Na Wołyń

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Na Wołyń
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Na Wołyń.


.....Na pół drogi do Szepetówki w lesie, znowu malowniczo porozrzucane między drzewami, pokazały mi się owe skały, których widok tak mnie w Korcu unosił. Szepetówka, mała mieścina, sławna tylko z wód mineralnych, do których w lata zjeżdżają się ci, którzy nie mogą lub nie chcą wybrać się za granicę, pokazała mi się za lasami, wśród wzgórków. Cerkiew z zielonym dachem i malowidłami świętych zewnątrz, jak tu już jest we zwyczaju, kilka karczem świeżo po pożarze odbudowanych, kilka porządniejszych budowli kolo łazienek — zresztą góry w oddaleniu i fizyognomia wołyńska, oto cała Szepetówka. Żadnych starożytności, żadnych wspomnień, prócz jednéj bitwy ostatnich lat XVIII wieku, cząstkowéj, w blizkości miasteczka stoczonéj.
Późnym już dość wieczorem tu stanąłem i popasałem co najprędzéj, aby jeszcze daléj się posunąć. Rozpytywałem się o zbiór gości tegoroczny, których ślady gdzieniegdzie na szybach zostały, dowodzące, że próżno czasu nie tracili. Przypatrywałem się tutejszemu ludowi, ich wozom, koniom, ubiorom i zaprzęgom. Tu już, nie jak w Litwie i w Polesiu, jednokonnym wózkiem, lecz kutym i trzema lub czterema końmi zaprzężonym jeżdżą wieśniacy — dobry znak ich zamożności i bytu. Rola nie dzieli się na zagony, a pług trzy lub cztery pary wołów ciągnie, po żyznéj, czarnéj roli wołyńskiéj. Cieszyłem się wjeżdżając w ten kraj, któremu natura nie uskąpiła darów, do których brak tylko jeszcze ruchu, handlu i powszechniejszéj cywilizacyi.
Przerwał mi te uwagi żyd, wysiadający z budy płóciennéj pod karczmą, żyd, który godnie mógłby był figurować w romansie Waltera Scotta, lub obrazie Rembrandta, żyd pełen tajemnicy, na dwóch cienkich nóżkach obciągniętych pończochami niebieskiemi, schylonych — w podartym kapeluszu na głowie ze spuszczonemi skrzydłami, a o jedném tylko oku, bo drugie pokryte było ogromnym czarnym plastrem. Ten plaster przypomniał mi wszystkie podobne mu używane w romansach i komedyach aż do r. 1825. Chciałem tę tajemniczą figurę zaczepić, porwałem ołówek, aby ją odrysować — lecz znikła jak w romansie.
Już dobrym zmrokiem puściłem się w góry, które Szepetówkę od Horodyszcza dzielą, góry tém dla mnie straszniejsze, żem je raz piérwszy w życiu, mieszkaniec płaskich krajów, miał przebywać. Lecz nie strach mi było, ale żal widoków, które zmrok miał zakryć przed moją ciekawością, a — śpieszyć się musiałem.
Posuwaliśmy się więc powoli w góry, a zmierzch coraz się powiększał, nareszcie gaj, po którym zabłysłe światła, oznajmiły Horodyszcze i nocleg. Położenie tego miejsca jest jedno z najpiękniejszych w tych stronach. Na wysokiéj górze, stoi dawny kościół murowany z klasztorem ks. karmelitów, u stóp jego jest staw duży, daléj góry malownicze, pokryte zaroślami dębowemi, z których cerkiew wygląda. Ta góra, woda, drzewa i poważna budowa kościoła na wielkiéj wysokości panującéj nad okolicą, piękny bardzo tworzą widok. Osada rozrzucona jest wśród zarośli nad stawem. Dla mnie nowe jeszcze wdzięki przybrało Horodyszcze od zachwycającego wieczora, który je obwijał, światła chatek, gwiazdy na niebie, wszystko to odbite w stawie, bielejący kościół na górze, powiększony, jak zwykle w nocy przedmioty, których odległości od nas dobrze rozeznać nie możemy — wszystko to tworzyło zachwycający obraz.
Ale do tego potrzeba było i wieczora i świateł i takiego gwiaździstego nieba, i trochy może egzaltacyi, którą wiozłem z sobą, chociaż zresztą Horodyszcze dla najobojętniejszych na obrazy jest zawsze bardzo piękném. Nie chciałem rysować tego miejsca, bo dobry tylko obraz mógłby dać o niém wyobrażenie, a ołówek biedny padał z rąk mimowoli.
