Nędznicy/Część piąta/Księga szósta/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Victor Hugo
Tytuł Nędznicy
Data wydania 1900
Wydawnictwo Księgarnia S. Bukowieckiego
Druk W. Dunin
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Misérables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała księga szósta
Pobierz jako: Pobierz Cała księga szósta jako ePub Pobierz Cała księga szósta jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga szósta jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cała część piąta
Pobierz jako: Pobierz Cała część piąta jako ePub Pobierz Cała część piąta jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część piąta jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.
Immortale jecur.

Stara straszna walka, której widzieliśmy już kilka przemian, rozpoczęła się znowu.
Jakób jedną, tylko noc walczył z aniołem. Niestety! ileż razy Jan Valjean imał się za bary z sumieniem swojem i zacięcie walczył z niem w ciemnościach! Walka niesłychana! W pewnych chwilach noga się poślizguje, w innych ziemia zawala się pod nią. Ileż razy sumienie zawzięte przy dobrem, ściskało go i gnębiło! Ileż razy powalony przez światło, błagał je o litość! Ileż razy to światło nieubłagane, które w nim i nad nim zapalił biskup, olśniewało go przemocą, gdy pragnął być ślepym! Ileż razy w tej walce zrywał się na nogi, opierał o skały, czepiał sofizmatu, czołgał w prochu, to obalając pod sobą sumienie, to przez nie obalony! Ileż razy, gdy samolubstwo podsunęło mu jaki dwuznacznik, jakie zdradzieckie pozorne rozumowanie, rozgniewane sumienie wołało mu do ucha: — Podstawiasz mi nogę, nędzniku! Ileż razy buntownicza myśl chrapała konwulsyjnie pod ciężarem oczywistości obowiązku! Opór stawiany Bogu. Śmiertelne poty. Ileż ran tajemniczych, na których krwawienie sam jeden patrzył! Jak często szarpane było jego opłakane życie! Ileż razy podnosił się z tej walki zakrwawiony, poraniony, zdruzgotany, oświecony, z rozpaczą w sercu i pogodą w duszy! i zwyciężony, czuł się zwycięzcą! I gdy go zgniotło, podarło, poszarpało na sztuki, sumienie jego straszne, jaśniejące i spokojne, stanąwszy nad nim, mówiło: Teraz idź w pokoju.
Ale wyszedłszy z tak posępnej walki — jakiż ponury pokój, niestety!
Tak więc nigdy nie skończył sprawy ze swem sumieniem.
Tej nocy jednak Jan Valjean czuł, że stacza ostatnią walkę.
Przedstawiało mu się pytanie bolesne, przejmujące.
Przeznaczenia ludzkie nie są proste, wytknięte niby równa droga przed człowiekiem; miewają swe zaułki ciemne i niepokojące rozdroża w przeróżnych kierunkach. Jan Valjean stanął w tej chwili przy jednem z takich rozdroży. Doszedł do ostatecznego kresu, w którym krzyżuje się dobre i złe. Przed oczyma jego duszy stanęły te ciemne rozstajne drogi. I tym razem, jak w innych bolesnych przesileniach, widział otwarte przed sobą dwie drogi: jedną nęcącą, drugą straszną. Którą wybrać?
Straszną drogę doradzał tajemniczy palec wskazujący, który widzimy, ilekroć bystro utkwimy oko w cieniu.
Jan Valjean raz jeszcze miał wybór między straszną przystanią i uśmiechniętą zasadzką.
Więc to jest prawdą? duszę można uleczyć, ale losu nigdy? Rzecz okropna! nieuleczone przeznaczenie!
Pytanie, które mu się przedstawiało, było następujące:
W jaki sposób obchodzić się będzie Jan Valjean ze szczęściem Cozetty i Marjusza? Sam pragnął tego szczęścia, sam je sprawił, sam je narzucił sobie, sam je zagłębił we własne wnętrzności i teraz mógł mieć zadowolenie puszkarza, który dobywając ze swej piersi sztylet krwią dymiący, poznaje na nim znak własnej fabryki.
Cozetta miała Marjusza, Marjusz posiadał Cozettę. Mieli wszystko, nawet bogactwa. I to było jego dziełem.
Ale co Jan Valjean zrobi teraz z tem szczęściem? Czy mu się narzuci? Czy będzie je uważał jak swoją własność? Niewątpliwie Cozetta należy do innego, ale czy Jan Valjean zatrzyma dla siebie wszystko, co może zatrzymać? Czy pozostanie rodzajem ojca cierpianego, ale szanowanego, jak był dotychczas? Czy zamieszka spokojnie w domu Cozetty? Czy nie rzekłszy słowa, wniesie swą przeszłość do tej przyszłości? Czy stawi się tam jakby z prawa, i zasłoniony usiądzie przy gorejącem ognisku? Czy uśmiechając się do nich weźmie te ręce niewinne w swe ręce tragiczne? Czy przy spokojnym kominku salonu Gillenormand grzać będzie te nogi, które ciągną za sobą zniesławiący cień prawa? Czy podzieli się swym losem z Cozettą i Marjuszem? Czy okryje swe czoło ciemnością a chmurą ich czoła? Czy do spółki z ich szczęśliwością przypuści swoją katastrofę? Czy będzie milczał jak dotychczas? Słowem, czy przy tych dwóch szczęśliwych istotach, będzie milczącym złowrogim świadkiem losu?
