Na greckiej fali/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Bukowiński
Tytuł Na greckiej fali
Data wydania 1906
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Na greckiej fali page17.jpg



III.

Greckiego nieba błękit, jak marzenie,
Słońce znów tarczą opromienia złotą.
Morzu gorące rzuciwszy spojrzenie,
Darzy je pierwszą miłosną pieszczotą,
Co, niby tęczy siedmiobarwnej wstęga,
Z niebios — spienionej łuski wód dosięga.

Statek mknie obok helleńskich wybrzeży,
Od których zawsze urok dziwny płynie.
Na górskich szczytach śnieg tu jeszcze leży,
Kozy się pasą w zacisznej dolinie,
A kóz pastuszek strzeże smukły, śniady...
Za chwilę, zda się, fauny, nimfy, dryady,

Gdzieś za skalistą ukryte uboczą,
Jak w homerycznych czasach, wyjdą cudne
I razem taniec miłosny zatoczą.
Śpiewem wypełnią te miejsca odludne,
Zachwytem pojąc wędrownika, który
Piersią okrętu pruje wód lazury.

O greckie wody, o łagodne wzgórza,
Oliwne gaje, kolumn, świątyń gruzy!
Chociaż nad wami przeszła dziejów burza,
Zda się, że dotąd wiecznie młode muzy,
Miejsca te boskie zająwszy na stałe,
Głoszą w swych pieśniach — dawnych wieków chwałę.

Lub że za chwilę Posejdon, Atene —
Zejdą w obłoku ze śnieżnego szczytu
I, prahelleńską odtwarzając scenę,
Znów, jak w podaniach ateńskiego mytu,
Trójzębem złotym z lazurowej toni
On konia, ona oliwkę wyłoni...



Zbudź się!... Twych drogich ust czarowna róża
Przez sen się jeszcze rozchyla miłośnie.
Kaskada włosów twych wonią odurza,
Potok ich, zda się, z każdą chwilą rośnie...
Na śnieżne twoje spadają ramiona,
Jak miękka, wonna, złocista zasłona.

Zbudź się! Dzisiejszy dzień do nas należy,
Dusze znów szczęściem wypełnić nam zdoła...
Z wełnami morza igra wietrzyk świeży,
Grzywami grzbiety ich strojąc dokoła,
A tam, na prawo, w ogniu słońca płoną
Nadbrzeżne wzgórza, w wód wpatrzone łono.

Nowy dzień nową niesie wrażeń falę.
Od pocałunków żaru usta bolą,
Gdy okręt, prując szafiry wytrwale,
Wpływa, jak łabędź, do zatoki Wolo,
Gdzie, osłoniony od wiatru powiewu,
Zdaje się słuchać szumu wód i śpiewu.

Pójdź! Posłuchajmy tej odwiecznej pieśni,
Tej skargi zewsząd odpychanej fali.
Ach, jeszcze jeden dzień niech dusza prześni!...
I nas od siebie ludzie odpychali,
I w nas — gdzieś w głębi — podobna pieśń cicha
Skarży się, jęczy, zawodzi i wzdycha.

Lecz jeszcze jeden dzień, jeszcze dni parę
Zapomnieć możem o troskach żywota,
Więc niechaj chmury rozstąpią się szare,
I niech brzmi w duszach pieśń miłości złota,
I niech tym czarem przyroda nas poi,
Co bóle wszystkie łagodzi i koi...








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Bukowiński.