Jadąc ku karczmie stojącéj na górze naprzeciw kościoła, chłop, który mnie powoził, obudził z dumania. Mijając staw, spojrzał na cerkiew, obrócił się do mnie i odezwał:
— Ta cerkiew, co to widzicie jéj wierzchołek, tam w dębinie, poza stawem, stała niegdyś na górze, gdzie teraz klasztor. Ale raz w wielkim tygodniu (protiw W. Dnia), ruszyła się wieczorem z posady, zeszła z góry, przepłynęła staw i poszła stanąć tam, gdzie dzisiaj stoi. Na dowód tego pływa jeszcze po stawie jedna z belek cerkwi, którą ona przechodząc umyślnie rzuciła.
To podanie bardzo mię uradowało, nie wiem, czy znaleziony worek z pieniędzmi byłby mnie w téj chwili równie ucieszył, chociaż zresztą i pieniądze są rzeczą bardzo uczciwą. Lecz ta cząstka ze skarbnicy ludu, podań i pieśni, o które tak trudno dopytać milczącego wieśniaka, lękającego się dla swoich skarbów uśmiechu niedowiarstwa i pogardy — skarbu, który tylko w wieczornicach i doświtkach pokolenia pokoleniom podają — ożywiła mój umysł, i tysiąc napędziła marzeń. Trochę się jednak zmniejszył mój dobry humor obudzony tą powieścią, gdym do ogromnéj, zimnéj, a pełnéj pijanych karczmy wjechał. Wprawdzie żydzi odstąpili mi swego najlepszego apartamentu, w którym zastałem pomięszane zapachy dziegciu, łoju, łokszynu i kartofli — ale niestety! brudne ich bety w drugiéj izbie i nadzieja pułku huzarów, który miał nadejść w nocy, do reszty mię zmartwiły.
Musicie, moi niełaskawi czytelnicy, za to, żem ja cierpiał, czytać teraz, co o noclegu napiszę — nie daruję wam tego, bom sobie dał słowo, że się na kimkolwiek pomścić muszę.
Pokutując więc za radość, jakiéj doznałem, dowiadując się o podaniu wędrówki cerkwi św. Mikołaja, całą noc oka nie zmrużyłem, pułk huzarów jechał mi pod oknem śpiewając, wrzeszcząc, tłukąc do drzwi moich, a w drugiéj izbie chrapali żydzi, żydówki, żydzięta, spacerowały myszy i skrzypiała kolébka, w któréj dziesięcioletni tłusty bachur kołysząc się spoczywał. Musiałem tedy z nudy, rzuciwszy nudniejszą jeszcze od próżnowania książkę podróżną (Jacques II à S. Germain p. Capefigue), robić inwentarz izby, w któréj napróżno snu czekałem. Była tam szafa z talmudem sławuckim i księgami do nabożeństwa, dziesięcioro przykazań za firankami, dwa łóżka próżne, których tknąć się przez uszanowanie dla przeszłych mieszkańców nie odważyłem, kufer zielony, para pantofli schnących po przechadzce na piecu, para pończoch na kołku, garnek z resztami pozawczorajszéj wieczerzy nie bez woni, stara miotła, młoda miotła, dwa talerze potłuczone i ogromna rózga szpektorska. Obliczywszy to wszystko, uważałem, że chcąc napisać podróż sentymentalną po téj izbie, byłoby materyałów przynajmniéj na dwa duże tomy.
Nareszcie nadszedł ranek, który mnie miał z téj niewoli żydowskiéj wybawić, wyrwałem się z niéj, jak mogłem najprędzéj.
Od Horodyszcza do Hrycowa samym prawie stepem droga. Tu mocno dał mi się uczuć brak drzew, które tak ożywiają najmniéj znaczące widoki. Jak zajrzysz okiem przez góry i doliny, tylko zieloność runi jesiennéj, lub czarne widać ugory, czasem tylko w parowie nad strumykiem, kilka wierzb pochylonych. Lecz za to jeśli się Wołyń uśmiechnie, o jakże bywa piękny!
Wśród gór, wyglądają z parowów wsi z białemi chatkami, cerkwie trzykopułne malowane i zdobione, stawy i rzeki i laski dębowe. Potrzeba wody zmuszała mieszkańców do osiedlania się w dolinach, którędy strumienie i rzeczułki płyną, dlatego téż na Wołyniu i wogólności we wszystkich krajach wzgórzystych, wszystkie osady są miedzy parowami i w dołach, co znacznie wdzięku widokom ujmuje na piérwszy rzut oka, lecz niespodzianością zadziwia i bawi.