Trzeba być oswojonym z fatalnością i jej spotkaniami, by mieć odwagę spojrzeć na pewne zapytania, ukazujące się w okropnej nagości. Dobre lub złe jest za tym surowym znakiem zapytania. — Co poczniesz? pyta sfinks.
Jan Valjean przyzwyczajony był do tej próby. I bystro patrzył na sfinksa.
Ze wszystkich stron badał nieubłagane zagadnienie.
Cozetta, istota zachwycająca, była deszczułką zbawienia dla tego rozbitka. Co czynie? uczepić się jej, lub z rąk ją wypuścić?
Jeśli się jej uczepi, wydobędzie się z nieszczęścia, ujrzy słońce, z jego odzieży i włosów ocieknie słona woda, i ocaleje, żyć będzie.
Maż ją z rąk wypuścić?
Więc czeka go przepaść.
Tak odbywał bolesne narady ze swoją myślą. Albo, mówiąc lepiej, walczył z nią, rzucał się i szamotał wściekły, bijąc ze swoją wolą lub ze swojem przekonaniem.
Szczęściem było dla Jana Valjean, że mógł płakać. To go oświeciło nieco. Wszelako początek był okrutny. Zerwała się nad nim nawałnica straszniejsza od tej, która go niegdyś zagnała do Arras. Przeszłość ukazała mu się wobec teraźniejszości; porównywał je i płakał. Gdy raz otwarły się upusty łez — już rozpacz została zdławioną.
Czuł, że go coś powstrzymuje.
Niestety! w tej zaciętej walce między samolubstwem i obowiązkiem, gdy tak cofamy się po kroku przed niezmiennym ideałem, obłąkani, zacięcie walcząc, przywiedzeni do rozpaczy tem ustępowaniem, gdy tak ucieramy się o każdą piędź ziemi, zawsze w nadziei możliwej ucieczki — nagle czujem w tyle złowrogi mur, który wszelki odwrot zamyka.
Czuć za sobą święty cień, stający na zawadzie!
Nieubłagany niewidzialny, co za straszny napastnik! Tak jest, sprawa z sumieniem nigdy nie jest skończona. Wiedz o tem Brutusie; przygotuj się na to Katonie. Sumienie jest bezdenne, bo jest Bogiem. Rzucisz w tę studnię pracę całego życia, rzucisz w nią majątek, bogactwo, powodzenie, swobodę i ojczyznę swoją, swój spokój, i radości. Nie dość tego. Woła: więcej! więcej! więcej! Wypróżniaj naczynie! przechyl urnę! Rzuć w końcu swoje serce.
Jest gdzieś w ciemnościach starych piekieł taka beczka wypróżniona.
Nie jestże do przebaczenia rzeczą, odmówić nakoniec? Czyż niewyczerpany może mieć prawo? Czyż dźwigać łańcuchy bez końca nie przechodzi siły ludzkiej? Gańciesz Syzyfa i Jana Valjean, że mówią: już dość tego!
Posłuszeństwo materji ograniczone jest tarciem; a nie masz granicy dla posłuszeństwa duszy? Jeśli ruch wieczny jest niemożliwy, czemuż żądać wiecznego poświęcenia?
Pierwszy krok jest niczem; ostatni najtrudniejszy. Czem była sprawa Champmathieu w porównaniu z małżeństwem Cozetty i jego następstwami dla Jana Valjean? Czem jest to: wrócisz na galery, w porównaniu z tem: zstąpisz do nicości?
Jak posępny jest pierwszy krok zstąpienia na dół! jak czarnym jest drugi!
I jak tu nie odwrócić głowy?
Nakoniec Jan Valjean odwrócił się znękany.
Ważył, myślał, patrzył kolejno na tajemnicze szale światła i cienia.
Narzucić swe galery dwojgu dzieciom, jaśniejących szczęściem i młodością, lub sam się strawić. Z jednej strony poświęcenie Cozetty, z drugiej swoje własne.
Na co się odważył?
Jakie powziął postanowienie? Jak w duchu odpowiedział na nieprzekupione śledztwo fatalności? Jakie drzwi zdecydował się otworzyć? Z której strony postanowił zamknąć i zabić swe życie? Z tych stromych, otaczających go przepaści, jakiż uczynił wybór? W którą ostateczność się rzucił? W którą z tych przepaści skoczył?
Straszne marzenie trwało noc całą.
Tak pozostał do rana w tej samej postawie, na poły złamany na łóżku, leżąc pod niezmiernym ciężarem losu, niestety! może zdruzgotany tem brzemieniem, z zaciśniętemi pięściami i wyciągniętemi rękoma, jak człowiek z krzyża zdjęty, którego rzucą twarzą na ziemię. Tak klęczał dwanaście godzin, dwanaście, godzin zimny, zlodowaciały, nie podniósłszy głowy, nie rzekłszy słowa. Był nieruchomy jak trup, kiedy myśl jego tarzała się po ziemi, lub ulatywała w górę, raz jak hydra, to znowu jak orzeł. Patrząc na niego, tak leżącego bez ruchu, pomyślałbyś, że umarł; nagle zadrżał konwulsyjnie i usta jego, przylepione — do odzieży Cozetty, pocałowały ją; wtedy widziano, że żyje.
Kto widział? wszak Jan Valjean był sam i nikogo nie było w jego pokoju?
Widział Ten, który widzi w ciemnościach.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: anonimowy.