Dumania (Kraszewski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dumania
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Dumania.


Któż nie zna jednego rodzaju ludzi, przez któren najbliżéj pokrewni jesteśmy z małpami? To stworzenie ma twarz podobną ludzkiéj, głos człowieka, nos zadarty, czoło płaskie, usta szerokie, uśmiéch głupi w ustach, i kawał gąbki na miejscu mózgu; ma wszystko człowiecze prócz woli; — wola jego jest wolą naśladowania. Stąd można podobnych ludzi nazwać człowieko-małpą i zastosować do nich nazwisko, które niegdyś zbyt szczodrobliwy Linneusz nieostrożnie oddał małpom, zowiąc je Homo troglodytes. Ta rasa nie jest wyłącznie właściwą ani klimatowi jednemu, ani żadnéj części ziemi, wszędzie jéj pełno, wyradza się nawet z pospolitych ludzi. Cechą, po któréj się poznaje, jest ciągłe naśladowanie drugich; nic oni nie czynią sami przez się, mózg ich gąbczasty nie trawi i nie wydaje chylu myśli, pije myśl swoich czynności, jak pijawki krew, z drugich i gotową już żyje. Tacy ludzie po miastach są piérwszemi prozelitami mody; żaden węzeł chustki z frankfurckiego żurnalu, żadna barwa, którą się podobało pomazać rysunek paryskiemu iluminatorowi, nie przewinie się darmo przed ich oczyma; muszą się ustroić, jak moda każe, prędzéj daliby się powiesić, niżby zezwolili na złamanie w czémkolwiek prawodawstwa téj królowéj. Elegant taki tém się różni od innych elegantów, że nigdy mody nie daje, ale tylko ją bierze.
Na wsi homo troglodytes starannie wywiaduje się o odmianach, jakie zachodzą u sąsiadów, aby je przejąć najniezgrabniéj. Uważaj tylko. Sąsiad kopie rowy, bo ma błoto do osuszenia; on zabiera się i pędzi rów po suchéj łące, bo powiada, nic lepszego nad rowy! rzecz zbawienna! I kopie rów, który zostaje suchy i trawą zarasta, dziwi się potém, że się na nic nie zdało, łaje sąsiada — a któż mu winien? Sąsiad sieje wcześnie i on sieje wcześnie, sąsiad zbiéra, on traci; odtąd nigdy już wcześnie nie sieje i narzeka na sąsiada i na wczesną siejbę. Sąsiad stawi wiatrak — tamten na górze, ten, że nie ma góry, w dole między lasami; stąd naturalnie wiatrak jego stoi, tamten się obraca, a wiatraki na wieki łaskę straciły i t. p.
Inny biega i szuka myśli, słów, wyrażeń, żeby je przedać za swoje, ukradłszy wprzódy komu. Słyszy kogo ganiącego teatr i jego sztuki, nazajutrz zaraz idzie na wieczór, wprowadza rozmowę o teatrze, aby się popisał wczoraj ukradzioném zdaniem, i nie umiejąc go poprzéć, dziwi się bardzo, że nikogo nie przekonał. Cóż to się dopiéro z nim dzieje, jeżli ukradzionemu, przygotowanemu zdaniu przeciwne usłyszy. Okropna walka i niepewność, — oba zdania równie mu się zdają dobre do wzięcia, choć są sobie przeciwne, kręci się, myśli, otrząsa i idzie daléj. — On chwyta całe myśli, co do słowa i pakuje w swoję rozmowę, zbiéra swój zapas umysłowy jak ubogi gałgany po śmieciskach. I jego téż głowa podobna jest do sukni nędzarza, zszytéj z kawałków, które się raz piérwszy tak blizko spotkały.
Tacy to ludzie namiętnie lubią przysłowia, które gotowemi będąc do użycia, dając się stokroć nakręcić, bardzo im posługują. Gdzie niéma myśli, tam może być przysłowie, — jest to bardzo wygodnie i dlatego zapewne przysłowia zowią mądrością narodów, chociaż one wcale co inszego dowodzą.