Ponad drogą gęste widać znamiona pobożności, krzyże na każdym prawie zakręcie i dróg przecięciu. Te krzyże ozdobniejsze są znacznie niźli na Litwie i Polesiu, malowane często z figurą ukrzyżowanego; z daszkiem, na którym wisi cały firmament złocony i srebrzony, z godłami męki Pańskiéj, a na wierzchu z kogutkiem kręcącym się zazwyczaj, którego chociaż aplikacya i znaczenie jest wiadome, nie znajduję wszakże, aby co dodawał do świętych znaków męki, prędzéj myślę, że go stawią na wierzchołku dlatego, aby tam ptaki nie siadały.
W Litwie staréj stawią na mogiłach dotąd jeszcze chatki z krzyżykiem na dachu, bogatsi większe, ubożsi tylko coś podobnego do nich, lub kłodę wielką na dwóch podporach. Chatki te umarłych, które są widocznie zabytkiem pogańszczyzny, co dzień stają się rzadsze. W nich to, lub przy nich, stawi się na Dziady jadło ubogich lub umarłych. Na Wołyniu i Rusi, gdzie dawniéj greckie wyznanie wprowadzone zostało, niéma tych chatek, tylko greckie krzyże podwójne lub potrójne oznaczają grób. Nie wiem także, czy się tu zachowuje zwyczaj wyrzucania pod najbliższy krzyż tych dwóch polan drzewa, na których w chacie stoi trumna zmarłego, ani czy na Zielone święta mając chaty młodemi brzozami, opuszczają te drzwi, do których w przeciągu roku śmierć zajrzała. Ten smutny zwyczaj litewski, odpychający oznakę radości od drzwi żałobnych, wielce mi się podobał.
Każdy, kto kiedy podróżował, pamięta, jakie na nim wrażenie czyniły spotykane osoby, domy, powozy, czasem sceny zajmujące z życia, migające się tylko i znikające z przed oczu, jak obrazki fantasmagoryi.
Rano po okropnym noclegu w Horodyszczu wyjechawszy, dumałem, niecierpliwiąc się trochę powolnym koni chodem, kiedym usłyszał tentent za sobą. Obróciłem się i ujrzałem młodego człowieka na siwym koniu, a za nim jadącego sługę ze smyczą chartów. Ten widok mocno mnie zajął — ranek był jesienny, chłodny — myślałem sobie, wielki to być musi myśliwiec, kiedy tak rano wyjechał. Któż wie? i spojrzałem mu w oczy, ale nie mogłem jego przejażdżki innym przypisywać powodom. Głębsze spojrzenie na myśliwca wyprowadziło mnie z błędu. Dwóch ludzi, widzących się raz piérwszy i zapewne ostatni, na drodze zimnym rankiem jesiennym, poglądających na siebie ciekawie, jakby się chcieli zrozumiéć i odgadnąć nawzajem — nie jest-że to scena ciekawa do opisania, do odmalowania?
Myśmy się tak na siebie ciekawie patrzyli, on na książkę, którą ja trzymałem w ręku, ja na jego siwosza i charty. Chcąc się z koniem pochwalić, młody pan mijał mnie, kłusował, galopował — ja tylko czytałem. I tak nic nie mówiąc, powiedzieliśmy sobie:
On do mnie: — Patrz, jakiego mam konia!
Ja do niego: — Patrz, jaką mam książkę!
Potém jeszcze się raz obejrzawszy, poleciał drogą, a za nim psy, sługa i charty, znikli w tumanach wołyńskiego kurzu.
Wjeżdżałem do Hrycowa spuszczając się z góry. Piękny choć mało upiękniony widok: na lewo ogród i stary pałac z dziedzińcem i bramą senioralną w starym smaku, z cyfrą i koroną na frontonie — obyczaj wołyński — pałac pański jedném słowem, niżéj staw, nad nim garść rzuconych topoli, których tu nie szczędzą parko-mani, — daléj w prawo za stawem miasteczko z kramami murowanemi i kolumnadą, nadpalone; cerkiew czy kościołek w rynku prostéj ale dobréj architektury. Nowsze budowy, których niemało w Hrycowie, są z pretensyą a nie piękne, wielkie, okazałe, cyfrowane jak chustki do nosa. Czegóżby tu z tych gór, wody i murów, zrobić jeszcze nie można, przy takiém położeniu! Gotycka kuźnia jest wprawdzie gotycka, bo tak powiadają drzwi i okna, ale niéma charakteru gotyckiego. U nas powszechnie rozumieją, że dać ożywy, trefle, gzygzaki, jest-to zrobić budowę gotycką, ale wistocie charakter główny tego rodzaju architektury stanowi lekkość, przezroczystość, wyniosłość, których u nas nie zobaczyć. Pospolicie nasze krajowe budowy gotyckie są ciężkie, pudełkowate. Początkowa architektura gotycka, w dzieciństwie jéj, u nas, póki nie mogła wznosić wysokich swoich wieżyczek, stawiła przynajmniéj dachy ostre, olbrzymie, sklepienia kończate i śmiałe. Śmieszna rzecz, że niéma lżejszych sklepień nad te, które u nas robiono w XV i XVI wieku, a niéma cięższych nad późniejsze. Wyjechałem z Hrycowa, ubolewając nad pożarem, który mu nadał posępną postać ruiny.
