Stara matka w koszuli tylko i w spódnicy, z głową obwiązaną kolorową chustą, otworzyła mrucząc i gderząc...
Nie była przygotowaną na przyjęcie odwiedzin.
Nie śmiąc wejść obcesowo, oznajmiłem się jako dyrektor teatru do panny Teresy. Staruszka nie domykając drzwi pobiegła... Czas jakiś czekać musiałem, nim mnie wpuszczono.
W pierwszej izdebce porządek był jakoś widocznie uczyniony tylko naprędce. Pozakrywano i poosłaniano, czego się pokazywać wstydzono. Panna Teresa, w sukience płócienkowej, prowadziła mnie do drugiej izdebki...
Było to jej mieszkanie. Stały w niem krosienka, ale na pólkach, stoliku, komódce wszędzie było pełno książek i seksternów. Przygotowane sznurki i niektóre już powiązane paczki jakby wybór do podróży zapowiadały.
Spojrzałem na jej twarzyczkę, jasną była i spokojną, nie znalazłem w niej śladu jakiegoś żalu niechęci, zmartwienia...
— Cóż mogło być powodem tak nagłego i dziwnego opuszczenia teatru? zapytałem, siadając.
Myślała chwilkę.
— Wyda się dziwną panu też odpowiedź moja. Powodem opuszczenia sceny był — mój tryumf!
— Wistocie jest to dla mnie niezrozumiałem.
— Tryumf był niezasłużonym, grałam źle, więcej było intencyi, niż skutku... Gra nie zasługiwała wcale na taki entuzjazm, upokorzyła mnie i dowiodła że... publika nie ma poczucia piękna, lub ma je fałszywe... Zatem cóż pomoże pracować, poświęcać życie, gdy praca i poświęcenie ocenionemi nie będą? Niestety, klaskano mojej twarzyczce i młodości, ale nie talentowi... Wyrzec się muszę sceny...
Ostatnie słowa wymówiła z taką stanowczością, iż nie śmiałem się jej sprzeciwiać.
— Cóż pani myślisz z sobą? spytałem.
— Mam patent na nauczycielkę, znalazłam miejsce, w którem mnie i biedną moję znękaną matkę przyjmują... Jest to powołanie także... jest to biedny, gorzki chleba kawałek... I tu można być niezrozumianą i nieocenioną, lub osądzoną fałszywie, ale zimna nauka zastępuje tu sztukę boską, wielką, której się już nie profanuje i nie widzi profanowaną. Trzeba zstąpić z wyżyn i spokojnie noga za nogą iść po ziemi. Nie wszystkim są dostępne te światy, w których gwiazdami świecą Rachel i Ristori..
Westchnęła.
— Teatr nie dla mnie — dodała. — Bolałabym nadto nimbym się dobiła takiego ogółu słuchaczów, o jakich marzyłam. Sztuka dla mnie jest świętą... artysta nie starczy sam, aby ją stworzyć... a my publiki nie mamy jeszcze...
Dwie łzy jej się w oczach zakręciły, lecz uśmiech rezygnacyi wybiegł na usta.
— Dziękuję panu za współczucie — dodała.
— Więc to jest nieodwołalne postanowienie?
— Widzisz pan! Pakujemy się już.. Życie prozy i trudu potrzeba przyjąć i nieść je, a może powoli w duszy wyschną wyższe pragnienia, zatrą się ideały... i ono stanie się znośnem...
W kilka dni potem, przechodząc ulicą Berdyczowską, postrzegłem na piąterku nad wystawką pootwierane okna, u bramy wisiał kartelusz: „Trzy pokoje do wynajęcia...“
I więcej nie widziałem już panny Teresy...

Pau, Maj 1883 r.