Znałem osobliwszą małpę, która usłyszawszy zdanie jakie, myśl, sposób mówienia, nie daléj jak w kwadrans powtarzała je przy tych samych osobach, które tylko co toż samo z innych ust słyszały.
Z téj rasy ludzi trafiają się indywidua, postrzyżone na literatów — jest takich bardzo wielu, kompilatorowie i erudyci prawie wszyscy, prawie wszyscy tłomacze, i wielu nawet oryginalnych pisarzy, którzy wąchają tylko, skąd ich zaleci nowa jaka forma stylu, nowy jaki talentu charakter; — jak tylko Mojżesz drugi różczką jeniuszu ze skały wyprowadzi źródło, oho! już oni wszyscy są około téj wody! piją, piją, bełcą, rozlewają; stawiają na strumyku mosty, tartaki, folusze, zapuszczają sieci, kąpią się, noszą wodę wiadrami, bieg jéj zwracają i kręcą na swoje pola, — słowem używają tego daru; ale zapytaj ich o źródło, jak go dobyć i skąd? tego się od nich nie dowiész! Biédny Mojżesz, sam się téj wody nie napije, sam jéj nie użyje, pasorzyci mu ją wydrą!
Prawie zawsze na czele szkoły stoi jeniusz, lub talent wielki, jego naśladowcy są to małpy, przywłaszczają sobie formy, manierę, zdanie, sposób widzenia i piszą. Czasem nawet bardzo znośnie dobierają kawałki, z których szyją; ale zawsze poznać można łataninę od tego, co jest z jednéj sztuki jednym ciągiem uszyte.
Mieliśmy tego świéży i uderzający przykład z Sir Walter Scottem. Jeszcze się ten pisarz wahał w nadaniu stałéj formy swoim pismom, jak się to z jego piérwszych pokazuje romansów, już ci, co tylko czatowali na wzór do naśladowania, zoczyli wyłączny charakter pism jego, i wzięli się do roboty. Zdaje się, że ci naśladowcy, a raczéj prześladowcy Walter Scotta (traduttore traditore), dali mu poznać sami jego sposób pisania z naśladowań niezgrabnych i ustalili go w raz przyjętéj formie.
Gdyby nie było takich małp literackich, nie byłoby nigdy tego, co nazywamy szkołą; każdyby pisał i myślał tak, jak go natura usposobiła, właściwie sobie, lecz z ich pomocą formuje się zawsze przy każdéj jenialnéj głowie wielkie stado mniejszych główek skierowanych w tę stronę, w którą głowa typu się obraca. Są jednak tak szczęśliwi, zupełnie ekscentryczni pisarze, którzy nie dają się naśladować. Taki jest Rychter u Niemców, może jeden tylko; nie wiem, czy o naśladowaniu go pomyślał kto nawet. Hofmann, dziwaczny jak Rychter, nie był tak szczęśliwy, bo prościejszy.
W literaturze, dzieła małp dają się poznać po tém, że nie mają żadnej cechy właściwéj, każdy tom jest odbiciem jakiegoś innego, wybranego stosownie do czasu, w którym piszą — i książki, jaką świeżo czytali. Mimo tego jest między dziełami ich jakieś familijne podobieństwo.
Do téj-że klasy dadzą się policzyć ludzie, którzy we wszystkiém drobne zwyczaje i błędy, a nawet śmieszności wielkich ludzi naśladują. Ci noszą tabakę w kieszeni, jak Fryderyk, król pruski, i obcierają krzesła jak Napoleon i jedzą obiad, chodzą jak on, jak on noszą szarą kapotę, zakładają ręce, nigdy na ból głowy się nie skarżą i t. p. co jawnie pokazuje, że niebo do ziemi podobniejsze, niż oni do niego.
Raczcie uważać, że skutkiem roztargnienia zwykłego ludziom uczonym i poetom, którzy w innym świecie żyją, — wszyscy mający pretensye do literatury chwalą się lub narzekają, że są roztargnieni i nieprzytomni.
O! cielęta!

1839.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.