Nic piękniejszego nad okolice Kisiel, do których jechałem. Góry, czasem gaje z brzóz i dębów, przy każdéj osadzie, woda. Maciewicze na gościńcu pocztowym mniéj są piękne od innych. Wieś Pisarzówka nadzwyczaj malownie rozrzucona na górach wśród drzew, ogródków nad wodą — musi się każdemu podróżnemu podobać. Lecz jeszcze piękniéj w Kisielach. Któż opisze wdzięk Kisiel, wsi, gajów, gór, wody, a mianowicie ogrodu, który chociaż mały, z takim jest urządzony smakiem, z takim wdziękiem! Są na Wołyniu wielkie ogrody, parki ozdobne, ale milszego wiejskiego ustronia pewnie niéma. Z okien domu na wzgórzu, rozwija się widok, na rozsypaną wieś w dolinie i gaje po górach, przecudny! Z każdego kątka coś nowego widać. W ogrodzie kaplica z altaną, łącząca wzgórze z dolną częścią ogrodu, zbudowana według rysunku architekta, pana Nurowskiego, z zastosowaniem do miejsc, jest dowodem jego umiejętności i smaku. Nie potrzeba wielkich rzeczy do pokazania talentu, w wielkich bowiem często zwyczaj i forma myśl zastępuje, a w mniejszych oryginalniejszych, pokazują się pomysły i smak własny. Inne budowy Kisiel są dość ozdobne, staranne, a nie nadto, co jest wielką sztuką. To znowu dowodzi smaku i starań właścicielki. Mijam to, cobym mógł więcéj napisać o Kisielach; są miejsca, które potrzeba widziéć i uczuć, których opisać nie można. Takie miejsca ożywia dusza człowieka, umiejąca się przelać we wszystkie, najdrobniejsze należące do niego przedmioty.
Nie dalekie stąd miasteczko Ostropol, które późniéj przejeżdżałem, jest smutną ruiną i obrzydliwą kupą żydowskich kletek, nic tu ozdobionego, żadnéj myśli upięknienia znaléść nie można. I dziwić się należy, że właściciel, który w swém życiu i podróżach tyle pięknych miejsc widział, tak o swojém miasteczku zdesperowawszy, założył ręce.
Od Ostropola prawdziwy step wołyński Hończarycha się zaczyna. Rzączyński pisze[1], iż odtąd do Białéj Cerkwi widział rosnące mnóstwo róży dzikiéj; ja jéj jednak nie postrzegłem.
W czasie napadów kozackich pod samém miasteczkiem była bitwa z kozaki, gdzie ich Stanisław Lanckoroński, wojewoda ruski, na głowę pobił[2].
W tymże czasie żył tu sławny kabalista Rabin Samson ostropolski. Ten, gdy same napady się zaczęły, znajdował się w miasteczku Połonném[3]. Było to 1648 roku. Natchniony straszną plagą téj wojny, która tak ciężko lud jego dotknęła, zachęcał i zapalał po bóżnicach, do żalu i pokuty za grzechy, która-by odwróciła zesłaną przez Boga, grożącą im śmierć, prawie nieuchronną. Więcéj może ze strachu, niż ze skruchy żydzi go słuchali. Nadeszła wieść o zbliżaniu się kozaków, Samson razem ze 300 uczonemi żydami, ubranemi w śmiertelne koszule, poszedł na tę wieść do bóżnicy. Czekając śmierci nieuchronnéj, modlili się. Śmierć przyszła, ale umarli z modlitwą na ustach.
Nie jest-że to przecudny obraz — podobny temu sławnemu, senatorów Rzymu siedzących i czekających śmierci na kurulskich krzesłach? Ci żydzi, naród tak bojaźliwy, zbiegający się w chwili niebezpieczeństwa bez nadziei życia, bez obrony, — przed Boga! Mało jest tak pięknych scen w historyi tego czasu, chociaż wielkie wstrząśnienia rozwijają wielkie charaktery. O tymże czasie w Niemirowie jedna kobieta, którą kozak do ślubu prowadził, skoczyła w wodę i utopiła się biedna.
......Jechaliśmy potém z panem Antonim pod Łuck i Dubno, a że tysiące podróżnych przede mną miało przywiléj opisywać drobne zdarzenia swoich podróży i nudzić niemi czytelników, postanowiłem i ja sobie nadać tę samę wolność. Jajecznica pan Dumas w gospodzie szwajcarskiéj — warta pewno przygód mojéj podróży. Tyle jednak grzeczniejszy jestem od pana Dumas, iż pozwalam (co się i bez pozwolenia robi) przerzucać, czego się nie podoba czytać.
Do Międzyrzecza koreckiego nic nie widziałem godnego uwagi, las, pole, pole i las. Zmierzchało dobrze, gdyśmy tu przybyli. Zdaleka na prawo mijaliśmy rezydencyą dawnych panów otoczoną drzewami — przed nami było miasto niczém się nie odznaczające — prócz kościoła pijarów, którzy tu dawniéj sławne utrzymywali szkoły. Do nich należy kościół parafialny. Rzączyński tyle tylko wspomina to miejsce, iż na okopisku żydowskiém widział glinkę czerwoną.
Wjechaliśmy do wielkiéj karczmy murowanéj, z któréj okien widok się nam otworzył na pałac, rynek błotnisty i najwspanialszy gmach w miasteczku o dwóch obitych słupach i ganku, który się zowie balkonem. Kramy, żydzi, błoto — oto cały obraz z okna. W środku była jeszcze żydówka młoda i żydówka stara. Téj ostatniéj starałem się dawać rady skuteczne, aby gorąco upragnionego doczekała się potomstwa.
Niestety! odpowiedziała mi, że tylu uczonych rabinów nad tą kwestyą pracowało bezskutecznie, iż już zupełnie straciła nadzieję.
Zaczęło się chmurzyć, pan Antoni grzał się u kominka, czekając na herbatę i jaja — angielski nasz podwieczorek. Ja czytałem napisy na oknach. Wieleż to brudów i głupstw na szybach, wiele konceptów...
— Tu nocowałem — pisze jeden — w r. 183.... dnia.... miesiąca. Zaiste, ważna wiadomość dla potomności!
— Kochana Marynia! droga Marynia; 182.... dnia.... miesiąc.... Zapewne, żeby za kilka miesięcy policzyć mógł, jak długo była mu drogą i kochaną Marynią.
Daléj cyfry bez końca.
Niżéj: — Wiele wody upłynie, nim będę tak szczęśliwą... i kropki. To rozumiem. Ale na cóż zwierzać się swoich uczuć całemu światu i gdzież jeszcze? — w karczmie!
Połowy napisów czytać nie można, cóż dopiéro pisać! Najpocieszniejsze są te, którym towarzyszy polemika grubijańska. Słyszałem, że jeden właściciel huty na Wołyniu, zastawszy podobne napisy na oknach annopolskiéj austeryi, dał kilka skrzyń szkła, żeby te głupstwa zniszczyć.
Uwagi nad literaturą szybową przerwał mi pan Antoni:
— Co będziemy jedli i w co się przebierzem na miejscu, tego nie wiem — rzekł śmiejąc się. Bo kuchnia nasza i tłomoki coś się opóźniają, a nawet szczerze mówiąc, nie wiem, jak przyjdą, bo się pokazuje, że nie wiedzą, w którą stronę pojechaliśmy.
— Jeść to mniejsza — zawołałem — ale ubrać się! to okropnie!
Trzeba wiedziéć, żeśmy jechali na imieniny, że ja byłem w strasznéj staréj kapocie ex-białéj i stroju tak podróżnym, jak tylko sobie wyobrazić można. Ta wiadomość zatruła mi jaja i herbatę; wzdychaliśmy oba z panem Antonim i ciągle niespokojnie wyglądali na ulicę. A bryki jak nie było, tak nie było. Wyjeżdżając, najęty wołyniec nie spytał, dokąd ma jechać, pojechał przed siebie i w prostocie ducha, mógł Bóg wié dokąd zajechać. Nie było go i nie było, a wieczór i noc tuż.
Staliśmy tak rozmyślając, gdy się w błocie powóz ukazał. Pan Antoni poznał w nim ekwipaż krewnego swojego.
— Gonić, gonić! — krzyknął. Ludwik Popiel, sławnego owego króla, co to go myszy zjadły, potomek i następca, poleciał bez czapki.
— Stój, stój! Konie płoszy, zastanawia, wpada do połowy w powóz.
— Pan Dominik?
— Nie.
— Jak to nie?
— A nie.
— Bardzo przepraszam.
Bardzo dziękuję.
— Upadam do nóg.
Uśmieliśmy się z téj omyłki, chociaż płakać się nam doprawdy chciało, oczekując obłąkanéj bryki i tłomoków. Lecz nigdy dobry humor prędzéj nie przyjdzie, jak gdy może być niestosownym. Po długich rozmyślaniach, zostawiwszy rozkazy i ludzi, pojechaliśmy nocą, daléj.
Żeśmy nocą jechali i nic nie widzieli, nic téż wam o téj cząstce drogi nie powiem. Przejechałem ją, jak anglik Szwajcaryą, drzemiąc i nie patrząc. Pamiętam tylko, że były góry, ciemno bardzo, i że mi niezmiernie do serca przypadły dwa słupy białe jakiéjś karczmy, którą niestety! musieliśmy minąć. Spaliśmy tedy aż do przeznaczonych na nocleg Raśnik. W Raśnikach karczma zajęta. A tu noc, a tu chce się jeść i spać i odpoczywać — a tłomoków naszych niéma i niéma.
Wjechaliśmy jednak, i weszli do żyda. Tu zastaliśmy zapach szabasu świeżuteńki, atomy łoju, pływające w powietrzu gęstem i ciepłém — a za stołem jakiegoś jegomości podróżnego w szaréj kapocie.
— Gdzież jest izba podróżna?
— Zajęta.
— Przez kogo?
— Przez pana sędziego S...
— Ja go trochę znam — rzekł pan Antoni. A może lepiéj, panie Józefie, żebyś się ty przebrał po kobiecemu, może przez uszanowanie dla płci pięknéj, cieplejszéj nam izby ustąpi, lub przynajmniéj nią się podzieli.
— Ale bez téj maskarady, musi nas przyjąć — odpowiedziałem — idę śmiało.
I wszedłem ze świécą. Pan sędzia spał snem sprawiedliwych sędziów, obrócony do ściany, spowinięty kołdrą, koło niego leżał tłomok, stała toaleta i et cetera podróżne. Ani się obudził nawet. My przez grzeczność poszliśmy do drugiéj izby ciemnéj. Tymczasem nastawiono samowarek na herbatę, a pan Antoni, posłyszawszy szelest w łóżku sędziowskiém, odchrząknął i zaczął od —
— Bardzo przepraszam, żeśmy sen przerwali.
— Ej to nic — odezwał się głos z pod kołdry — wiadomo karczma, wolno każdemu (aksyoma podróżne). I tu nastąpiły pytania. — Kto? skąd? jak? potém poufalsza rozmowa o drodze, o porze, o koniach i powozach. Pan sędzia widząc nas śmiałych i determinowanych do podzielenia z nim izby bądź co bądź, domyślił się dla posmarowania naszych stosunków, dać nam śmietanki, potém bułki. Te ofiary przyjęte zostały i nareszcie pokładliśmy się spać.
Ale nie na tém koniec naszych i sędziowskich trybulacyj.
Rano nie było jeszcze naszéj bryki, ani człowieka, który się został, żeby ją za nami przeprowadzić. Rada ogólna i postanowienie z niéj wypadło, posłać po nią a samym czekać. Widząc nas w takim kłopocie, a bojąc się, żebyśmy po śmietance i bułce czego więcéj od niego nie zażądali, sędzia rozumnie wybiérać się zaczął bardzo rano. Służący już wyniósłszy jego tłomok, niósł jeszcze jego szkatułkę.
Wtém właśnie pan Antoni obudził się i biorąc ją za swoję, odezwał się:
— Gdzież to niesiesz?
— Do bryki.
— Po co?
— Po co? To moja — rzekł sędzia struchlały.
— A to bardzo przepraszam — rzekł pan Antoni.
Tu pan sędzia widząc, że mu już i do jego szkatułki się przypytują, gorzéj jeszcze przelękniony, co najprędzéj wybierać się i zaprzęgać kazał. Potém ubrawszy się w płaszcz, pożegnał się i pobiegł do powozu. Już siadł, gdy pan Antoni przypomniał sobie, że pojedzie na Międzyrzecz i przyszło mu na myśl, wsadzić do jego powozu Popiela, aby ten poszukał jeszcze w mieście obłąkanéj bryczki.
— Stój, panie sędzio! Stój! stój! — zawołał — ale stójże, panie sędzio!
Sędzia przestraszony jeszcze gorzéj, nie wiedział, co już myśléć i stanął.
— Bądź łaskaw, podwieź mego sługę do Międzyrzecza.
— Bardzo chętnie — odpowiedział pan sędzia. — I co prędzéj, bojąc się zapewne nowych pretensyj, w konie! i uciekł galopem.
Nas tymczasem smutny los czekał, bez jadła, sukni, trzeba było czekać i czekać w karczmie nie wiedziéć dopóki. Pokładliśmy się na słomie i sztukowali dobrym humorem naszę biédę. Mieliśmy na pocieszenie daktyle i jakąś powieść Balzaka, oboje dobre na zakąskę, nie zaś na głód i niespokojność, z biédy musieliśmy je spożywać, dokładając ognia na kominek i paląc cygara, dopóki nam i one nie wyszły.
Wychodziliśmy ciągle na ganek upatrując bryki — nie było jéj. Jak w Barbe-bleue pytał jeden drugiego:
— Panie Antoni, czy widać tam co na drodze?
— Nic, tylko pył leci.
— Panie Józefie, czy nie jadą tam nasi?
— Nie, żyd tylko jedzie.
— Panie Antoni, co tam widzisz z ganku?
— Tuman kurzu.
— Otóż się zbliżają, zjeżdżają z góry, zakręcają.
— To stado bydła z rosy powraca.
I znowu następowały pytania i zawody.
Mieliśmy aż nadto czas przypatrzéć się pięknemu dosyć położeniu Raśnik, pałacykowi za wsią odnowionemu i otoczonemu murem.
W oddaleniu leży piękne książąt Czetwertyńskich miasteczko Horynhród. Naprzeciw zaś karczmy na górze widać mury i młyn wietrzny w Drohobużu Zawiszów, wokoło łęgi nadhoryńskie, góry i pola. Na chwilę przerwała nam nudy przykrém uczuciem, stara żebraczka Niemka, ze łzami w oczach, z ciężarem na plecach — stara — chora. Ona i jéj mąż szli pieszo, — koń im był zdechł. Ten widok prawdziwego nieszczęścia i nędzy nie dozwolił nam uskarżać się na zbłąkanie bryki, nudy nasze i głód, a nawet na to, żeśmy mogli imieniny w karczmie przesiedziéć.
Nareszcie i król Popiel, i bryka, i suknie, i jadło przybyły niespodzianie z wielką naszą radością. J. K. Mość spotkał chłopa na drodze, wysiadł z pojazdu pana sędziego, ale jakby na dobitkę polecił jeszcze jemu, aby przejeżdżając przez Międzyrzecz, poszukał tam zostawionego człowieka i wysłał go do Raśnik. Czego pan sędzia — muszę mu oddać sprawiedliwość — dopełnił święcie.
Jadąc już daléj, oglądałem się na pałacyk raśnicki i na prześliczny widok, który się nam z za gór na horynhrodzki kościół i miasteczko odkrywał. Drzewa i mury bielejące z nich w dolinie, pagórki zarosłe wkoło, czyniły ten pejzaż zachwycającym. Kraj, który do Równego przebywaliśmy, bardzo piękny, górzysty, zasiany dębowemi gajami, ale ludność w proporcyą ziemi zdaje się być mała. Równe, śliczne miasteczko, kilka ma domków schludnych, dość piękny pałac nad wodą, który się dobrze od strony miasta wydaje, i arcypoważną cukiernię z bilardem, z łojowemi świecami, ze szkaradnemi obrazami na ścianach, z gitarą ad usum publicum. Dźwięku jéj nasłuchaliśmy się, gdyż brzęczała w drugiéj izbie przystępnéj poufałym gościom, — z dzieckiem razem, które pieścili politycznie, na kredyt żywiący się w cukierni. Kilku tych ichmościów ustąpiło nam po chwili, spojrzawszy poważnie na intruzów, a my, po czekoladzie rówieńskiéj, dążyliśmy na nocleg do Radochówki, do któréj już nocą przybyliśmy.
W karczmie dosyć brudnéj i woniejącéj jak zwyczajnie, bo karczmy jak kwiaty (przepraszam za porównanie) mają swój wrodzony i wyłączny zapach — prócz chłopów i żydów była jeszcze figura godna uwagi: żydziuk młody, morejne, który pił herbatę, nalewaną mu z garnka przez gospodynię, a do niéj lizał cukru kawałek, trzymając go w ręku.
Żaden pęzel nie wyda miny jego dumnéj, zarozumiałéj, głupiéj i próżnéj razem, ułożenia malowniczego szlafmycy, gracyi pięciu rozstawionych palców, skrzywienia ust, założenia nóg judaiczno-arystokratycznego, a wszystko było wyrachowane, żeby zadziwić i wzbudzić uszanowanie.
Skończył herbatę, i nie dolizawszy kawałka cukru, zostawił go bachurom na stole, okazując przez to, że nie był skąpy jak żyd. Tę ofiarę zrobił dla nas, inaczéj byłby go zjadł lub do kieszeni schował, lecz czegóż to się dla popisu nie uczyni!
Pozbywszy się morejny, wypędziwszy chłopów, układliśmy się spać, a pan Antoni już nawet dobrze chrapał, gdy tymczasem gotował się straszny spisek na naszę spokojność. Szczury i myszy z okolic, uwiadomione o przybyciu jednego z praprawnuków króla Popiela, osobiści rodu jego nieprzyjaciele, licznie rozesławszy wici, gromadzić się zaczęli. Ledwieśmy się pokładli, przyszli napaść na niego — porwałem się widząc ich wojska rozsypane już po karczmie, obudziłem pana Antoniego, ale nie śmiałem wołać Popiela, aby go na oczywiste niebezpieczeństwo nie narażać. Umyśliliśmy świécę zapalić, ale szczury jakby przeczuwając, iż ten sposób obrony od nas użyty być może, zjadły ją do ostatniego ogarka. Radzi więc nie radzi, rzuciliśmy pościel i poszli spać do karety, gdzie skurczeni przetrzęśliśmy się całą noc na zimnie.
Książę Popiel tymczasem śmiały, a raczéj zuchwały, wbrew szczurom i myszom, poszedł do izby i tak ich swoją odwagą zastraszył, że się go tknąć nie śmiały, cybuk tylko z fajką przez zemstę mu odkradłszy. Wstrzymuję się od wniosków, jakiebym z tego wypadku mógł wyciągnąć, zostawując je samemu czytelnikowi.
Chmurnym rankiem dojeżdżaliśmy do Ołyki, dawnego miasteczka z zamkiem obronnym, niegdyś Kiszków, potém Radziwiłłów. Przez strome góry spuszczaliśmy się nad błoto i staw z téj strony obejmujące Ołykę. W oddaleniu poleskie już lasy czerniały.
Ołyka, prócz zamku, nie jest piękna, ale ma dość wiele dawnych budowli i pamiątek. Zamek sam w roku jeszcze 1564, jak świadczy kamień z napisem, założony, obwiedziony murowaną fosą, do któréj woda ze stawu i rzeki wpływa, zabudowany jest w kwadrat z bramami i wieżami. Po rogach sterczą jeszcze bastyony okrągłe i kwadratowe, na dachach orły Radziwiłłów. Rzadko widziéć tak cało dochowany zamek obronny, któremu brak tylko dział w strzelnicach, zwodzonych mostów i więcéj ludzi, bo w brukowanych dziedzińcach zamkowych, po których echo się rozchodzi, znać, że życie opuściło już dawno tę starożytną budowę. Oprócz zamku, są jeszcze dawne ślady warowni, w wałach otaczających miasto i kilku bramach na nich, z rzeźbami i strzelnicami. Godny uwagi stary, rozwalony ratusz z wieżą, i kościół kolegialny.
Ten sławny z marmurów kosztownych pomnik najwięcéj dziś jeszcze miasto zdobi i odznacza, chociaż, jako dzieło sztuki, wcale nie jest piękny. Fronton jego najniesmakowniejszy ma czarne rzeźby i kapitele kolumn marmurowe, i posągi podobne, które wandalska ręka świeżych restauratorów kolorowo pomalowała. Słyszał kto o podobném barbarzyństwie?... We środku są dość piękne marmurowe ołtarze, ale rzeźby ich gorsze od marmuru, nowsze zaś poprawy i odświeżania popsuły kościół niezmiernie. Modliłem się do Boga, żeby tym restauratorom przebaczył zeszpecenie swojego kościoła — bo nie wiedzieli, co czynili.
1839.





Przypisy

  1. Auct. H. N. 131.
  2. Niesiecki T. III. I. 27.
  3. Nathan Moskowicz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.